Parafia Rzymskokatolicka
pw. bł. ks. kmdr ppor.Władysława Miegonia
Parafia Wojskowa Garnizonu Świnoujście

"Z misjonarzami głośmy Chrystusa"
II Niedziela Wielkiego Postu - Niedziela "Ad Gentes"
16 marca 2014 r.Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami.



Umiłowani w Chrystusie Panu,
Bracia i Siostry!
Drugą Niedzielę Wielkiego Postu przeżywamy w naszych parafiach i wspólnotach jako Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami. W tym roku, idąc za adhortacją apostolską "Evangelii gaudium", chcemy odnowić świadomość, że wszyscy jesteśmy misjonarzami i każdy winien dzielić się swą wiarą. Należymy do Kościoła, który z natury swej jest misyjny. Fakt, że tylko jedna trzecia ze współcześnie żyjących ludzi zna Ewangelię, mobilizuje nas do jeszcze większej odpowiedzialności za misje. Trzeba, byśmy przeżywając radość wiary, stali się jej świadkami w naszych rodzinach, lokalnych społecznościach oraz w całym świecie. Do odpowiedzialności za misje przynagla nas papież Franciszek: "Jeśli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych
braci żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez ogarniającej wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia" (Evangelii gaudium, nr 49). Obecnie na krańcach świata posługuje 2015 misjonarek i misjonarzy z Polski. Są to kapłani diecezjalni, bracia i kapłani przynależący do różnych zgromadzeń, siostry zakonne oraz osoby świeckie. Ich posługa nie jest łatwa, nie tylko ze względu na różnice kulturowe, bariery językowe czy klimat. Kraje misyjne to zazwyczaj kraje ubogie, zacofane gospodarczo i kulturowo. Misjonarze, podzielając trudne warunki życia, starają się poprzez dzieła miłosierdzia, projekty medyczne i edukacyjne ulżyć miejscowej ludności. Trudno wyobrazić sobie niektóre regiony Afryki, Azji i Ameryki Południowej i Środkowej bez misjonarzy oraz ich miłosiernej miłości. Dzięki dobrodziejom misji w 2013 r. Komisja Episkopatu Polski oraz Dzieło Pomocy "Ad Gentes" przekazały 3 365 000 złotych na pomoc medyczną, edukacyjną, ewangelizacyjną i charytatywną udzielaną przez misjonarzy oraz różne formy pomocy dla nich. "Razem z misjonarzami głośmy Chrystusa". W jaki sposób? Módlmy się w intencji misji, misjonarek i misjonarzy. Ofiarujmy Bogu za nich dar cierpienia, umartwień wielkopostnych, trudów i ograniczeń życia codziennego. Wesprzyjmy dzisiaj hojnie działalność misyjną Kościoła poprzez ofiarę złożoną do puszek. Możemy wysłać SMS-a na numer 72032 (2,46 zł z VAT) lub przesłać ofiarę na konto Dzieła Pomocy ,,Ad Gentes", podane na plakatach i na stronie www.misje.pl.
Dzięki naszej modlitwie i ofiarności polscy misjonarze będą głosić Ewangelię, budować kościoły, kaplice, szkoły, ośrodki zdrowia oraz szpitale, formować katechistów, pomagać ubogim, karmić głodnych, leczyć chorych, podtrzymywać na duchu strapionych oraz pomagać dzieciom.W imieniu naszych misjonarek i misjonarzy zapewniam o modlitwie za wszystkich Darczyńców i Przyjaciół misji i serdecznie dziękuję za to, że poprzez pomoc materialną i duchową razem z misjonarzami głosicie Chrystusa.

Dzień modlitwy i postu w intencji Ukrainy



Umiłowani w Panu Bracia i Siostry!

Wydarzenia na Ukrainie, których jesteśmy świadkami, są dla nas wezwaniem do modlitewnej solidarności w intencji pokojowego rozwiązania tego dramatycznego konfliktu. Dlatego zwracamy się z prośbą do wszystkich wiernych Kościoła Katolickiego w Polsce, aby najbliższy piątek 28 lutego br., stał się dla nas dniem modlitwy i postu w intencji Ukrainy. Prosimy kapłanów i wszystkich wiernych, aby tę intencję włączyli w swą modlitwę, zwłaszcza w modlitwę powszechną, zanoszoną do Boga w czasie sprawowanych w tym dniu Mszy Świętych. Ufając, że ludzie dobrej woli wciąż znajdują się po obu stronach konfliktu, do Was, Bracia i Siostry, kierujemy apel o gesty solidarności i wsparcie dla narodu ukraińskiego w tym szczególnie trudnym dla niego czasie. Naszą braterską pamięcią obejmujemy wszystkie ofiary bratobójczego konfliktu, a rodzinom poległych wyrażamy słowa serdecznego współczucia i modlitewnej pamięci.

Prezydium Konferencji Episkopatu Polski

Za zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

11 lutego o godzinie 11.00,w Izbie Pamięci Klubu Garnizonowego 8.Flotylli Obrony Wybrzeża (ul. Józefa Piłsudskiego) odbyła się uroczystość wręczenia medali „Za zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej”

Medalami uhonorowani zostali Kontradmirał Krzysztof Teryfter – Dowódca 8.Flotylli Obrony Wybrzeża, Ks. Adam Bazylewicz – Kapelan Parafii Wojskowej w Świnoujściu oraz dr Elżbieta Pietrzyk -ostatnia Przewodnicząca Koła ŚZŻAK w Świnoujściu.

Medal dla Ks. kmdr por. Adama Bazylewicza jest podziękowaniem za wieloletnia współpracę z Zarządem Okręgu, za umiejętność dostrzegania ludzkich spraw, za takt i kulturę w relacjach, za szacunek dla historii i etosu Armii Krajowej. A także za pielęgnowanie najlepszych tradycji służby i idei samorządowej dla dobra obywateli ku pomyślności Miasta Świnoujście.
Zgodnie z regulaminem odznak przyznawanych przez Światowy Związek Żołnierzy AK odznakę honorową nadaje się za długoletnią zaangażowaną i bezinteresowną działalność w strukturach organizacyjnych ŚZŻAK, a także za innego rodzaju wybitne osiągnięcia przyczyniające się do realizacji statutowych zadań Związku.
Odznaka Honorowa za Zasługi dla ŚZŻAK może być przyznawana również osobom fizycznym nie będącym członkami Związku za działalność przyczyniającą się w wybitny sposób do ugruntowania akowskich ideałów. Odznakę Honorową nadaje Zarząd Główny.
Uroczystość uświetnił swoi występem zespół „Chwaty” Miejskiego Domu Kultury, prowadzony przez Panią Barbarę Okoń.

Papież do polskich biskupów (pełny tekst)


Drodzy Bracia w biskupstwie,

Pozdrawiam każdego z was i Kościoły partykularne, które Pan powierzył waszemu ojcowskiemu kierownictwu. Dziękuję arcybiskupowi Józefowi Michalikowi za jego słowa, a zwłaszcza za zapewnienie mnie, że Kościół w Polsce modli się za mnie i za moją posługę.

Można powiedzieć, że spotykamy się w przeddzień kanonizacji błogosławionego Jana Pawła II. Wszyscy nosimy w sercu tego Wielkiego Pasterza, który na wszystkich etapach swej misji – jako kapłan, biskup i papież – dał nam świetlany przykład zupełnego oddania się Bogu i Jego Matce oraz całkowitego poświęcenia się Kościołowi i człowiekowi. Towarzyszy on nam z Nieba i przypomina, jak ważna jest komunia duchowa i duszpasterska między biskupami. Jedność pasterzy w wierze, w miłości, w nauczaniu i trosce o dobro wspólne wiernych jest punktem odniesienia dla całej wspólnoty kościelnej i dla każdego, kto szuka pewnej orientacji w codziennym podążaniu drogami Pana. Nikt i nic niech nie wprowadza podziałów między wami, drodzy bracia! Jesteście wezwani, aby budować jedność i pokój zakorzenione w miłości braterskiej i by wszystkim dać tego podnoszący na duchu przykład. Z pewnością postawa taka będzie owocna i da waszemu wiernemu ludowi moc nadziei.

Podczas naszych spotkań w minionych dniach otrzymałem potwierdzenie, że Kościół w Polsce ma ogromny potencjał wiary, modlitwy, miłosierdzia i praktyki chrześcijańskiej. Dzięki Bogu wierni w Polsce licznie uczestniczą w sakramentach, istnieją wartościowe inicjatywy w zakresie nowej ewangelizacji i katechezy, istnieje szeroka działalność charytatywna i społeczna, zadowalająca liczba powołań kapłańskich. Wszystko to sprzyja chrześcijańskiej formacji osób, praktykowaniu z motywacją i przekonaniem, gotowości laikatu i duchownych do aktywnej współpracy w strukturach kościelnych i społecznych. Mając na uwadze, że dostrzega się również pewne osłabienie w różnych aspektach życia chrześcijańskiego, potrzeba rozeznania, poszukiwania przyczyn i sposobów zmierzenia się z nowymi wyzwaniami, takimi jak na przykład idea niczym nieskrępowanej wolności, tolerancja wroga lub nieufna względem prawdy czy niezadowolenie ze sprzeciwu Kościoła wobec panującego relatywizmu.

Przede wszystkim w sferze zwyczajnego duszpasterstwa chciałbym skoncentrować waszą uwagę na rodzinie, „podstawowej komórce społeczeństwa”, „miejscu, gdzie człowiek uczy się współżycia w różnorodności i przynależności do innych oraz gdzie rodzice przekazują dzieciom wiarę” (Adhort. apost. Evangelii gaudium, 66). Dziś małżeństwo często jest uważane za jakąś formę uczuciowej gratyfikacji, którą można ustanowić w jakikolwiek sposób oraz zmienić zależnie od wrażliwości każdego (por. tamże). Niestety wizja ta ma również wpływ na mentalność chrześcijan, powodując łatwość uciekania się do rozwodu lub faktycznej separacji. Duszpasterze wezwani są do postawienia sobie pytania, w jaki sposób pomóc tym, którzy żyją w tej sytuacji, aby nie czuli się wykluczeni z Bożego miłosierdzia, z braterskiej miłości innych chrześcijan i z troski Kościoła o ich zbawienie; nad tym, w jaki sposób pomóc im, żeby nie porzucili wiary i wychowywali swoje dzieci w pełni doświadczenia chrześcijańskiego.
Z drugiej strony trzeba postawić sobie pytanie, jak udoskonalić przygotowanie młodych do małżeństwa, tak aby mogli coraz bardziej odkrywać piękno tej więzi, która – mocno oparta na miłości i odpowiedzialności – może pokonać próby, trudności, egoizmy przez wzajemne przebaczenie, naprawiając to, co grozi rozbiciem i nie popadając w pułapkę mentalności odrzucenia. Trzeba postawić sobie pytanie, w jaki sposób pomóc rodzinom żyć i docenić zarówno chwile radości, jak i chwile bólu i słabości.Niech wspólnoty kościelne będą miejscami słuchania, dialogu, pocieszenia i wsparcia dla małżonków na ich wspólnej drodze i w ich misji wychowawczej. Niech rodziny zawsze znajdą w duszpasterzach wsparcie autentycznych ojców i przewodników duchowych, którzy będą je chronili przed zagrożeniami negatywnych ideologii i pomagali stawać się silnymi Bogiem i Jego miłością.

Perspektywa najbliższego Światowego Dnia Młodzieży, który odbędzie się w Krakowie w 2016 roku, każe mi myśleć o młodych, którzy – wraz ze starszymi – są nadzieją Kościoła. Dziś świat, pełen narzędzi informatycznych, daje im nowe możliwości komunikacji, ale jednocześnie ogranicza relacje interpersonalne, bezpośredni kontakt, wymianę wartości i wspólnych doświadczeń. Jednak w sercach młodzieży jest gorąca tęsknota za czymś głębszym, co dowartościowałoby w pełni ich osobowość. Trzeba wyjść naprzeciw temu pragnieniu.

Szerokie możliwości ku temu oferuje katecheza. Wiem, że w Polsce uczestniczy w niej większość uczniów w szkołach. Osiągają oni dobrą znajomość prawd wiary. Jednakże religia chrześcijańska nie jest abstrakcyjną wiedzą, ale egzystencjalną znajomością Chrystusa, osobistą relacją z Bogiem, który jest miłością. Być może trzeba położyć większy nacisk na kształtowanie wiary przeżywanej jako relacja, w której doświadcza się radości bycia kochanym i zdolnym do kochania. Trzeba, by wzrastała troska katechetów i duszpasterzy, żeby nowe pokolenia mogły odkryć pełną wartość sakramentów jako uprzywilejowanego miejsca spotkania z żywym Chrystusem i jako źródła łaski. Niech ludzie młodzi będą zachęcani do udziału w ruchach i stowarzyszeniach, których duchowość jest oparta na Słowie Bożym, liturgii, życiu wspólnotowym i świadectwie misyjnym. Niech znajdą również możliwości wyrażania swej dyspozycyjności i młodzieńczego entuzjazmu w dziełach miłosierdzia krzewionych przez parafialne czy szkolne koła „Caritas”, lub w innych formach wolontariatu czy zaangażowania misyjnego. Niech ich wiara, miłość i nadzieja umacniają się i rozkwitają w konkretnym zaangażowaniu w imię Chrystusa.

Moja trzecia uwaga, którą chciałbym wam polecić dotyczy powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Wraz z wami dziękuję Panu, że w minionych dekadach powołał na polskiej ziemi wielu robotników na swoje żniwo. Wielu dzielnych i świętych polskich księży z poświęceniem pełni swoją posługę, czy to w swoich Kościołach lokalnych, czy też za granicą i na misjach. Nich jednak Kościół w Polsce nadal niestrudzenie modli się o nowe powołania do kapłaństwa! Na was, drodzy biskupi spada zadanie zapewnienia, aby ta modlitwa przełożyła się na konkretne zaangażowanie w duszpasterstwie powołaniowym i na dobre przygotowanie kandydatów w seminariach.

W Polsce, dzięki obecności dobrych uniwersytetów i wydziałów teologicznych, seminarzyści uzyskują solidne przygotowanie intelektualne i duszpasterskie. Musi mu zawsze towarzyszyć formacja ludzka i duchowa, aby żyli w intensywnej, osobistej relacji z Dobrym Pasterzem, byli ludźmi wytrwałej modlitwy, otwartymi na działanie Ducha Świętego, wielkodusznymi, ubogimi w duchu, pełnymi żarliwej miłości do Pana i bliźniego.

W posłudze kapłańskiej światło świadectwa mogłoby być przyćmione lub „ukryte pod korcem”, jeśli zabrakłoby ducha misyjnego, chęci „wyjścia” w nieustannie ponawianym nawróceniu misyjnym, żeby szukać – także na peryferiach – i iść do tych, którzy oczekują na Dobrą Nowinę Chrystusa. Ten styl apostolski wymaga również ducha ubóstwa, wyrzeczenia, aby być wolnymi w głoszeniu i szczerymi w dawaniu świadectwa miłosierdzia. W związku z tym przypominam słowa błogosławionego Jana Pawła II: „Od nas wszystkich, kapłanów Jezusa Chrystusa, oczekuje się, abyśmy «byli» wierni wobec wzoru, jaki nam zostawił. Abyśmy więc byli «dla drugich». A jeżeli «mamy», żebyśmy także «mieli dla drugich». Tym bardziej, że jeśli mamy — to mamy «od drugich» (...). Stylem życia bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny” (Przemówienie do alumnów, księży i zakonników, Szczecin, 11.06.1987).

Nie zapomnijmy drodzy Bracia o powołaniach do życia konsekrowanego, zwłaszcza żeńskich. Jak zauważyliście, niepokoi spadek liczby osób wstępujących do zgromadzeń zakonnych także w Polsce: jest to zjawisko złożone, o wielorakich przyczynach. Życzę, aby żeńskie instytuty zakonne mogły być nadal, w sposób odpowiedni do naszych czasów, uprzywilejowanym miejscem umacniania się i rozwoju ludzkiego i duchowego kobiet. Niech zakonnice będą gotowe stawić czoła nawet trudnym i wymagającym zadaniom i misjom, które jednak dowartościują ich zdolności intelektualne, emocjonalne i duchowe, ich talenty i charyzmaty osobiste. Módlmy się o powołania żeńskie i towarzyszmy z szacunkiem naszym siostrom, które często w milczeniu i niepostrzeżenie poświęcają swoje życie dla Boga i dla Kościoła, w modlitwie, w pracy duszpasterskiej i charytatywnej.

Na zakończenie zachęcam was do troski o ubogich. Także w Polsce, pomimo aktualnego rozwoju gospodarczego kraju, jest wielu potrzebujących, bezrobotnych, bezdomnych, chorych, opuszczonych, a także wiele rodzin – zwłaszcza wielodzietnych – bez wystarczających środków do życia i wychowywania dzieci. Bądźcie blisko nich! Wiem jak dużo czyni w tej dziedzinie Kościół w Polsce, okazując wielką hojność nie tylko w ojczyźnie, ale także w innych krajach świata. Dziękuję wam i waszym wspólnotom za to dzieło. Nadal zachęcajcie waszych kapłanów, zakonników i wszystkich wiernych, by mieli „wyobraźnię miłosierdzia” i zawsze ją praktykowali. Nie zapominajcie też o tych, którzy z różnych powodów opuszczają kraj i starają się budować nowe życie poza jego granicami. Ich rosnąca liczba oraz ich potrzeby wymagają być może większej uwagi ze strony Konferencji Episkopatu. Towarzyszcie im z odpowiednią troską duszpasterską, aby mogli zachować wiarę i tradycje religijne narodu polskiego.
Drodzy bracia, dziękuję wam za waszą wizytę. Zanieście moje serdeczne pozdrowienie do waszych Kościołów lokalnych i do wszystkich rodaków. Maryja Dziewica, Królowa Polski niech wstawia się za Kościołem w waszym kraju: niech chroni pod swym płaszczem kapłanów, zakonników i zakonnice oraz wszystkich wiernych, i wyprasza dla każdego i dla każdej wspólnoty pełnię łaski Pana. Módlmy się do Niej wspólnie: Sub tuum praesidium confugimus, Sancta Dei Genitrix, nostras deprecationes ne despicias in necessitatibus, sed a periculis cunctis libera nos semper, Virgo gloriosa et benedicta.

Projekt kościoła

14 grudnia z okazji zbliżającej się Wigilii Bożego Narodzenia biskup polowy Józef Guzdek zwrócił się z apelem o modlitwę w intencji poległych i zmarłych żołnierzy oraz funkcjonariuszy służb mundurowych.

"Wspólny udział w nabożeństwach niech będzie wsparciem i pociechą dla rodzin, które utraciły bliskich, wyrazem naszej solidarności”


8 grudnia Kościół katolicki świętuje uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny. W tym dniu na Jasnej Górze, zgodnie z kilkuletnią tradycją, przed Figurą Maryi Niepokalanej na placu przed Szczytem, zostaną złożone wiązanki białych kwiatów. 8 grudnia przypada również 60. rocznica rozpoczęcia modlitwy Apelu Jasnogórskiego w Kaplicy Matki Bożej.


Apel Jasnogórski jest wieczorną modlitwą kierowaną do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła. Można go przeżywać indywidualnie, w rodzinie lub w większej wspólnocie. Odprawiany jest także w niektórych sanktuariach maryjnych i innych świątyniach, szczególnie w niektóre uroczystości i święta maryjne, zwłaszcza na zakończenie nabożeństw wieczornych.


Do upowszechnienia Apelu Jasnogórskiego przyczyniła się najbardziej jego transmisja radiowa. Po VI Światowym Dniu Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze, w dniach 14-15 sierpnia 1991 r., swą działalność rozpoczęło archidiecezjalne częstochowskie Radio „Fiat”. Ono pierwsze podjęło transmisję Apelu z Kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Od 25 marca 1995 r., czyli od początku powstania, Apel Jasnogórski na stałe i codziennie transmituje Radio „Jasna Góra”, prowadzone przez Zakon Paulinów. Modlitwę przekazują także inne katolickie rozgłośnie radiowe, w tym Radio „Maryja”. 

Od 12 czerwca 2003 r. Polacy w kraju i poza jego granicami mogą łączyć się codziennie we wspólnej modlitwie Apelu Jasnogórskiego za pośrednictwem Telewizji „Trwam”.
Również za pośrednictwem strony internetowej Biura Prasowego Jasnej Góry /www.jasnagora.com/, można codziennie posłuchać na żywo transmisji Apelu Jasnogórskiego. Na naszej stronie można także obejrzeć codzienne, krótkie relacje video z poszczególnych Apeli Jasnogórskich oraz odsłuchać całość modlitwy Apelowej w plikach audio /www.jasnagora.com/.

95 rocznica powstania Marynarki Wojennej

28 listopada przypada święto Marynarki Wojennej. 93 lata temu decyzjęo odtworzeniu Marynarki Wojennej po zaborach podjął dokładnie 28 listopada 1918 roku Naczelnik Państwa Józef Piłsudski.
28 listopada 1627 roku admirał polskiej floty Arend Dickmann, pokonał szwedzką eskadrę. Tego dnia pod Gdańskiem "słońce zaszło w południe"- takie powiedzenie krążyło w ówczesnej Europie po Bitwie pod Oliwą. Nawiązywało do zatopienia w walce okrętu Solen, co po szwedzku oznacza "słońce.
Do bitwy doszło, gdy patrolująca Zatokę Gdańską szwedzka eskadra płynąca od Helu w kierunku Redłowa, dostrzegła na redzie Gdańska polskie okręty. Polska flota pod dowództwem admirała Arenda Dickmanna, nazywanego wiele lat później polskim Nelsonem, do tej potyczki wystawiła 10 okrętów w dwóch eskadrach. Choć Szwedzi mieli tylko sześć okrętów to siły były wyrównane, bo tylko cztery polskie galeony dorównywały wielkością i uzbrojeniem okrętom szwedzkim. Na czele polskiej floty stały "Święty Jerzy" i "Wodnik".
W bitwie zatopiono wspomniany już galeon "Solen", a drugiego - "Tigerna" - zdobyto i odholowano do Twierdzy Wisłoujście. Pozostałe szwedzkie jednostki odpłynęły i zrezygnowały z blokady Gdańska.Praktycznie już po wygranej bitwie od zabłąkanej kuli zginął admirał Dickmann. Jego przeciwnik, szwedzki wiceadmirał Nils Stiernsköld, zmarł po bitwie na skutek odniesionych ran. Obu admirałów pochowano z najwyższymi honorami w gdańskiej bazylice Mariackiej.

Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych

Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych Kościół obchodzi 2 listopada. W tradycji polskiej ten dzień jest nazywany Dniem Zadusznym lub potocznie Zaduszkami. Wspomnienie to wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji - św. Odylon. On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych 2 listopada. Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o dusze, które zeszły z tego świata w łasce uświęcającej i są w przyjaźni z Bogiem, lecz nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Kościół przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym zanosząc prośby przed tron Boży szczególnie w tym dniu. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą od 1 do 8 listopada uzyskać odpusty zupełne. W to wspomnienie każdy kapłan może odprawić 3 Msze św., jedną ofiarowuje według intencji własnej, drugą za wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią według intencji papieża. Kapłan modli się w tym dniu nad darami tymi słowami: "Spraw, Boże, aby nasi zmarli bracia mogli wejść do chwały z Twoim Synem, który łączy nas wszystkich w wielkiej tajemnicy Twojej miłości". 
Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych. W Kościele rzymskim powszechne są jeszcze Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. przez kolejnych 30 dni). W Polsce istnieje nawet Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego - kapucyna pochodzącego z Podlasia.
Św. Paweł - Apostoł narodów woła: "I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana". Należymy do Pana, bo nas odkupił i wszczepił w siebie, ponieważ żyjemy w Nim i dla Niego przez łaskę i miłość. Chrystus, Pan naszego życia, stanie się Panem naszej śmierci, którą pochłonie swoją własną, przemieniając ją w życie wieczne. W tym dniu chcemy pamiętać o naszych najbliższych zmarłych i dlatego pochylamy się nad ich mogiłami, zapalamy znicze, idziemy na cmentarz z wiązanką kwiatów i spełniamy uczynek miłosierny co do duszy, modląc się za naszych zmarłych
Po raz kolejny obchodzono XIII Dzień Papieski w Parafii Wojskowej w Świnoujściu. Tym razem pod hasłem "Jan Paweł II - Papież dialogu" organizowany razem ze świnoujskim ZHR.
Każda msza miała papieski charakter harcerze służyli do mszy. Kazania głosił proboszcz parafii, opowiadając o Janie Pawle II jako mistrzu dialogu, człowieku, który potrafił słuchać i potrafił rozmawiać.
Po mszy harcerki rozdawały ręcznie przygotowane żółte tulipany. Akcja "Żółte tulipany" została zainicjowana, w pierwszą rocznicę śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II. W tym roku po raz czwarty harcerze dzielili się żółtymi kwiatami z mieszkańcami i gośćmi Świnoujścia. Wręczane tulipany ofiarowanie komuś oznaczają tyle co: "cieszę się na Twój widok". Kolor żółty jest kolorem papieskim - i to właśnie dlatego, w dniu 2 kwietnia ofiarowujemy przechodniom żółte tulipany. Mają one przypominać o tym, że harcerze identyfikują się z nauką głoszoną przez Jana Pawła II, chcą kształtować swoje życie w poszanowaniu drugiego człowieka, radosnym niesieniu pomocy wszystkim potrzebującym i codziennym stawianiu się coraz lepszym. Poza tym rozdawanie z uśmiechem kwiatów potwierdza zawarte w Prawie Harcerskim stwierdzenie, że "Harcerz w każdym widzi bliźniego, a za brata uważa każdego innego harcerza".Od harcerzy zaś każdy otrzymywał słowo papieskie, które mógł zabrać ze sobą. Przed kościołem przez cała niedziele odbywała się zbiórka pieniężna na fundusz stypendialny fundacji "Dzieło Nowego Tysiąclecia".

Wbrew pozorom to prosta modlitwa - różaniec

Różaniec w pierwszej kolejności oznacza sposób modlitwy, po drugie zaś jest to «narzędzie» do odmawiania tej modlitwy, czyli sznur paciorków odpowiednio podzielonych, na których liczy się wypowiadane formuły. Ta postać różańca, którą znamy dzisiaj nie powstała w jednym momencie lecz kształtowała się przez wieki, przechodząc przez różne etapy.

Od początku chrześcijaństwa wielu wiernych bardzo poważnie traktowało słowa św. Pawła: «Nieustannie się módlcie» (1 Tes 5,17). Odpowiedzią na to wezwanie, szczególnie w środowiskach pustelniczych i zakonnych, były modlitwy powtarzalne, czyli krótkie zwarte formuły wielokrotnie powtarzane, które skupiały myśli, a serca wznosiły ku Bogu. Znane są np. świadectwa o pustelniku Pawle z Teb (III w.), który starał się odmawiać każdego dnia trzysta razy «Ojcze nasz». Do liczenia modlitw używał trzystu kamyków, które kładł sobie na kolana i stopniowo zrzucał. Od wieku VI używano już do takiego liczenia sznura z paciorkami. Z IX wieku pochodzi najstarsze znane świadectwo wskazujące, że jedną z takich powtarzalnych formuł było zaczerpnięte z Ewangelii pozdrowienie anielskie «Zdrowaś Mario».

Modlitwa ta bardzo rozwinęła się w średniowieczu, które odznaczało się niezwykłym nabożeństwem do Matki Bożej. Wtedy też pojawił się zwyczaj odmawiania 150 «Zdrowaś», co było inspirowane Psałterzem, który liczy 150 psalmów. Dlatego też mówiono o «psałterzu Maryi». Mniej więcej od XII w. znany jest zwyczaj przeplatania modlitwy «Zdrowaś Maryjo» z «Ojcze nasz». Również w średniowieczu, w czasie jednej z wielkich epidemii dżumy do pozdrowienia anielskiego dodano drugą część: Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej.

Nadanie tej modlitwie nazwy «różaniec» nie jest łatwe do wyjaśnienia, choć wiadomo z całą pewnością, że róża od bardzo dawna jest symbolem Matki Bożej. Być może wpływ miał tu istniejący w średniowieczu zwyczaj przyozdabiania głowy wieńcem z kwiatów. Wieniec ten w niektórych językach nazywano właśnie «różańcem». Wyjaśnienie może przynosić pewna XIII-wieczna legenda. Otóż ten świecki zwyczaj ozdabiania głowy przeniesiono też na Maryję. Legenda opowiada o pewnym bardzo leniwym młodzieńcu. Jedynym dobrem jakie czynił było to, że każdego dnia splatał wieniec, którym przyozdabiał figurę Maryi. Dotknięty łaską wstąpił do zakonu. Jednakże nie mogąc w klasztorze codziennie zbierać kwiatów na wieniec, zaprzestał swojego zwyczaju. Było mu tego żal i już zamierzał opuścić klasztor, ale pewien stary mnich udzielił mu takiej rady: Jeśli chcesz życiem nowym cieszyć Maryję Królowę, z szlachetnych czynów wianek w każdy dzień niech dostanie. Wplataj weń słowa chwały (...) po pięćdziesiąt Zdrowaś Maryja codziennie będziesz odmawiać. To już będzie cały wieniec, który ona bardziej ceni niźli lilie, niźli róże.

Około XV w. odmawianie różańca połączono z rozważaniem życia Jezusa i Maryi. Wyodrębniono 15 istotnych momentów z ich życia i powiązano je z dziesiątkami «Zdrowaś Maryjo». Tajemnice podzielono na trzy części: radosne, bolesne i hwalebne. W ten sposób w ciągu kilku czy kilkunastu wieków ukształtowała się taka postać różańca, jaką znamy dzisiaj.

Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go «otrzymać» od samej Matki Bożej podczas objawienia. Skoro jednak, jak widać, różaniec powstawał przez wieki, to nie sposób przypisać go jednemu człowiekowi. Niewątpliwie św. Dominik i jego bracia, którzy, jako wędrowni kaznodzieje przemierzali świat, ogromnie przyczynili się do rozpowszechnienia tej modlitwy. W 1569 r. papież Pius V – dominikanin – specjalnym dokumentem nadał różańcowi formę, która przetrwała aż do naszych czasów.
Jednakże historia różańca na tym się nie zakończyła. Najnowszy etap to zmiana, którą wprowadził Jan Paweł II. W 2002 r. ogłosił on list apostolski O Różańcu Świętym, w którym ukazał i potwierdził wartość tej modlitwy, zachęcił do jej praktykowania, a także wprowadził nowe tajemnice, które nazwał tajemnicami światła. Obejmują one najważniejsze wydarzenia z okresu publicznej działalności Jezusa, począwszy od chrztu w Jordanie aż do ustanowienia Eucharystii. Papież umiejscowił te tajemnice w strukturze różańca pomiędzy tajemnicami radosnymi, a bolesnymi. Ta nowość wprowadzona do modlitwy różańcowej jest zarazem wskazówką, że odmawiając różaniec możemy rozważać także inne wydarzenia ewangeliczne, które pozwolą lepiej i pełniej ogarnąć w medytacji tajemnicę Chrystusa. Bo taka jest istota różańca, jak to wyraził Jan Paweł II: ma prowadzić ducha do zasmakowania w poznawaniu Chrystusa.
Od średniowiecza ludzie modlący się na różańcu gromadzą się we wspóloty. Takimi wspólnotami są w pierwszej kolejności bractwa różańcowe, skupiające świeckich, którzy statutowo zobowiązani są trwać na modlitwie razem z Maryją. Pierwsze historycznie udokumentowane bractwo założył w 1470 roku bł. Alanus de Rupe. W 1475 roku takie bractwo w Kolonii założył dominikanin Jakub Sprenger. Później w Niemczech i Francji pojawiają się kolejne, skupiając bardzo wielu wiernych. W księgach polskich bractw można znaleźć imiona królów i wielkich wodzów, m.in. Zygmunta Starego, Stefana Batorego, Jana III Sobieskiego, Tadeusza Kościuszki czy Kazimierza Pułaskiego. Obecnie polskie bractwa różańcowe liczą ok. 2 mln członków. Przynależność do takiej wspólnoty daje duchowe korzyści (odpusty i modlitwa wspólnoty za poszczególnych członków za ich życia i po śmierci) oraz nakłada obowiązki, do ktorych należą: odmówienie 15 tajemnic różańca w ciągu tygodnia, wzorowe życie chrześcijańskie, udział w miesięcznych nabożeństwach różańcowych i godne obchodzenie świąt Matki Bożej, z okazji których dostępuje się odpustu.

Inną formą wspólnotowego nabożeństwa różańcowego jest tzw. różaniec nieustający. Powstał on mniej więcej w tym samym czasie, w pierwszej połowie XVII w., we Włoszech i Francji. Polega na tym, że jego członkowie losują sobie jedną godzinę w roku, w której odmawiają cały różaniec. Później przeniesiono to na miesiąc. W ten sposób w każdej godzinie trwa modlitwa różańcowa.

W 1826 r. we Francji powstał Żywy Różaniec, który miał na celu odrodzenie wiary w społeczeństwie. Składa się on z 15-osobowych grup, nazywanych różami, zaangażowanych w życie parafii. Każda osoba z róży codziennie przez miesiąc odmawia jedną tajemnicę różańca, którą sobie wylosuje. W ten sposób grupa, którą kieruje tzw. zelator, codziennie odmawia cały różaniec. Żywy Różaniec co miesiąc ma wspólne nabożeństwo, w czasie którego dokonuje się zmiana odmawianych tajemnic i naznaczana jest intencja modlitwy. Ta forma wspólnoty różańcowej działa w bardzo wielu polskich parafiach.
Istnieje również Różaniec Rodzinny. Najczęściej przy okazji rekolekcji lub misji parafialnych rodziny deklarują się, co jest zapisywane w specjalnych księgach, że będą odmawiały wspólnie różaniec, który umacnia rodziny, napełnia je łaską i daje siłę do dobrego życia.
Wydawać się może, że różaniec jest modlitwą wyłącznie maryjną i rzeczywiście często tak jest pojmowany. W istocie jednak w jej centrum stoi Chrystus, Jego miłość, którą nas do końca umiłował. To prawda, że gdy odmawiamy różaniec, to Maryja uczy nas odkrywać i rozumieć Boże tajemnice. W Ewangelii czytamy: «Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu» (Łk 2,19) – «wszystkie te sprawy» czyli słowa i czyny Jezusa, verba et gesta, jak to ujmuje łacińska formuła, które nam objawiają Boga. Modląc się na różańcu, stajemy się jakby naśladowcami Maryi. Ewangelia stopniowo wnika w obieg myśli człowieka, umacniając jego wiarę i przybliżając do Boga. W tej modlitwie Maryja jest z jednej strony orędowniczką z drugiej zaś, jako jedna z nas, ta która już doszła do pełnego zjednoczenia z Bogiem, jest potwierdzeniem i gwarancją Bożych obietnic i źródłem naszej nadziei – my zmierzamy tam, dokąd Ona już doszła.

Różaniec jest modlitwą dwuwarstwową. Specyficzna technika modlitewna, która polega na powtarzaniu pacierzy jest przygotowaniem serca i umysłu do rozważania najważniejszych wydarzeń z życia Chrystusa i Jego Matki, które zarazem są dziejami naszego zbawienia. Rytm i melodyka słów w różańcu nieustannie podtrzymują więź z Bogiem, pozwalają w skupieniu rozważać tajemnice, budzą pragnienie głębszej wiary i otwierają człowieka na łaskę Bożą. Jan Paweł II w swoim liście O Różańcu Świętym napisał, że modlitwa ta należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej.

Tych wydarzeń, nazywanych tajemnicami, które rozważamy w różańcu jest obecnie, po wprowadzeniu tajemnic światła, dwadzieścia. Każdemu z nich odpowiada dziesiątka różańca, czyli jedno «Ojcze nasz», dziesięć «Zdrowaś Maryjo» i jedno «Chwała Ojcu...».

Cztery części różańca są zatem strzeszczeniem orędzia chrześcijańskiego, mówią bowiem o wcieleniu (cz.I), nastaniu, wraz z Chrystusem, Królestwa Bożego (cz.II), odkupieniu (cz.III) i wyniesieniu do chwały (cz.IV).

Tajemnice radosne to:

zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie
nawiedzenie św. Elżbiety
narodzenie Jezusa w Betlejem
ofiarowanie Jezusa w świątyni jerozolimskiej
odnalezienie 12-letniego Jezusa w świątyni
Tajemnice radosne pomagają stopniowo zgłębiać prawdę, że Syn Boży stał się «Bogiem z nami», że zamieszkał w ludzkiej wspólnocie, stając się bratem każdego człowieka, przyjął na siebie ludzkie ciało i ludzki los.

Tajemnice światła:

chrzest Jezusa w Jordanie
wesele w Kanie Galilejskiej
głoszenie królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia
przemienienie Jezusa na górze Tabor
ustanowienie Eucharystii
Te tajemnice przedstawiają słowa i znaki Jezusa, który objawia Ojca, Jego hojność, miłosierdzie i miłość, Jego niesłychaną troskę o człowieka. Przez to objawienie Ojca i Jego miłości Chrystus ukazuje się jako «Światłość świata», jako ten, który «rzuca światło przez Ewangelię», a zarazem ogłasza, że wraz z Jego przyjściem nastało już królestwo Boże.

W tajemnicach bolesnych odsłania się pełnia Bożej miłości, która jest silniejsza od całej potęgi zła, od lęku, pogardy i nienawiści. Tajemnice te to:

modlitwa Jezusa w Ogrójcu
biczowanie Jezusa
ukoronowanie cierniem
droga krzyżowa
śmierć Jezusa na krzyżu
Rozpamiętując w modlitwie te wydarzenia człowiek może sobie uświadomić za jak wielką cenę został wykupiony z mocy grzechu.

Bóg pragnie, by wszyscy ludzie byli zbawieni i mogli razem z Maryją i wszystkimi świętymi cieszyć się życiem wiecznym w niebie. Ten Boży plan, wypełniony już wobec Maryi, rozważamy w tajemnicach chwalebnych:

zmartwychwstanie Jezusa
wniebowstąpienie Jezusa
zesłanie Ducha Świętego
wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
ukoronowanie Maryi na Królową nieba i ziemi.
Wszystkie te wydarzenia są potwierdzeniem Bożych obietnic danych nam i są zapowiedzią naszej chwały.

Pod koniec XIX wieku papież Leon XIII pisał, że różaniec uczy mądrego przeżywania swojej codzienności (cz.I), swoich cierpień (cz.II) oraz nastawia na życie przyszłe (cz.III). Jan Paweł II uzupełnił to «antropologiczne» spojrzenie na różaniec, stwierdzając, że pozwala on pojąć prawdę o człowieku. Różaniec naprawdę 'pulsuje życiem ludzkim', by zharmonizować je z rytmem życia Bożego – napisał papież. Zatrzymując się w tej modlitwie nad tajemnicą Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka, możemy jakby w zwierciadle Chrystusa i Jego świętego człowieczeństwa zobaczyć, rozpoznać i zrozumieć siebie i swoje życie.
Jan Paweł II kończy swój list apostolski o różańcu gorącym wezwaniem: Modlitwa tak łatwa a równocześnie tak bogata, naprawdę zasługuje, by wspólnota chrześcijańska ponownie ją odkryła. I nieco dalej dodaje: Oby ten mój apel nie popadł w zapomnienie niewysłuchany!

Rekolekcje kapelanów

Kapelani Ordynariatu Polowego uczestniczyli w rekolekcjach na Jasnej Górze, które rozpoczęły się wspólną modlitwą w kaplicy jasnogórskiej. Przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej duszpasterze wojskowi oraz kapelani Straży Granicznej, Policji, Biura Ochrony Rządu zawierzali Bogu swój czas rekolekcji oraz wszystkich żołnierzy pełniących misje poza granicami kraju. Modlitwie przewodniczył ks. dr Wojciech Węgrzyniak, kapłan archidiecezji krakowskiej i doktor nauk biblijnych, tegoroczny rekolekcjonista.

- Przychodzimy do Ciebie Maryjo, aby rozpocząć rekolekcje pod Twoim płaszczem, u Twych stóp (…). Zawierzamy Ci wszystkich Polaków na wszystkich kontynentach, którzy służą naszej Ojczyźnie jako żołnierze, jako ci, którzy tej ojczyzny bronią od początku aż do końca. Ty najlepiej znasz, co jest w naszych sercach, jakie trudności, jakie radości, jakie sprawy, dlatego prosimy Cię już na początek zabierz to wszystko i przedstaw swojemu Synowi, abyśmy po trzech dniach wyjechali stąd bardziej zwycięzcy, bardziej wolni, bardziej żołnierscy i bardziej Twoi – zakończył.

Rekolekcjom towarzyszy fragment z Listu św. Judy „Umiłowani, wkładając całe staranie w pisanie wam o wspólnym naszym zbawieniu, uważam za potrzebne napisać do was, aby zachęcić do walki o wiarę raz tylko przekazaną świętym” (Jud 1,3). Ich temat skupia się wokół zagadnienia wiary. W programie znalazły się m.in. konferencje ks. dr. Wojciecha Węgrzyniaka, codzienna Msza św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, nabożeństwo Drogi Krzyżowej na Wałach Jasnogórskich, rekolekcyjna spowiedź św., Apel Jasnogórski oraz akt zawierzenia służby kapelańskiej Matce Bożej, Hetmance Żołnierza Polskiego. Odbędzie się też odprawa księży kapelanów z biskupem polowym Józefem Guzdkiem.

Uczestnicy rekolekcji wysłuchali dziś pierwszej konferencji, która wprowadziła ich w temat rekolekcji. Ks. dr Wojciech Węgrzyniak podkreślał wartość wiary, bez której prawdziwa wieź z Bogiem nie istnieje. Wiara ma ogromną moc, może przyczynić się do uzdrowienia. Na potwierdzenie tych słów Ksiądz Rekolekcjonista przytoczył słowa Pana Jezusa, który, uzdrawiając chorych, często odwoływał się do ich wiary: „Twoja wiara Cię uzdrowiła”(Łk 17, 19) – mówił.

- Jestem coraz bardziej przekonany, że my kapłani mamy się odznaczać nie organizacją, nawet nie moralnością, nie mediami, wykładami, czy treścią, ale to, co mamy dać światu, to wiara, że jest jeszcze inny świat, bogatszy, który tak uzupełnia człowieczeństwo, że człowiek naprawdę może być szczęśliwszy – powiedział ks. Wojciech Węgrzyniak.

Zdaniem Księdza Rekolekcjonisty wiara, która płynie z przekonania, może przyciągnąć innych do Boga. O takiej wierze będą mówiły tegoroczne rekolekcje.

Słowa powitania skierował do kapelanów biskup polowy Józef Guzdek.

- Serdecznie witam wszystkich księży, którzy korzystają z tego czasu łaski, którzy rozumieją, że jesteśmy powołani do zwycięstwa i, że bojowaniem jest życie człowieka. Ale nie jesteśmy sami. Dlatego tak ważne jest to, aby przekonać się, ze jest z nami Chrystus, że On nas potrzebuje, że będziemy posługiwać się w tej walce tylko i wyłącznie jedną metodą, metodą ewangeliczną – powiedział.

Misje u Stóp Krzyża

Wiadomości z życia Parafii, Kościoła i nie tylko

Miesiąc lipiec rozpoczyna wakacje i okres urlopów. Wielu spośród nas wyjechało nad morze, inni w góry, jeszcze inni do rodziny czy znajomych. Niektórzy zapewne letni wypoczynek mają jeszcze przed sobą. Policja stale prosi podróżnych o ostrożną jazdę i przestrzeganie przepisów drogowych. Sami zapewne zauważyliśmy mniejszą liczbę ludzi w naszych miastach, a większą w miejscowościach wypoczynkowych. Tak dzieje się rokrocznie. Człowiek musi odpocząć po swojej mozolnej i pełnej napięcia pracy. Jest w tym podobny do Boga, który dnia siódmego, po skończeniu dzieła stwarzania, nie pracował.

Czego pragnie dzisiejszy człowiek? Dlaczego wyjeżdża na wakacje?

Przede wszystkim chce odpocząć od zgiełku i pędu codzienności. Pragnie odetchnąć, zatrzymać się, uspokoić, wyciszyć. Dziś właściwie każdy z nas żyje w nieustannym zabieganiu, stresie i napięciu. Wyjeżdżamy na urlop, by zapomnieć, może choć na chwilę, o kłopotach w pracy i problemach dnia codziennego.

Człowiek, by się zrelaksować i nabrać nowych sił, potrzebuje spokoju i ciszy. Pewnie dlatego coraz bardziej modne stają się urlopy spędzane w klasztorach kontemplacyjnych, gdzie wyłącza się telefony komórkowe i gdzie nie ma dostępu do Internetu. Tam panuje cisza, skupienie i jest dużo czasu na modlitwę. Człowiek wraca nie tylko do samego siebie, do rodziny, ale przede wszystkim powraca do Boga.

O wewnętrznym i okazywanym na zewnątrz pokoju mówią dzisiejsze czytania z Pisma Świętego. W pierwszym czytaniu prorok Izajasz stwierdza, że pokój dający radość człowiekowi pochodzi od samego Boga. Tylko On potrafi uspokoić nasze nerwy, napełnić radością, ufnością i szczęściem. Prorok Starego Testamentu mówi, że pokój ten będzie wielki jak rzeka! Skoro więc ten upragniony pokój jest darem Boga, to trzeba o Bogu pamiętać i z Nim razem przeżywać czas wakacji i urlopów.

Ewangelia idzie krok dalej w nauce o wewnętrznym wyciszeniu. Uczniowie Jezusa nie tylko mają sami posiadać wewnętrzny pokój, ale tym pokojem mają obdarowywać innych ludzi, tych, którzy są tego godni: „jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim” (Łk 10,6). Następnie Jezus poleca uczniom uzdrawiać chorych i głosić królestwo Boże. Uzdrawianie to może polegać nie tylko na leczeniu ciała, ale także duszy. Dlatego każdy z nas ma moc uzdrowić bliźniego, który jest smutny, przez pocieszenie. Możemy uzdrowić człowieka zdenerwowanego, umożliwiając mu wyciszenie się itp. Oprócz uzdrawiania – leczenia zła w bliźnich – powinniśmy głosić królestwo Boże. Trzeba to robić nie tylko słowem, ale nade wszystko czynem. Dlatego tak ważne jest świadectwo naszej postawy. Nie możemy innych gorszyć, choćby naszym zachowaniem na urlopie. Zdarza się bowiem, że mieszkańcy uzdrowisk mówią o wczasowiczach jak o, przepraszam za wyrażenie, motłochu z miasta. A dlaczego? Dlatego że zachowanie urlopowiczów jest poniżej godności człowieka. Dlatego trzeba umieć albo przynajmniej uczyć się racjonalnie i mądrze wypoczywać.

Święty Paweł w Liście do Galatów wyraźnie o tym mówi. Mamy chlubić się nie naszą wolnością, ale mamy mieć radość w Jezusie. Tak – czyli wraz z Bogiem – dobry i mądry człowiek spędza swój czas, również ten wolny od większości obowiązków. Bóg daje odpoczynek, daje pokój i siły do kolejnego etapu naszego życia.
Nie można bowiem mieć wakacji od Boga, od religii, od Kościoła! Zdarza się niekiedy, i to nawet w religijnych rodzinach, że ludzie biorą sobie urlop od Boga! Zapamiętajmy z tego kazania może tylko to jedno, że od Boga nie ma wakacji.
Przesłanie Biskupa Polowego z okazji 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej
11 lipca br. mija 70 lat od „krwawej niedzieli”, kiedy nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli zaplanowaną i przeprowadzoną na szeroką skalę eksterminację polskiej ludności na tzw. Kresach. Zginęły wówczas dziesiątki tysięcy naszych rodaków. Zrównano z ziemią i spalono wiele kościołów oraz zagród, a nawet całe wioski, po których zostały tylko zgliszcza. Rana zadana przed siedemdziesięciu laty nadal krwawi i boli. Szczególnie bolesne jest to, że przez wiele lat usiłowano zabić pamięć o ofiarach rzezi wołyńskiej.
Wspominając tamte tragiczne wydarzenia jednocześnie pytamy: Czy uda się zbudować dobrosąsiedzkie stosunki dwóch narodów za cenę przemilczeń i kłamstw? „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32) – powiedział Jezus. Niech okrągła rocznica rzezi wołyńskiej będzie okazją do uznania prawdy, że nasi Rodacy na Kresach wschodnich ginęli tylko dlatego, że byli Polakami.
Nawiązując do słów naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza chcemy dziś wołać: „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” (Dziady, cz. III). W pamiętną niedzielę 11 lipca 1943 roku nie dokończono wielu Mszy świętych na wołyńskiej ziemi. Krew Chrystusa z eucharystycznej ofiary zmieszana została z krwią i cierpieniem tych, którzy stali się uczestnikami „Kalwarii Wschodu”. Nie wolno nam zapomnieć o tamtych bolesnych wydarzeniach. Przynaglał nas do tego błogosławiony Jan Paweł II w Bydgoszczy, w 1999 roku mówiąc: „Za szczególną powinność naszego pokolenia w Kościele uważam zebranie wszystkich świadectw o tych, którzy dali życie dla Chrystusa. Nasz wiek XX, nasze stulecie ma swoje szczególne martyrologium w wielu krajach, w wielu rejonach ziemi, jeszcze nie w pełni spisane. Trzeba je zbadać, trzeba je stwierdzić, trzeba je spisać, tak jak spisały martyrologia pierwsze wieki Kościoła i to jest do dzisiaj naszą siłą – tamto świadectwo męczenników z pierwszych stuleci. Proszę wszystkie Episkopaty, ażeby do tej sprawy przywiązały należytą wagę. Trzeba, ażebyśmy przechodząc do trzeciego tysiąclecia spełnili obowiązek, powinność wobec tych, którzy dali wielkie świadectwo Chrystusowi w naszym stuleciu”.
Liturgia świętej Eucharystii prowadzi do znaku pokoju, pojednania i komunii. Proszę, niech rocznicowe wspomnienia, publikacje i dramatyczne świadectwa uczestników tamtych dni staną się solidnym fundamentem pod budowę dobrosąsiedzkich relacji.
„Ludzkość nie zginie z braku informacji, ale jedynie z braku pamięci i utraty sumienia” – napisał Abraham Heschel. Zaś błogosławiony Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r., wynosząc do chwały ołtarzy błogosławionego biskupa Józefa Bilczewskiego, powiedział: „Chrześcijanie obydwóch narodów (polskiego i ukraińskiego) muszą iść razem w imię jedynego Chrystusa, ku jedynemu Ojcu, prowadzeni przez tego samego Ducha, który jest źródłem i zasadą jedności. Niech przebaczenie – udzielone i uzyskane – rozleje się niczym dobroczynny balsam w każdym sercu. Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy gotowi będą stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności”.
W 70 rocznicę rzezi wołyńskiej 11 i 14 lipca br. odbędą się uroczystości podczas których staniemy w prawdzie wobec minionych wydarzeń. Będziemy się modlić za tych, którzy zostali zamordowani. Będziemy też prosić o darowanie win tym, którzy podnieśli rękę na brata oraz o pokojowe współistnienie narodu polskiego i ukraińskiego.
Zarządzam, aby 11 lipca br. we wszystkich kościołach garnizonowych księża kapelani odprawili Msze św. w intencji ofiar zbrodni wołyńskiej oraz razem z wiernymi odśpiewali „Suplikacje”. Tego samego dnia o godz. 12.00 uderzmy w dzwony, aby w ten sposób wezwać wszystkich do modlitwy i refleksji.
7 lipca br., zgodnie z zaleceniami Sekretariatu Episkopatu Polski należy do modlitwy powszechnej podczas niedzielnych Mszy św. dodać okolicznościowe wezwanie w intencji ofiar rzezi na Wołyniu, następującej treści:
Módlmy się o pokój wieczny dla pomordowanych przed 70 laty na Wołyniu, o przebaczenie win i Boże miłosierdzie dla sprawców śmierci i cierpień swoich bliźnich, a także o łaskę wzajemnego przebaczenia i pojednania narodu polskiego i ukraińskiego.
Wszystkim, którzy włączą się w uroczystości 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej, aby modlić się w intencji ofiar oraz prosić o wybaczenie doznanych krzywd i pojednanie pomiędzy narodem polskim i ukraińskim, udzielam pasterskiego błogosławieństwa

bp Józef Guzdek
Biskup Polowy Wojska Polskiego
Msza św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej
W środę, w trzecią rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, w kaplicy Parafii Wojskowej pw. bł. ks. kmdr. ppor. Władysława Miegonia przy 8 Flotylli Obrony Wybrzeża w Świnoujściu odbyła się msza św. w intencji ofiar.
Nabożeństwo rozpoczęło się od złożenia zniczy przez Dowódcę 8. Flotylli Obrony Wybrzeża Kontradmirała Krzysztofa TERYFTERA oraz Zastępcę Dowódcy 8. Flotylli Obrony Wybrzeża Komandora Krzysztofa ZDONKA pod tablicą pamiątkowa, poświęconej bp. Tadeuszowi Płoskiemu i adm. Andrzejowi Karwecie oraz pozostałym ofiarom katastrofy smoleńskiej. Przy tablicy zaciągnięta została warta honorowa przez marynarzy oraz harcerzy ZHR. Eucharystii przewodniczył proboszcz parafii, mszę uświetnili przedstawiciele służb mundurowych miasta Świnoujście oraz orkiestra garnizonowa. Służbę liturgiczną pełniły harcerki i harcerze z Świnoujskiego Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej.
W homilii Proboszcz Parafii ks. kmdr por. Adam BAZYLEWICZ wspominał tamte chwile, by w osobistych modlitwach polecać Bożemu miłosierdziu wszystkich, którzy wówczas zginęli, i prosić o błogosławione owoce ofiary ich życia, zwłaszcza dla naszego narodu, naszej Ojczyzny.
Niedziela Palmowa w naszej parafii
Tegoroczna Niedziela Palmowa to także Światowy Dzień Młodzieży. W danych diecezjach młodzi spotykają się by wspólnie spędzić czas i się po modlić. W Świnoujskiej Parafii Wojskowej tradycją lat ubiegłych, harcerki i harcerze ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, ukazali swą obecność przy ołtarzu oraz przygotowali się do tego dnia pełniąc służbę w kaplicy.
Od tygodnia zbierane były materiały, z których młodzi ludzie w mundurach własnoręcznie wykonywali palmy na przyjazd Chrystusa. To przygotowanie to nie tylko wielogodzinna praca przy robieniu bukietów palmowych, to też nauka polskiej tradycji oraz właściwego przezywania nadchodzącego Wielkiego Tygodnia. Dla młodzieży takie warsztaty, to świetna lekcja pobudzania wyobraźni i rozwijania zręczności w dłoniach. Palmy były rozprowadzane wśród wiernych, harcerze mieli satysfakcję, kiedy zobaczyli wykonane przez nich dzieła niesione w kościele. Na zakończenie proboszcz parafii zwrócił się ze słowem do młodych. Przypomniał o ich wielkiej roli w życiu Kościoła i Ojczyzny.
Nowy wikariusz w naszej parafii 
ks. kpt. Krzysztof Kara
ks. kpt. Krzysztof Kara, ur. 1970 r. Święcenia kapłańskie w Zgromadzeniu XX Filipinów w 1995 roku. Od stycznia 2005 w Ordynariacie Polowym. Przygotowanie do służby w Żaganiu do czerwca 2006. Przebieg służby: Bydgoszcz /kapelan Żandarmerii Wojskowej, 1 Brygady Logistycznej/, Świętoszów /kapelan 10 Brygady Kawalerii Pancernej/, IX zmiana Afganistan, Legionowo. Wikariusz parafii w Świnoujściu od 16. 03. 2013 r.

Nowe stuły - dar serca od ks. Adama dla naszej parafii

Mamy Papieża !

Kard. Jorge Maria Bergoglio, jezuita z Argentyny, przewodniczący argentyńskiego episkopatu został wybrany 266 następcą św. Piotra. Kard, Bergolio został wybrany w piątym głosowaniu, w drugim dniu konklawe. Przyjął imię Franciszek.

Ks. Jorge Bergoglio SJ był jego pierwszym przełożonym zakonnym w Argentynie, a następnie rektorem seminarium, w którym przygotowywał się do kapłaństwa. W tym czasie ks. Bergoglio był też proboszczem parafii obejmującej ubogą robotniczą dzielnicę. W każdy weekend wysyłał swych kleryków na ulice.

„Polecił nam szukać ludzi, rozmawiać z nimi na ulicy, wyszukiwać dzieci, uczyć je katechizmu, odwiedzać chorych – powiedział argentyński jezuita. – Prowadzić misje, odwiedzając ludzi w domu z obrazkami Matki Bożej i Najświętszego Serca Jezusowego. Było to wspaniałe doświadczenie, które bardzo nas zbliżyło do ludzi. Nasz rektor był człowiekiem bardzo otwartym, ale też wymagającym, co jest bardzo ważne u formatora. Zawsze wiele od nas wymagał, ale nigdy nie zostawiał nas samych”.

Ks. Ortiz podkreśla też, że zawsze był pod wrażeniem prostej, ale bardzo głębokiej pobożności swego przełożonego:

„Jest to człowiek wielkiej modlitwy. Wstaje wcześnie, o 4:00 rano, aby się modlić. Ma głębokie życie duchowe. To jest jego siłą. Bardzo głęboko żyje duchowością ignacjańską. To ona integruje jego serce i umysł. Było to widać już wczoraj, kiedy na samym wstępie zachęcił do modlitwy. On już taki jest. Ta postawa upodabnia go do Jana Pawła II, który również dużo się modlił. Myślę, że w posłudze Piotrowej Franciszka zobaczymy jego żywą relację z Bogiem pośród ludzi”.

O postawie Franciszka świadczy np. pierwsza wizyta za murami Watykanu. Papież pojechał do leżącego nieopodal Panteonu Międzynarodowego Domu Pawła VI, gdzie zatrzymał się przed rozpoczęciem konklawe. Zanim zabrał walizkę z rzeczami, zapłacił za pobyt, by, jak powiedział, dać dobry przykład.

„Spotkał się z mieszkańcami i pracownikami. Wizyta miała charakter bardzo serdeczny” – mówi pracujący w Watykanie ks. Arkadiusz Nocoń, od lat mieszkający w tym domu. Pracuje on w Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, której członkiem był kard. Bergoglio:

„Dzisiaj rano przed wyjściem do pracy zostaliśmy zatrzymani w drzwiach. Nagle otwiera się brama i na nasze podwórko wjeżdża samochód, właśnie, z Ojcem Świętym. Po prostu przyjechał, wracając z Bazyliki Santa Maria Maggiore, po swój bagaż, bo zostawił tutaj w pokoju nr 203 swój bagaż, po który miał wrócić po konklawe, a teraz jako Ojciec Święty przyjechał i udał się do naszej jadalni, aby przywitać się z personelem, z paniami z kuchni, z paniami, które sprzątają. No, proszę sobie wyobrazić, jakie były emocje, jaka była radość, ile łez radości. Było to nieprawdopodobne. Otrzymaliśmy wszyscy jego błogosławieństwo, no i cały czas nas zaskakuje, od samego początku”.

Pytany, czy niekonwencjonalne zachowanie nowego Papieża nie zagraża jego bezpieczeństwu, ks. Federico Lombardi stwierdził, że to ochrona musi się dostosować do stylu Papieża Franciszka, a nie odwrotnie. Zresztą, jak dodał watykański rzecznik, już Jan Paweł II zasłynął łamaniem protokołu i chodzeniem w miejsca, które wcześniej wydawały się dla Papieża niewyobrażalne.
Ks. Lombardi nie wykluczył, że Franciszek wkrótce zechce odwiedzić Argentynę. „Czy pojedzie też do Polski, ojczyzny Jana Pawła II, pozwólmy zadecydować nowemu Papieżowi” – powiedział podkreślając, że za nami przecież dopiero pierwsze godziny nowego pontyfikatu.

Informacja o księdzu rekolekcjoniście 

Ks. Sergiusz Orzeszko, ur. 16 lipca 1976 w Wołominie. Losy rodzinne sprawiły, że pierwsze dwadzieścia lat swojego życia spędził w krajach Europy zachodniej. Ukończył studia paramedyczne na AWF w Warszawie jako fizjoterapeuta ze znaczącym stażem zawodowym w Polsce i w rzymskiej klinice wyspecjalizowanej w traumatologii stawu kolanowego. W roku 2003 został przyjęty do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie. Cztery lata później za aprobatą przełożonych wstąpił do Instytutu Dobrego Pasterza. Dalsze studia odbył we Francji oraz w Rzymie na uniwersytecie św. Krzyża na wydziale teologii moralnej (II cykl). Wyświęcony na diakona 25 lipca 2011 r. przez kard. Castrillon-Hoyosa w Bordeaux, ostatecznie otrzymał sakrament święceń kapłańskich 11 lutego 2012 roku z rąk J.E. Biskupa Athansiusa Schneidera w kościele pw. św. Jana Chrzciciela w Courtalian (diecezja Chartres). Ksiądz Sergiusz został skierowany do pracy duszpasterskiej w Polsce i posługuje aktualnie w parafii pw. bł Michała Kozala w Świnoujściu. 

Prezentacja samej wspólnoty:

Instytut Dobrego Pasterza, którego powołanie było osobistą wolą Ojca Świętego Benedykta XVI, jest wspólnotą życia apostolskiego, mającą za swój szczególny charyzmat duszpasterstwo, którego źródłem jest liturgia rzymska w jej czcigodnym klasycznym rycie. Tę właśnie "nadzwyczajną formę rytu rzymskiego" papież jak "ojciec rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare" (Mt 13,52) ponownie ukazał Kościołowi jako skarb prawdziwej Tradycji w Motu proprio Summorum Pontificum.

Kapłani i bracia Instytutu Dobrego Pasterza pomagają biskupom w wypełnianiu ich apostolskiej misji. W sposób szczególny troszczą się, jako prawdziwi cooperatores veritatis, o czystość wiary przekazywanej wiernym, zwłaszcza tym przywiązanym do tradycyjnych form modlitwy i pobożności. Posługę te, Instytut Dobrego Pasterza wypełnia nade wszystko poprzez solidną formację kapłańską opartą na klasycznych wzorcach duchowości, dyscypliny i ascetyki kapłańskiej, ze szczególnym umiłowaniem liturgii rzymskiej w rycie klasycznym, który to ryt "jest rytem własnym" Instytutu.

Instytut należy do wielkiej rodziny żywej Tradycji nad którą pasterską opiekę roztacza Pontyfikalna Komisja "Ecclesia Dei", której obecnie przewodzi ksiądz prałat Guido Pozzo. Komisja "Ecclesia Dei" od 8 lipca 2009 r. tj. od momentu ogłoszenia Motu proprio Ecclesiae unitatem wchodzi w skład świętej Kongregacji Doktryny wiary na czele której stoi Kard. Muller.

Harcerze wspominają bł. Wincentego Frelichowskiego


Obchody setnej rocznicy urodzin bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego w parafii wojskowej w Świnoujściu


W sobotę 23 lutego w parafii garnizonowej w Świnoujściu odbyła się uroczysta Msza święta w 100. rocznicę śmierci bł. Ks Stefana Wincentego Frelichowskiego - Patrona Polskiego Harcerstwa.
Mszy świętej przewodniczył proboszcz parafii, w uroczystości uczestniczyli także harcerze i harcerki z Świnoujskiego ZHR oraz Świnoujscy Seniorzy Harcerscy z ZHP. Nie zabrakło mieszkańców Świnoujścia. Homilię wygłosił proboszcz ks. kmdr por. Adam Bazylewicz, który przedstawił historię życia bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Podczas mszy świętej harcerze przygotowali wartę przy ołtarzu błogosławionego, a także czytali wspomnienia z jego dziennika. Na koniec wszyscy odśpiewali modlitwę harcerską i zapalili świecę.
Więcej:
http://www.ordynariat.wp.mil.pl/pl/542_15442.html
http://www.eswinoujscie.pl/aktualnoci/15488-wspomnienie-b-phm-wincentego-frelichowskiego-patrona-polskiego-harcerstwahttp://iswinoujscie.pl/artykuly/25640/

Pierwsza potrzeba

Gdy kilka dni temu wieczorem wsiadałem do samochodu przy supermarkecie, z tyłu podszedł do mnie zaniedbany mężczyzna. Zagadnął metodą „na uczciwego”.


– Co będę pana okłamywał, potrzebuję na piwo – powiedział. W pierwszym odruchu chciałem go zignorować, ale przypomniało mi się, że on jest przecież potrzebujący, i to – wbrew deklaracji – niekoniecznie piwa. Wyjaśniłem mu więc, że jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, co oznacza, że nie piję alkoholu w intencji tych, co piją za dużo. I że zobowiązałem się jednocześnie do tego, że nie będę alkoholu kupował, częstował nim i wydawał na niego pieniędzy. – A to rozumiem – powiedział i chciał odejść. Zatrzymałem go. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał o sobie, o tragicznych kolejach losu, które doprowadziły go do bezdomności. W trakcie rozmowy uświadomiłem sobie, że on naprawdę rozpaczliwie czegoś potrzebuje. Że jest nawet bardziej samotny niż czytelnik gazety przejętej przez Hajdarowicza. Poczułem się bezradny. W myśli poprosiłem Boga o pomoc. W tym momencie przyszedł mi do głowy fragment z Listu św. Jakuba: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?”. 
Ewidentnie temu człowiekowi brakowało codziennego chleba, wybraliśmy się więc do supermarketu. On ładował do wózka chleb, mleko, opiekane śledzie, masło… i przy każdym artykule pytał nieśmiało: mogę jeszcze? Gdy wyszliśmy ze sklepu, on miał zakupy, a ja poczucie, że spotkał mnie zaszczyt i że to ja zostałem obdarowany. Potem podwiozłem go w pobliże miejsca, w którym nocował. Stojąc na ulicy zapytałem go, czy chciałby zmienić swoje życie. 
– No przecież, ale jak? – zdziwił się. 
– Czy wierzy pan, że Jezus Chrystus przyszedł, żeby pana zbawić, i zależy Mu na panu dużo bardziej niż panu? – powiedziałem. 
– Wierzę – odpowiedział po prostu. 
– A chce pan oddać Mu swoje życie? 
– Chcę. 
Pomodliliśmy się, tak jak staliśmy. Powtarzając za mną, powiedział Jezusowi, żeby był jego Panem, że oddaje się Mu bez zastrzeżeń, że przebacza tym, którzy mu zawinili. Potem padliśmy sobie w objęcia. Oczy mu się szkliły (no, mnie też trochę). Wtedy powiedział coś, co mnie prawie powaliło: – Bardzo ci dziękuję. Nawet nie za to, co mi kupiłeś… ale za tę modlitwę. 
Wahałem się, czy opowiedzieć tę historię, to ostatnie zdanie jednak przeważyło szalę. Bo w nim doskonale widać odpowiedź na pytanie, o co właściwie chodzi w ewangelizacji: o umożliwienie spotkania z Jezusem. Spotkania – nie swatania Go na odległość. Bo ludzie potrzebują JEZUSA dużo bardziej niż czegokolwiek. On jest „artykułem” ich pierwszej potrzeby, nawet gdy gonią za tym, co ich niszczy. Nie wiedzą, że On naprawdę żyje i działa i że naprawdę Mu na nich zależy. A nie wiedzą, bo się do Niego nie zwrócili. Zapyta ktoś, co takie oddanie życia Jezusowi zmienia. Gdyby oddał, toby nie pytał. 


Fast-nawrócenie


Parafia Kościoła episkopalnego (amerykańska wersja anglikanów) w teksańskim mieście Spring z okazji Środy Popielcowej zorganizowała coś w rodzaju McDrive, tyle że zamiast hamburgera był popiół z dodatkiem formuły „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Duchowny zapowiedział, że będzie przez cały dzień dyżurował na przykościelnym parkingu, oferując chętnym znak nawrócenia bez konieczności wysiadania z auta. Inicjatywa szlachetna, tyle że w Popielcu i całym Wielkim Poście chodzi o coś odwrotnego: trzeba się zatrzymać i wysiąść. Kierowca na trasie mija tyle znaków, że znak nawrócenia może mu się pomylić z zakazem nawracania.

Zmienić na „zdrowy”


Jak pisaliśmy już w GN, nawet na liście Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) transseksualizm figuruje w kategorii poważnych „zaburzeń umysłowych i behawioralnych”. Ponieważ Ruch Palikota zaangażował się w promocję tej przypadłości jako prawa człowieka, serwis Gosc.pl poprosił rzecznika tej partii posła Andrzeja Rozenka o komentarz. – Absolutnie nie uważam, aby transseksualizm był chorobą psychiczną. Jeżeli tak jeszcze jest na liście WHO, to trzeba to zmienić – oświadczył Rozenek. Tak się to tam odbywa. Tylko po co jakieś WHO, skoro wystarczy Rozenek?

Test Bartosia


Tadeusz Bartoś, z zawodu były dominikanin, wezwał duchownych: „Musicie zdjąć sutanny i zacząć żyć życiem zwykłych ludzi”. Innymi słowy: „Musicie być jak Bartoś”. To zaczyna być wygodne – gdy ksiądz nie wie, jak się zachować wobec „trendów”, powinien pomyśleć: a co o tym mówi Bartoś? – i zrobić odwrotnie. Możliwość pomyłki bliska zeru

Majstrowanie przy źródle

Tłum reagujący na czas to demonstracja, tłum reagujący po czasie – to pogrzeb.

Wśród komentarzy znalazło się ironiczne pytanie: „Jakim sposobem związki partnerskie mogłyby zaszkodzić mojemu małżeństwu?”. Tkwi w nim założenie, że ludzie, o ile nie śpią w jednym łóżku, nie mają na siebie żadnego wpływu – a i gdy śpią, to też niekoniecznie. I jeszcze takie założenie, że bliźni może robić ze sobą cokolwiek – nie należy mu przeszkadzać, o ile on nie przeszkadza mnie. Według tej koncepcji zło nie istnieje – no, może z wyjątkiem „homofobii”, więc nic człowiekowi nie grozi, tako w niebie, jak i na ziemi. Zwłaszcza że nieba się w nic praktycznie nie miesza. Niech więc każdy robi, co chce, ja jestem okej, ty jesteś okej.

Nasuwa się Mickiewiczowe „Głupiec mówi: Niech sobie źródło wyschnie w górach, byleby mi płynęła woda w miejskich rurach”. Gdyby rzeka wysychała w tej samej chwili, gdy odetnie się ją od źródła, reakcja na wszelkie próby odcinania byłaby natychmiastowa i powszechna. Społeczeństwo widziałoby, że tacy źródlani majsterkowicze są groźniejsi od Al-Kaidy, i działałoby szybciej niż premier Tusk, gdy biegł na mównicę „prostować” antypartnerską wypowiedź ministra Gowina. Ale że woda długo jeszcze płynie, wielu wyciąga wniosek, że nic w tym złego i majstrowanie przy źródłach jest nawet całkiem sympatyczne. Co tam, że wody ubywa i że widać dno – to dno wydaje się nawet, ho, ho, seksowne.

Gdy Francuzi przed laty wprowadzali u siebie związki partnerskie, nie widzieli, że szykują sobie katastrofę. Przeszło to bez większych problemów, bo „oczywiście” nie miało mieć nic wspólnego z małżeństwem i z adopcją dzieci. Dziś, gdy już dno się odsłoniło i okazało się, że będą i jednopłciowe „małżeństwa”, i chyba dzieci też im oddadzą na zdeprawowanie, tłumy Francuzów wyległy na ulice. Szli, krzyczeli, protestowali. Za późno! Trzeba było podnosić raban, gdy inżynierowie społeczni domagali się palca. Jeszcze gdy chcieli ręki, dało się coś zrobić. Ale co teraz, gdy z demokratycznym mandatem dobierają się do głowy?

Czasem słyszę, że niepotrzebnie piszę o obłędnych postępach „postępu” za granicą. Że co nas to obchodzi. Ależ dużo! Gdy u nas będzie podobnie, żadne pisanie nie pomoże. Są rzeczy, na które trzeba reagować wtedy, gdy jeszcze nie widać ich skutków. Gdy skutki widać, większa część społeczeństwa jest już urobiona i w samobójczym pędzie dąży do zagłady.

Cesarstwo Rzymskie można było – i należało – naprawiać, gdy u szczytu jego potęgi pojawiły się pierwsze pęknięcia. Gdy każdy widział, że jest źle, imperium było już nie do uratowania. Rozlazłe społeczeństwo nie potrafiło powstrzymać barbarzyńców o paskudnych manierach, ale mocnym kręgosłupie.

Są tacy, którym żaden dzwonek alarmowy nie przerywa słodkiego snu. To sen o świecie, w którym obywatel pod troskliwym okiem służb mówi tylko miłe rzeczy, dzieci nie karci, ptaszki karmi, wszystko toleruje, i w którym w zamian za to władza zapewnia mu opiekę „od becika do zastrzyka”.
A potem już nie będzie dzwonka. A tym bardziej dzwonu – nawet na pogrzebie. Muezini nie dzwonią.

Kazanie za daleko

Coraz więcej jest takich, co wypływają społecznie, gdy pogrążają się duchowo.

Ludziom „postępu” przybył kolejny bohater. Zgodnie z nową, choć trudno powiedzieć czy świecką, tradycją, „znany duchowny” (po prawdzie, to dopiero teraz znany), po ćwierćwieczu życia w tym stanie, publicznie pożegnał się z zakonem i kapłaństwem. Trudniej poszło mu rozstanie z głoszeniem kazań. W kaznodziejskim stylu opisał swój czyn w liście zamieszczonym w internecie. „Mam takie głębokie poczucie, że się w końcu odważyłem, by żyć i kochać. Że nareszcie dojrzałem do miłości” – stwierdził tam między innymi.

Zaraz poszło to w pochwalnym klimacie na stronie „Wyborczej” i w tabloidach, i tym sposobem salonowy panteon „byłych duchownych” wzbogacił się o kolejnego świątka.

Oto swój, bo światowy, człowiek. Zmądrzał. Dojrzał do „zwykłej miłości”, co znaczy, że służyć miłości niezwykłej, bo wiecznej, to niedojrzałość. Zrozumiał, co to miłość – ludzka, ta, którą się teraz uprawia, szczególnie gdy hormony skoczą. Takiego księdza to my chętnie posłuchamy. Napisał przecież: „Wierzę w Boga, który stoi po stronie życia i miłości. Zwyczajnego życia i zwyczajnej miłości”.

Nooo! To my rozumiemy! O takim Bogu nam mów, a nie tam o jakichś metafizycznych dyrdymałach. A teraz – witaj wśród dojrzałych! Znamy w miłości fajne myki, chętnie cię nauczymy.

Odejścia z kapłaństwa i zakonu zdarzały się zawsze, podobnie jak zdrady małżeńskie i porzucenia rodzin. Ludzie ulegają pokusom, ponoszą klęski – żadna nowość. Grzech nas niszczy, a im większy pewniak, tym łatwiej wpada w jego sidła. To też nie nowość. Ale nowością jest robienie ze zdrady jakiegoś wzniosłego aktu, czegoś, co należy uzasadnić wyższymi racjami i przedstawić jako etap rozwoju. Jest to sposób na poprawienie sobie notowań u ludzi, ale ceną jest to, co Jezus nazwał zgorszeniem.

Gdyby odchodzący duchowny powiedział: „zawiodłem, żałuję”, towarzyszyłyby mu współczucie, modlitwa, i refleksja o własnej kruchości. On jednak mówi, że teraz wreszcie wszedł na właściwą drogę, co oznacza, że wszystko, co było dotąd, było w najlepszym razie niepełne.

Gdy zakonnik z gracją depcze słowo, jakie dał Bogu wobec wielu świadków, jak oczekiwać od męża, żeby dotrzymał słowa danego żonie? Jak w ogóle oczekiwać prostej słowności, skoro można z podniesionym czołem łamać obietnice największe?
Człowiek jest słaby i upada – jasne. Ale trwać w upadku i publicznie chwalić się tym, to już nie słabość – to wybór. Nie działoby się to, gdyby nie było klimatu uznania dla niewierności. Gdy pasterz jest niewierny, to niewiernym owcom zaraz raźniej. Więc biorą go w obronę. „Miał trwać w zakłamaniu?” – beczą. Nie, drogie owieczki. Gdy ktoś zdradza żonę, to ma do niej wrócić i błagać ją o przebaczenie, a nie na stałe „uczciwie” zameldować się u kochanki. Żoną zakonnika jest Kościół. Nie ma takiej sytuacji, w której człowiek musi grzeszyć. „Musi” tylko wtedy, gdy chce. Ale to nie jest miłość – ani „zwykła”, ani jakakolwiek. I to nie jest dojrzałość, gdy jednym kazaniem przekreśla się wszystkie inne, które się wygłosiło w imię wiecznej Miłości.

Niezwykłe zdjęcie z Watykanu

Włoski fotograf Alessandro di Meo uchwycił niecodzienne zjawisko. Było nim uderzenie pioruna w kopułę Bazyliki św. Piotra w Rzymie.

Fotografia obiegła już cały świat i stała się ilustracją do wczorajszej decyzji Ojca Świętego.

Tego samego dnia, kiedy zostało wykonane zdjęcie, tylko kilka godzin wcześniej Ojciec Święty Benedykt XVI ogłosił swoją decyzję o rezygnacji z urzędu. Oficjalnie przestanie być on Papieżem 28 lutego br. od godz. 20.00.

Nie jest to pierwsze tak niezwykłe zjawisko atmosferyczne towarzyszące pontyfikatowi Ojca Świętego Benedykta XVI. Podczas trwających w 2011 roku 26. Światowych Dni Młodzieży w Madrycie gwałtowna burza wraz z porywistym wiatrem nawiedziły dawne lotnisko Cuatro Vientos, gdzie trwało całonocne czuwanie przez zakończeniem spotkania Papieża z młodymi. Nawałnica sprawiła, że przerwano przemówienie Ojca Świętego. Następnego dnia, na początku Eucharystii, która kończyła Światowe Dni Młodzieży, Benedykt XVI podziękował młodzieży za ich „trud” i „wytrwałość”, jakie okazali wobec burzy, ulewy i wichru, które spadły na nich podczas nocnego czuwania.

Niecodzienne zjawisko miało miejsce również podczas znamiennej wizyty Papieża w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau w 2006 roku. Na niebie pojawiła się piękna tęcza.

IK

Wielki Post

Środa Popielcowa rozpoczyna okres czterdziestodniowego przygotowania do największej chrześcijańskiej uroczystości - Świąt Paschalnych. Wielki Post, bo tak nazywa się ten okres, trwa do początku liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowanej w Wielki Czwartek.
Już w II wieku, dla lepszego przygotowania do przeżycia Świąt Paschalnych, dodano dwa dni postu przed tym świętem. Wspomina o tym Tertulian (+ ok. 240). Św. Ireneusz (+ ok. 202) pisze, że za jego czasów zwyczaj ten istniał również w Galii: ku czci 40-dniowego postu Pana Jezusa był nakazany post 40-godzinny (obowiązywał zatem w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę). W wieku III poszczono już cały tydzień. Wreszcie na początku wieku IV wprowadzono post 40-dniowy na pamiątkę postu Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy wspomina o tym św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r. Chodziło o to, aby jak najlepiej przygotować wiernych do świąt wielkanocnych.
Według świadectwa Ægerii (w. IV) post 40-dniowy był powszechnie znany. Potwierdza to także św. Cyryl Jerozolimski, kiedy pisze w swoich katechezach o 40 dniach pokuty. Na Wschodzie jednak Wielki Post obchodzono przez 8 tygodni, a to dlatego, że soboty i niedziele były wolne od postu. Chodziło więc o uzupełnienie pełnych 40 dni postu. W wieku VI w Rzymie post rozpoczynał się 6 tygodni przed Wielkanocą. Jednak po odliczeniu niedzieli, w które nigdy nie poszczono, post trwał właściwie tylko 36 dni. Dlatego w wieku VII dodano brakujące dni i wyznaczono jako początek Wielkiego Postu Środę Popielcową. Ostatecznie środa jako początek Wielkiego Postu weszła na stałe do tradycji rzymskiego kościoła w 1570 roku. Od św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604) datuje się powstanie "przedpościa". Na trzy tygodnie przed Wielkim Postem wprowadzał Kościół fioletową, pokutną barwę szat liturgicznych, z modlitw i śpiewów usuwano radosne Alleluja, do roku zaś 1248 w tym czasie obowiązywał również post, chociaż w formie złagodzonej.
We wspomnianym 1248 roku papież Innocenty IV skrócił Wielki Post, wyznaczając go od Środy Popielcowej. Przedpoście było więc rodzajem przedsionka, wprowadzającego w nastrój Wielkiego Postu. Reforma liturgiczna ostatnich lat Przedpoście zniosła. W Polsce Wielki Post zachowywano wraz z Przedpościem (łącznie 70 dni) jeszcze w niektórych stronach w wieku XVIII, a nawet XIX. W niedzielę post nie obowiązywał i dotąd nigdy nie obowiązuje - każda niedziela bowiem ma charakter uroczystości.

Sam zwyczaj posypywania głów popiołem na znak żałoby i pokuty, celebrowany w Środę Popielcową, znany jest w wielu kulturach i tradycjach, m.in. w starożytnym Egipcie, u Arabów i w Grecji. W liturgii pojawił się on w VIII w. Pierwsze świadectwa o święceniu popiołu pochodzą z X w. W 1091 r. papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele. W tym też czasie ustalono, że popiół do posypywania głów wiernych ma pochodzić z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedniego roku.

W Środę Popielcową - zgodnie z kanonami 1251-1252 Kodeksu Prawa Kanonicznego - obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden - do syta). Prawem o wstrzemięźliwości są związani wszyscy powyżej 14. roku życia, a prawem o poście - osoby pełnoletnie do rozpoczęcia 60. roku życia. Prawo kanoniczne nie nakłada na wiernych natomiast obowiązku uczestniczenia w tym dniu w Eucharystii (chociaż jest to powszechną praktyką, z której nie powinno się rezygnować bez ważnej przyczyny).

W całym Kościele w Wielkim Poście odbywały się nauki, które dawał kandydatom do przyjęcia Chrztu świętego sam miejscowy biskup. On także przeprowadzał końcowy egzamin i uroczyście udzielał tego sakramentu w noc wielkanocną przed świtem pamiątki Zmartwychwstania Pańskiego wobec całej wspólnoty kościelnej. Do dziś zaleca się, by chrzest osób dorosłych odbywał się właśnie w Wigilię Paschalną i był poprzedzony tzw. skrutyniami, odbywającymi się na przestrzeni Wielkiego Postu.

W okresie Wielkiego Postu, który jest czasem pokuty i nawrócenia, Kościół, przypominając słowa Jezusa, proponuje trzy drogi przybliżania się do Boga: post, jałmużnę i modlitwę. Liturgia tego okresu jest dość wyciszona. Dominującym kolorem szat liturgicznych jest fiolet. Z obrzędów Mszy świętej znika uroczysty hymn "Chwała na wysokości Bogu" (śpiewany jedynie w czasie przypadających w Wielkim Poście uroczystości, np. św. Józefa - 19 marca, czy Zwiastowania Pańskiego - 25 marca) oraz radosna aklamacja "Alleluja" (nawet w uroczystości i święta) śpiewana przed odczytaniem fragmentu Ewangelii (zastępuje ją aklamacja "Chwała Tobie, Królu wieków" albo "Chwała Tobie, Słowo Boże"). 

Zakazane jest przyozdabianie ołtarza kwiatami, zaś gra na instrumentach muzycznych dozwolona jest tylko w celu podtrzymania śpiewu. Z rzadka także odzywają się dzwony. Jedynym wyjątkiem od tych ostatnich zastrzeżeń jest IV Niedziela Wielkiego Postu, zwana Niedzielą Laetare (łac. "Wesel się" - od pierwszych słów introitu). W okresie Wielkiego Postu zabroniony jest udział w zabawach. Organizuje się także zwykle kilkudniowe rekolekcje, które mają pomóc w dobrym przeżyciu tego czasu. W wielu kościołach zachował się zwyczaj ustawiania krzyża, przy którym można klęknąć i ucałować rany Chrystusa. Zwykle stoją przy nim świece i kwiaty.

Pożegnanie Księdza Wikariusza

Ksiądz wikariusz świnoujskiej Parafii Wojskowej od jutra pełnić będzie posługę w Gdyni. W niedzielę, 13 stycznia, o godzinie 12.00 odbyła się Msza Święta, podczas której pożegnaliśmy księdza kpt. Adama Rogackiego. Podczas mszy tłumnie żegnali go parafianie a wśród nich marynarze, harcerze i dzieci.
Podczas blisko 5 letniej służby w parafii wojskowej w Świnoujściu, ksiądz Adam zdobył duże grono sympatyków. Dla wszystkich zawsze znajdował czas i serce, a w kapłańską posługę wkładał całe swoje zaangażowanie. Na mszy świętej obecne było dowództwo 8. Flotylli Obrony Wybrzeża, delegacja Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej oraz Kręgu Seniora "Kotwica" ZHP wraz z pocztem sztandarowym oraz tłumnie przybyli przyjaciele i parafianie. We mszy uczestniczyła także świnoujska Orkiestra Wojskowa. Podczas pożegnania, po mszy, wyrecytowała księdzu życzenia mała Hania Owczaruk, którą ksiądz Adam ochrzcił podczas pierwszej odprawianej przez siebie mszy świętej w kościele Garnizonowym w Świnoujściu.
Ksiądz kpt. Adam Rogacki w roku 2000 rozpoczął studia na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Równolegle od 2001 roku był podchorążym w Wojskowej Akademii Technicznej. W 2006 roku skierowany do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu. Tam zakończył edukację wojskową i został promowany na pierwszy stopień oficerski, po czym skierowany został do służby i posługi kapłańskiej w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej w Świętoszowie. Do Marynarki Wojennej i Świnoujścia trafił w 2008 roku, gdy wyznaczony został na stanowisko wikariusza w tutejszej Parafii Wojskowej pw. bł. ks. kmdr ppor. Władysława Miegonia. W 2013 roku skierowany został do Gdyni. Będzie tam kapelanem Akademii Marynarki Wojennej i jednostki wojskowej „Formoza”.

8.FOW
Myśl wyrachowana: Każde zło jest poprzedzone dyskusją

Jerzy Owsiak chciał nauczyć młodzież, żeby pomagała staruszkom przechodzić na tamtą stronę. Nie, nie chodzi o jezdnię. W rozmowie z Dziennikiem.pl opowiedział się za… eutanazją.

„Ja bym się nie bał rozpocząć dyskusji na ten temat. Osobiście dopuszczam taki sposób pomocy, bo ja to tak rozumiem – eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach” – oznajmił. Przyznał też, że boi się zniedołężnienia. „A najbardziej dysfunkcji, o których człowiek nie wie, jak demencja, alzheimer. Te choroby dotykają nie tylko seniora, ale wszystkie osoby, które żyją w jego otoczeniu, często wręcz degradują całe rodziny” – dodał.

Gdy oburzenie tymi słowami przekroczyło poziom Wisły pod Toruniem, lider WOŚP oświadczył, że jednak nie jest zwolennikiem eutanazji, bo, jak rzekł, „moja prywatna opinia, moje prywatne rozterki związane z problemem, o którym mowa, zostały wyolbrzymione i niebezpiecznie spłaszczone”.

Wygląda na to, że Jerzy Owsiak źle ocenił „dojrzałość społeczną” i wyszedł z eutanazją przed orkiestrę. A że ta orkiestra właśnie przygotowywała się do finału, zaszła obawa, że tym razem może nie paść rekord w zbiórce pieniędzy. I to prawdopodobnie sprawiło, że Owsiak zaczął zwalczać poglądy Owsiaka. Nie do końca jednak, bo w wywiadzie dla „Wyborczej” powiedział: „Nie twierdzę, że mamy się opowiadać za eutanazją, ale żeby zacząć wreszcie po ludzku o niej rozmawiać”.

Typowe „za, a nawet przeciw”. Co to znaczy „po ludzku rozmawiać” o zabijaniu ludzi chorych i starych? Trzeba założyć krawat i mówić ściszonym głosem – to będzie po ludzku? Jakim prawem ktokolwiek śmie w ogóle podnosić taką kwestię?

Charakterystyczne, że – jak wynika ze słów Owsiaka – nie boi się on zacząć dyskusji na temat eutanazji, bo… boi się zniedołężnienia. Nie jest to więc żadna forma troski o innych, lecz owoc własnego strachu przed przyszłością. On boi się trudności życia, dlatego nie boi się rozpętać dyskusji o prawnej możliwości ucieczki od życia. Można to zrozumieć, a nawet współczuć, bo to znak postchrześcijańskiego braku nadziei. Problem jednak w tym, że prywatny strach Owsiaka przed stanem, jakiego by sobie nie życzył, popycha go do promocji koszmarnych idei w sferze publicznej. Tego nie można tolerować, bo za tym pójdzie przyzwyczajenie, potem zobojętnienie, wreszcie akceptacja, a nawet pochwała skrajnego barbarzyństwa, jakim jest selekcja ludzi wedle stanu ich zdrowia.

Mamy za sobą okres wzmożonego życzenia sobie różnych rzeczy. Wśród nich najczęściej bodaj życzono zdrowia, często uzupełniając to zwrotem: „zdrowie jest najważniejsze”. Jerzy Owsiak zdaje się tak właśnie uważać, bo jakoś niechętnie odnosi się do obrony życia chorych nienarodzonych dzieci, a teraz – jak widać – sugeruje, że i starsi, gdy są chorzy, przestają być przydatni.
Otóż nie – najważniejsze jest człowieczeństwo. A ono nie zależy od stanu zdrowia.

Franciszek Kucharczak

W 20. rocznicę największej morskiej tragedii

W dniu 14. stycznia 2013 roku, o godzinie 11.59 ,sygnałem "Słuchajcie wszyscy" ,w Świnoujściu rozpoczną się uroczystości odsłonięcia tablicy upamiętniającej 20. rocznicę zatonięcia promu M/F Jan Heweliusz.
Punktualnie w południe rozlegną się dźwięki kurantów oraz syren okrętów i statków.

W uroczystościach udział wezmą zachodniopomorscy parlamentarzyści , przedstawiciele władz samorządowych województwa i miasta, rodzin marynarzy, armatora promu, delegacje miejskich instytucji i organizacji pozarządowych, służb mundurowych, szkół i organizacji harcerskich.
Tablicę, przy której asystę honorową wystawią marynarze 8.FOW, harcerze i uczniowie Zespołu Szkół Morskich, poświęci Ksiądz Dziekan Zbigniew Rzeszótko.
Medalami pamiątkowymi uhonorowane zostaną instytucje i osoby wspomagające ufundowanie tablicy.

INSTYTUCJE:

1. EUROAFRICA SHOPPING LINES CYPRUS Ltd.
2. UNITY LINE – Sp. z o.o.
3. Fundacja PRO PUBLICO MARE Szczecin
4. PORT HANDLOWY ŚWINOUJŚCIE – Sp. z o.o.
5. TERMINAL PROMOWY ŚWINOUJŚCIE – Sp. z o.o.
6. Rada Powiatowa SLD ŚWINOUJŚCIE



OSOBY PRYWATNE:

1. Wiktoria i Tomasz DZIWOTA
2. Małgorzata ŻYLAK
3. Brygida i Marian SIEMCZONEK
4. Janusz ŻMURKIEWICZ
5. Waldemar BUCZYŃSKI
6. Stanisław BARTKOWIAK
7. Paweł SUJKA
8. Jerzy LENDA

Pomysł ufundowania i odsłonięcia tablicy pamiątkowej wyszedł w ubiegłym roku od członków Społecznego Komitetu Ufundowania Tablicy. To ten sam, który w czerwcu 2005 roku, w imieniu mieszkańców naszego miasta, doprowadził do odsłonięcia pamiątkowej tablicy w rocznicę zatonięcia trawlerów „Czubatka” i „Cyranka” należących do Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra” w Świnoujściu.
- Musimy w naszym mieście kontynuować morskie tradycje, a są nimi – niestety, także nasze morskie tragedie. Nie możemy o nich zapominać – mówi kpt. Waldemar Buczyński, radny i jeden z członków SKUT.
Przewodniczącym SKUT został Prezydent Miasta Janusz Żmurkiewicz.W jego skład weszli również radni Stanisław Bartkowiak i Paweł Sujka.
- To bardzo cenna inicjatywa – mówi Prezydent. – Zatonięcie promu „Jan Heweliusz” było największą katastrofą morską w historii polskiej floty handlowej. Zginęło w niej 55 osób.

Uroczystość zakończy Hymn do Bałtyku w wykonaniu Orkiestry Reprezentacyjnej 8.Flotylii Obrony Wybrzeża.

BiK

Ks. Adaś przejmuje nowe obowiązki

7 stycznia br. podczas rozprowadzenia na terenie Akademii Marynarki Wojennej były wikariusz ks. Adam Rogacki, wobec całego stanu osobowego, po odczytaniu decyzji Biskupa Polowego WP, zostaje powitany w nowym miejscu pełnienia służby. Zostaje mu także przez Komendanta - kontradmirała dr inż. Czesław DYRCZA powierzona troska o duchowy wymiar  kadry, pracowników oraz studentów uczelni. Jedocześnie Rektor podziękował poprzednikowi ks. kmdr ppor. Radosławowi Michnowskiemu za pełnioną służbę w środowisku akademickim oraz życzył powodzenia w pełnionej misji w morzu. 

Boże Narodzenie w 2012 roku...

Wystrój wg. pomysłu Józefa Mazur i Andrzeja Wilk.

Ks. Adaś zmienia parafię

"Parafia pozostanie ta sama, ale bez Ciebie, nie będzie już taka sama..."
(...)

Z dniem 31 stycznia 2012 roku, decyzją Biskupa Polowego Wojska Polskiego, ks. kpt. Adam Rogacki, kończy swoją posługę w garnizonie Świnoujście. Jego następną placówką i miejscem posługi duszpasterskiej będzie Parafia w Gdyni. Jednocześnie będzie kapelanem Akademii Marynarki Wojennej. 
Pragniemy wszyscy podziękować księdzu wikariuszowi za 4.5 letnią służbę w Parafii i garnizonie Świnoujście.

Wszystkich, którzy chcą się dołączyć do podziękowań, zapraszamy 13 stycznia 2013 o godzinie 12.00 na Mszę Świętą.

Marynarski opłatek

Marynarskim zwyczajem w jednostkach 8. Flotylli Obrony Wybrzeża odbyły się spotkania opłatkowe. W przedświątecznym tygodniu kadra i pracownicy jednostek wojskowych w garnizonach Świnoujście, Dziwnów i Kołobrzeg składali sobie wzajemnie życzenia świąteczne.

Podczas uroczystych spotkań, w obecności księży z Parafii Wojskowych dzielono się opłatkiem i składano sobie wzajemnie życzenia świąteczne, zarówno te dotyczące służby oraz pracy, jak i bardziej osobiste. W dowództwie świnoujskiej flotylli, podczas uroczystości z kadrą i pracownikami wojska spotkał się kontradmirał Krzysztof TERYFTER. W spotkaniu opłatkowym uczestniczyli także zaproszeni przedstawiciele służb mundurowych i harcerstwa (ZHR Świnoujście), stowarzyszeń kombatanckich oraz Poseł na Sejm – pani Ewa ŻMUDA – TRZEBIATOWSKA. Uroczystość uświetniły kolędy wyśpiewane przez wychowanków koła muzycznego z Klubu 8. Flotylli Obrony Wybrzeża. Światło betlejemskie, które harcerze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej przywieźli ze Szczenina, zostało przekazane Dowódcy 8.FOW.
Jeśli akceptuje się tylko dzieci „chciane”, chce się tylko akceptowane.

Nie było miejsca w Betlejem. Nie chcieli Dzieciątka – użalają się ludzie. Ale o co chodzi? Przecież ludzie u nas chronicznie nie mają dziś miejsca dla dzieciątek. No chyba że akurat wyjątkowo są „chciane”. Czyli zaplanowane. Te się rodzi, gdy rodzice są pewni, że wszystko zagra. Gdy ma się mieszkanie, pieniądze, standard. Gdy wszystko jest przygotowane, zabezpieczone, kiedy człowiek nasycił się karierą, zaspokoił ambicje. Oczywiście to wszystko z poczucia odpowiedzialności. No bo przecież nie można powoływać na świat człowieka, żeby cierpiał, na przykład z braku własnego biurka albo przez brak dostępu do internetu.

I tak przybywa „odpowiedzialnych”, którzy akceptują tylko to, co według nich jest absolutnie sprawdzone i bezpieczne. Żadnych niespodzianek! Mam mieć w życiu tylko to, co sobie zaplanowałem. Tymczasem jeśli ludzkość rozwijała się i wzrastała w siłę, to głównie dlatego, że ludzie – szczególnie w zakresie rodzicielstwa – nie mogli za dużo planować. Dzieci były zawsze darem i niespodzianką. Kochało się je więc tak, jak się pojawiały – i tyle, ile się pojawiło. I były znakiem błogosławieństwa, źródłem radości i dumy. Rodziły się w każdych warunkach, a nie tylko wtedy, gdy „były warunki”. Gdyby poprzednie pokolenia uzależniały rodzicielstwo od możliwości materialnych, nie byłyby żadnymi poprzednimi pokoleniami. Nigdy nie było warunków dla dzieci i nigdy nie będzie, bo gdy ludzie mają okazję planować swoje (i cudze) życie, to – o ile nie są motywowani wiarą – z reguły kalkulują tchórzliwie i małodusznie. A jeśli jeszcze czytają modne ostatnio wyliczenia, ile też kosztuje wychowanie jednego dziecka, łatwo dojdą do wniosku, że lepiej poprzestać na samochodzie i piesku.

Jak to się dzieje, że narody ubogie i skrajnie ubogie mają dzieci, a bogate coraz częściej ich nie mają? Jak to się dzieje, że Polska wymiera i trzeba opóźniać emeryturę, skoro na tle innych jesteśmy krajem zamożnym? Czy wszystko tłumaczy kiepska polityka prorodzinna? Z Księgi Wyjścia wiemy, że Izrael najbardziej rozmnożył się w Egipcie, w „domu niewoli”. Im gorzej im było, im bardziej ich Egipcjanie gnębili, tym więcej im się dzieci rodziło. Do tego stopnia, że faraon wprowadził nakaz aborcji (ze względów technicznych pourodzeniowej) żydowskich chłopców. Ale żydowskie położne „bały się Boga i nie wykonały rozkazu króla egipskiego”. I dalej czytamy, że „Bóg dobrze czynił położnym, a lud izraelski stawał się coraz liczniejszy i potężniejszy” (Wj 1,15-20).

Czy to nie ciekawe? Wciąż im było ciężko, a jednak stawali się potężnym narodem. Bóg im błogosławił, bo byli otwarci na życie.
Argument z błogosławieństwa Bożego oczywiście nie trafi do niewierzących, ale – pobudka! – ja to piszę do wierzących. Bóg domaga się zaufania Mu we wszystkim, a zaufanie oznacza przełamanie lęku i przyjęcie planu Bożego. Kto celebruje własne planowanie, niech wie, że sam Jezus był dzieckiem nieplanowanym – Maryja inaczej widziała swoją przyszłość. Ale na słowo Boga je zmieniła. Gloria in excelsis Deo!

FRANCISZEK KUCHARCZAK

Spisek komandorów

Nie wódź nas na pokuszenie...

Takimi słowami modlimy się, codziennie odmawiając modlitwę Ojcze nasz, której Pan Jezus nauczył Apostołów. W nowszych tłumaczeniach Ewangelii wg św. Mateusza czytamy jeszcze inną wersję tej modlitwy: „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie” (Mt 6, 13). Takie tłumaczenie wydaje się być lepsze od tradycyjnego, ponieważ nie sugeruje nawet, że Bóg mógłby kusić człowieka, On jedynie dopuszcza możliwość kuszenia człowieka przez złego ducha.

Kiedy jednak czytamy rozważania św. Tomasza, okazuje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Cytuje on bowiem na początku zagadnienia Księgę Rodzaju, w której czytamy, że „Bóg kusił Abrahama” (Rdz 22,1). Nieco dalej zaś przytacza fragment Księgi Powtórzonego Prawa: „Kusi was Pan, Bóg wasz, aby jawne było, czy Go miłujecie.” (Pwt 13, 4). Jeżeli jednak sięgnęlibyśmy do Biblii Tysiąclecia, to we wszystkich tych miejscach słowo „pokusa” zastąpione zostało słowem „próba”. Mamy zatem tutaj językowe poplątanie i aby zrozumieć naturę pokusy, musimy najpierw zająć się nieco problemami polskiej i łacińskiej terminologii.

Czym jest pokusa?

Powyższe problemy biorą się z nieco innego znaczenia polskiego słowa „pokusa” i łacińskiego terminu „tentatio”. Podczas gdy mówiąc o pokusie w języku polskim, mamy na myśli przede wszystkim nakłanianie do zła, które odbywa się na różne sposoby, łaciński termin „tentatio” oznacza w pierwszym znaczeniu próbę i doświadczenie. O ile pokusę rozumiemy zawsze jako zło, o tyle doświadczenie może mieć wymiar pozytywny. Z takim pozytywnym wymiarem doświadczenia mamy do czynienia bardzo często. Kiedy na przykład kierownik w pracy daje pracownikowi trudne zadanie, to właśnie w pewnym sensie go doświadcza. Jeżeli uda mu się to zadanie wypełnić, kierownik wie, że może na tym człowieku polegać, ponieważ jest odpowiedzialny, kreatywny, sprawny organizacyjnie itp. Dlatego właśnie św. Tomasz dalej zauważa, że doświadcza się kogoś po to, aby uzyskać wiedzę o nim. W takim przypadku nie każde kuszenie musi być złe. Znaczenie łacińskiego słowa „tentatio” jest po prostu szersze i dlatego właśnie można je rozumieć nie tylko negatywnie.

Kolejną bardzo ważną dla zrozumienia naszego problemu informację, dostarcza nam Doktor Anielski pisząc: „Otóż niekiedy na tym się nie poprzestaje, ale ta wiedza służy do osiągania innego celu, dobrego lub złego; celu dobrego, np. gdy ktoś chce o kimś wiedzieć, jakim jest pod względem wiedzy lub pod względem cnoty czy charakteru po to, aby go postawić na wyższym stanowisku; celu złego, gdy chce to wiedzieć po to, żeby go zwieść lub zniszczyć.” Innymi słowy, złem nie jest samo poddawanie próbie, ale cel, dla którego się to robi. Bardzo rzadko jest tak, że doświadczenie kogoś służy tylko i wyłącznie dowiedzeniu się, jak się ktoś zachowa. Ta wiedza jest jedynie środkiem, ponieważ sprostanie trudnej sytuacji pozwala nam na przykład zaufać danej osobie. Kiedy nasz przyjaciel pomoże nam w potrzebie, to nie tylko wiemy, że potrafi się tak zachować, ale to oznacza, że możemy mu ufać i że faktycznie jest prawdziwym przyjacielem. Zdarza się jednak także i tak, że daje się człowiekowi zadanie niemożliwe dla niego do wykonania i stawiając go przed taką sytuacją, czyni się to już z intencją zniszczenia tego człowieka. Jak zatem widzimy, choć złe duchy przede wszystkim kuszą człowieka, to jednak w szerszym znaczeniu (poddawania próbie) kusić może także sam człowiek, a nawet i Bóg.

Aby się okazało...

Jeżeli więc Bóg, który przecież wie wszystko, poddaje próbie, to czyni to nie dlatego, żeby samemu się przekonać, co jest w sercu człowieka i do czego jest on zdolny, ale po to, aby inni widzieli przykład dobrego postępowania i wierności prawdzie. Najlepiej ilustruje to chyba Księga Hioba, w której Bóg dopuszcza kuszenie i nieszczęścia spotykające go, aby inni mogli zobaczyć jego wierność i prawdomówność (Hi 42, 7-9). Podobnie św. Tomasz rozumie przytoczone wyżej przykłady z Księgi Rodzaju i Powtórzonego Prawa.

Poza tym, jak widzieliśmy, człowiek może poddawać próbie drugiego człowieka po to, aby mu pomóc. Może w ten sposób przygotować go do dania mu awansu, ale także, w sytuacji, kiedy nie dostrzega on swoich możliwości poddanie doświadczeniu może służyć tylko temu, aby przekonał się on, że potrafi znacznie więcej niż przypuszcza. Nie trzeba chyba dodawać, że taka forma pokusy, o ile jest dokonywana w miłości, wcale nie jest zła. Jednak są także wypadki, w których człowiek grzeszy kusząc kogoś, aby go zniszczyć i upokorzyć. I w końcu zdarzają się jeszcze inne sytuacje, o których mówi nam Pismo Święte, a w których człowiek ośmiela się kusić samego Boga. Tak właśnie się stało, kiedy Izraelici wystawiali Boga na próbę na pustyni w Meriba: „...tutaj kłócili się Izraelici i wystawiali Pana na próbę, mówiąc: „Czy też Pan jest rzeczywiście pośród nas, czy nie?”” (Wj 17, 7). Jak widzimy celem kuszenia Boga była w tym przypadku wiedza i dlatego św. Tomasz pisze: „I tak człowiek kusi niekiedy po to tylko, by wiedzieć. Z tego też powodu kuszenie Boga uważa się za grzech, bo człowiek jakby tego niepewny, ośmielał się doświadczać potęgę Boga.”

Kuszenie do grzechu

Tutaj w końcu dochodzimy do sytuacji właściwego kuszenia, którego dokonuje zły duch. Jeszcze raz podkreślmy, że celem złego ducha jest zawsze zniszczenie człowieka i oddzielenie go od Boga. I nawet jeżeli człowiekowi uda się przeciwstawić pokusie, to i tak zły duch wcale nie kusił go, aby kuszony odniósł nad nim zwycięstwo. Ponieważ złe duchy działają na człowieka zawsze w taki sposób, dlatego Doktor Anielski stwierdza, że szczególnie złym duchom przypisuje się kuszenie, jako czynność im właściwą.

Aby sprawę jeszcze lepiej wyjaśnić należy przypomnieć w tym miejscu, że złe duchy nie znają tego, co jest w sercu człowieka. Nie znają bezpośrednio naszych myśli i pragnień. Dlatego właśnie wiedza, którą uzyskują o człowieku poddanemu pokusie jest dla nich bardzo ważna dla kontynuowania niszczycielskiego dzieła. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że człowiek zgrzeszy w tej dziedzinie, w której wcześniej już okazał słabość. Św. Tomasz wyjaśnia to w następujący sposób: „Złe duchy wiedzą, co się dzieje na zewnątrz człowieka. Wewnętrzne usposobienie czy obciążenia człowieka zna sam tylko Bóg, który “osądza duchy”, a właśnie te usposobienia czy obciążenia człowieka stanowią o tym, że jedni bardziej mają skłonność do tej wady niż do innej. I dlatego diabeł kusi, badając wewnętrzne obciążenia człowieka po to, aby wciągnąć go w tę wadę, do której człowiek ma większą skłonność.”

Na koniec wypada jeszcze dodać, że zły duch zawsze dąży najkrótszą drogą do zwycięstwa nad człowiekiem. Jego celem jest zawsze odciągnięcie człowieka od Boga i dlatego będzie starał się osiągnąć ten cel najkrótszą możliwą drogą, wykorzystując tę wadę i skłonność, której człowiek najszybciej ulegnie. Aby jednak to było możliwe musi wcześniej wiedzieć, co jest naszą największą słabością. Wykorzystuje do tego różne środki, którym będziemy mogli się dokładniej przyjrzeć w kolejnym odcinku naszych rozważań.

Dlaczego Bóg dopuszcza pokusy?

Na koniec chciałbym jeszcze raz powrócić do bardzo trudnego pytania o to, dlaczego Bóg dopuszcza, abyśmy byli kuszeni, ponieważ teraz możemy jeszcze pełniej na nie odpowiedzieć. Podstawowym celem Pana Boga jest przekonanie nas, że jeżeli współpracujemy z Jego łaską, możemy zwyciężać złego ducha. Pan Bóg nie chce uczynić nas mocnymi za nas, ale z nami. Dlatego właśnie nie zwycięża za nas, ale wtedy, kiedy i my mamy w zwycięstwie jakiś, choćby bardzo mały, udział. Nie ma nic bardziej utwierdzającego człowieka w ufności w moc Bożą, niż zwycięstwo nad swoją największą wadą. Im częściej się nam to udaje, tym łatwiej jest nam zwyciężać i tym rzadziej złe duchy nas kuszą. Poza tym pokusy przekonują nas, że walka ze złem jest sprawą poważną, jest najważniejszą walką naszego życia, ponieważ stawką w tej walce jest nasze Zbawienie. Kiedy przychodzi pokusa każdy z nas lęka się porażki, musimy jednak pamiętać to, co podkreśla św. Tomasz, że szatan jeszcze bardziej lęka się tego, że pokusa będzie przez nas zwyciężona dzięki pomocy Boga i jego Aniołów. Dlatego im częściej zwyciężamy tym bardziej złe duchy lękają się nas kusić, bo boją się kolejnej porażki w walce z Bogiem, działającym w tych i przez tych, którzy mu ufają i podążają za zwycięskim Zbawicielem.

ks. Tomasz Stępień

Zauważyć swój Adwent!

Adwent jest po to, by poświęcić uwagę prostowaniu ścieżek w swojej duszy i uwierzyć, że tylko Jezus jest w stanie wyprostować nasze mylne ścieżki, jeżeli oczywiście Mu na to pozwolimy. Każdy z nas ma coś do zrobienia w sercu.

Jeszcze dobrze nie przygasną znicze, nie minie zaduma związana ze świętem zmarłych, a już specjaliści od reklamy i komercji robią wszystko, abyśmy zaczęli oddychać atmosferą świąt Bożego Narodzenia. Ulice zapełniają się kolorowymi lampkami, pojawiają się choinki, a w centrach handlowych przy melodii kolęd i ogłaszanej coraz to nowej promocji snują się tłumy Mikołajów.

Czuwajcie...

Choć dziś robi się wiele, by zakodować w nas skojarzenie: „Boże Narodzenie” to „czas zakupów”, by rozmyć twardą rzeczywistość betlejemskiej stajni, gdzie rodzi się Bóg, to nam nie wolno temu ulec. Boże Narodzenie, jest czasem radości z narodzenia Syna Bożego, jak św. Paweł powie: „pełnia czasu”, a więc bezsprzecznie najważniejsze wydarzenie w dziejach ludzkości. Jezus, żeby się narodzić, nie potrzebuje takiego zamieszania i „świecidełek”, tego pucowania podłóg i nadmiernych porządków, tego wszystkiego, co Mu przygotowujemy, nie zważając na wydatki. On zadowoli się zwykłym kątem, zakamarkiem w starym, schludnym domu, oby tylko nasze serca były czyste i prawdziwie kochające. W życiu nie wolno chodzić na skróty, warto iść bezpiecznie wyznaczoną drogą i cierpliwie czekać na osiągnięcie celu. Zatem zauważmy, że przed Bożym Narodzeniem mamy jeszcze do „pokonania” cztery tygodnie Adwentu, czyli czasu przygotowania, czasu oczekiwania na Pana.

Już na samym początku Adwentu słyszymy słowa Chrystusa: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie” (Mk 13,35).Jest to prawda: musimy być stale przygotowani na przyjście Pana. Czuwajcie... Oto postawa prawdziwie chrześcijańska – mam czuwać, mieć uszy, oczy, serce szeroko otwarte. Ponieważ nie wiem, kiedy Jezus przyjdzie powtórnie, dlatego też zawsze muszę być człowiekiem czuwania. Czuwać; oznacza czegoś ważnego nie przegapić, nie przespać, nie zmarnować szansy, która się właśnie pojawia. Czuwać to być w gotowości i nie dać się czemuś niepożądanemu zaskoczyć.

Nie marnujcie czasu

Co znaczy: być zawsze gotowym na przyjście Pana Jezusa?Oczekiwanie na przyjście Pana Jezusa nie polega na bierności, lecz na wypełnianiu zadań, które Pan stawia każdemu z nas. Kiedy człowiek pilnie wypełnia swoje obowiązki, to nie obawia się, którego dnia, o której godzinie przyjdzie Pan. Jest przecież gotowy na spotkanie z Nim, bo wypełniał to, co miał w życiu zrobić. Prorok Izajasza zaś powie: „Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami” (Iz 2,3). Zatrzymajmy się, aby wsłuchać się w Boży głos i złapać adwentowe tchnienie dla duszy, bo dopóki wędrujemy po tej ziemi, nigdy nie jest za późno, aby napełnić nasze życie miłością Pana. Ale tylko dopóki żyjemy! Pojawia się więc zadanie dla każdego z nas: nie marnować czasu, nie odkładać „uregulowania rachunków” z Panem Bogiem na „potem”, wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do czynienia dobra i życia w stanie łaski, czyli przyjaźni z Bogiem. W liturgii mszalnej niejednokrotnie spojrzy na nas surowo św. Jan Chrzciciel i przypomni głosem wołającego na pustyni o potrzebie naprawy życia i przemiany: przez pokutę, zerwanie z grzechem, nawrócenie, życie na wzór samego Chrystusa.

Gdy ten głos do nas dotrze i usłyszymy wyraźnie: „nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”,zbierajmy się codziennie na Mszy św. roratnej, by wraz z Maryją oczekiwać na przyjście Zbawiciela, odmawiajmy sobie różnych przyjemności, by w ten sposób dać wyraz swojej gotowości.

Otwórzcie serca

Adwent jest po to, by poświęcić uwagę prostowaniu ścieżek w swojej duszy iuwierzyć, że tylko Jezus jest w stanie wyprostować nasze mylne ścieżki, jeżeli oczywiście Mu na to pozwolimy. Każdy z nas ma coś do zrobienia w sercu.Trzeba zacząć od szczerej spowiedzi świętej. Najpierw otworzyć swoje serce, a potem z Jezusem zacząć solidnie pracować. On przychodzi, aby w naszym sercu wykonać wielką pracę. Warto też więcej czytać i słuchać Biblii, a może uda się nam wybrać na indywidualną adorację Najświętszego Sakramentu, by w ciszy serca porozmawiać z Bogiem, dziękować, przepraszać i uwielbiać Go. Po prostu więcej być z Jezusem. Boże Narodzenie ma nas otworzyć na Boga i na drugiego – nawet jeśli go nie lubimy. To przecież w naszych sercach ma być coraz więcej światła Bożej miłości. To w nas ma narodzić się Jezus Chrystus, poprzez nawrócenie i oczyszczenie w sakramencie pojednania i pokuty. Nasze czyste serca, to najpiękniejszy prezent dla Jezusa.

Aby nie zabrakło miejsca

Kochamy święta Bożego Narodzenia i tęsknimy za nimi przez cały rok. Ich klimat jest niepowtarzalny; nerwowa przedświąteczna krzątanina, domowe zwyczaje i obrzędy, rodzinne spotkanie przy wigilijnym stole (często jedyne w roku). Jak przeżyjemy ten ważny czas oczekiwania na wspomnienie Betlejemskiej Nocy, ile w nim będzie duchowości, a ile rozkrzyczanej reklamy i pustych gestów, zależeć będzie od naszej tęsknoty, świadomości i miłości do Jezusa. Czy w tym roku zdążę otworzyć drzwi swojego serca dla przychodzącego Pana, aby nie powtórzyła się sytuacja z Betlejem, gdzie zabrakło dla Niego miejsca?

Jezus narodzi się, ale czy narodzi się w moim sercu?
Jezu, dopomóż mi nie przespać adwentu mojego życia! Przyjdź, aby mnie w porę zbudzić, jak anioł obudził betlejemskich pasterzy. Amen.

Maria Pelc

Zanim będą laicja

Jak to możliwe, że ludzkość istnieje, choć nie miała edukacji seksualnej? – No właśnie dlatego.


Na to, co od wieków funkcjonuje jako „święta Bożego Narodzenia”, coraz częściej mówi się „święta”. W przyszłości i tę obciążoną religianckim pochodzeniem nazwę trzeba będzie zastąpić czymś innym, na przykład słowem „laicja”. Łatwo to jednak nie pójdzie, bo ludziom „święta” jeszcze się dobrze kojarzą. Bo to rodzinne takie. A rodzina – nad czym ubolewa ŚRODOwisko – też się dobrze kojarzy. Ale jest i na to rada. Gdy mamę i tatę zastąpią rodzice A i B, a potem pewnie C i D, itede, rodzina będzie się kojarzyć w najlepszym razie z abecadłem. Już tam odpowiedni ludzie nad tym pracują.

Niedawno dzwonił do mnie ksiądz, zbulwersowany faktem, że na lekcjach wychowania do życia w rodzinie nauczyciele ze szkoły, w której katechizuje, stosują „Wielką księgę siusiaków” i jej żeński odpowiednik (daruję sobie podawanie wulgarnego tytułu). Nauczyciele owi twierdzą, że te książki są „zatwierdzone” i że są wartościowe, a tylko tytuły są kontrowersyjne.

No cóż, jeśli dla kogoś nie jest kontrowersyjne opowiadanie o tym, co chłopiec może robić ze swoim „przyjacielem” („walić konia” to jedno z łagodniejszych określeń), to widocznie mamy do czynienia z kimś od Palikota. Ksiądz zebrał na ten temat jednoznacznie negatywne opinie specjalistów, ale w szkole to on stał się dla nauczycieli wstecznikiem i wrogiem publicznym.

To było do przewidzenia, gdy zaczęło się gadanie, jak też Polacy sobie nie radzą z uświadamianiem seksualnym swoich dzieci. I gdy zaczęło się ośmieszanie „pruderyjnych katechetek”. To był grunt pod wprowadzenie obowiązkowego udziału w lekcjach wychowania do życia w rodzinie. Gdy już całkiem nie będzie można dziecka wypisać (a do tego blisko), obecny przyzwoity program zostanie zastąpiony „edukacją seksualną”. Jednak już dziś, jak widać, wystarczy nauczyciel z bananem, prezerwatywą i poczuciem misji, żeby nam zdeprawował dzieci.

Ale wcale tak być nie musi. Wiele zależy od naszej determinacji. Przykładem jest los pomysłu posłania sześciolatków do szkół. Wydawało się, że sprawa jest pewna jak wieczna popularność Donalda Tuska, a tymczasem sprzeciw rodziców projektem mocno zachwiał i odsunął go na później.

To kwestia stanowczości i masowości. Skoro dało się w takiej sprawie, tym bardziej powinno się dać w dużo ważniejszej. Ochrona dzieci przed zaplanowaną demoralizacją to absolutny priorytet. Trzeba tylko stanowczo reagować na jakiekolwiek próby „edukowania” dzieci w duchu niechrześcijańskim. Właśnie tak – bo szkoła ma pomagać rodzicom w wychowaniu dzieci, a nie ich zastępować. Dlatego proszę wszelkie przypadki ataku samozwańczych „edukatorów” na wasze dzieci zgłaszać nam. Będziemy wiedzieli, co z tym zrobić.
Piszę to w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. „Jak się to stanie, skoro nie znam męża?” – zdziwiła się Maryja w czytanej tego dnia Ewangelii na wieść, że zostanie matką. Nie zapytała, czy ma wypatrywać bociana, czy też udać się na pole kapusty. Dziwne – bez edukacji seksualnej?

Franciszek Kucharczak

Jak kształtował się rok liturgiczny

Każda epoka wnosi do roku kościelnego nowe święta i nowych świętych, którzy wyciskają na liturgii własne piętno. Tak będzie się działo do końca świata, gdyż Kościół jest żywym tworem, stale dojrzewającym i doskonalącym się, zmierzającym do pełnego rozwoju.


Zawiązkiem roku liturgicznego Kościoła Katolickiego i całego chrześcijaństwa była najpierw niedziela. Stanowiła radykalne odcięcie się tradycji judaistycznej, który za dzień święty uważała sobotę (szabat). Niedziela, zwana "dniem Pańskim" była uważana za coś w rodzaju "małej Wielkanocy" i miała na celu uczczenie Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Chrześcijanie spotykali się w każdą niedzielę na sprawowaniu liturgii. Przewodniczył jej początkowo któryś z Apostołów, a potem biskup. Obrzędy święte składały się głównie z modlitw i pieśni, nauk i ofiary eucharystycznej, połączonej z Komunią świętą. Początkowo zebrania te i spotkania liturgiczne odbywały się w ukryciu - w domach prywatnych, w katakumbach, a po ustaniu prześladowań (w. IV) w budynkach specjalnie do tego przeznaczonych. Za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego (306-337) niedziele zostały uznane przez państwo i z czasem nabrały charakteru obowiązujących dni świętych. Niedziela jest zatem pierwszym i najstarszym dniem świątecznym w Kościele.

"Zgodnie z tradycją apostolską, która rozpoczęła się w dniu zmartwychwstania Chrystusa, Kościół celebruje misterium paschalne każdego ósmego dnia, który słusznie nazywany jest dniem Pańskim albo niedzielą. W tym bowiem dniu wierni powinni się gromadzić, aby słuchając Bożego słowa i uczestnicząc w Eucharystii, wspominać mękę, zmartwychwstanie i uwielbienie Pana Jezusa oraz składać dziękczynienie Bogu, który przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich do żywej nadziei (1P 1,3). Niedziela jest zatem pierwotnym dniem świątecznym..." (KL 106). Z niedzieli wyrósł, wywodzi się cały rok liturgiczny. Niedziela nadal pozostała jego "podstawą i rdzeniem".
Od II w. datuje się zwyczaj obchodzenia w Kościele pamiątki Zmartwychwstania Pańskiego jako osobnego święta. Była to najstarsza i początkowo jedyna uroczystość doroczna w Kościele. Korzeniami swymi sięgała ona Paschy Starego Testamentu. Była ona dla narodu izraelskiego pamiątką wyzwolenia z niewoli egipskiej, wielkiego dzieła zbawczego, dokonanego przez Boga. Treścią chrześcijańskiej Paschy jest o wiele większe wyzwolenie, którego dokonał Chrystus dla całej ludzkości przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Za każdym razem, gdy wspólnota wiernych wspomina w czasie Eucharystycznej Ofiary Mszy św. śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, tylekroć obchodzi Paschę. Dzieje się tak przede wszystkim w pierwszym dniu każdego tygodnia, który jest "dniem Pańskim". "Każdego tygodnia Kościół obchodzi pamiątkę zmartwychwstania Pańskiego w dniu, który nazwał Pańskim, a raz do roku zmartwychwstanie razem z Jego błogosławioną męką czci w największą uroczystość Paschy." (KL 102). Uroczystość ta zajmuje centralne miejsce w roku liturgicznym. Już w III - IV wieku powstaje Triduum przygotowawcze do obchodu Wielkanocy. Niebawem, bo w IV-V w., zostaje ono rozszerzone o cały okres Wielkiego Postu. Rozszerzony zostaje także czas wielkanocny aż po Pięćdziesiątnicę, czyli do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, którą zaczęto wprowadzać już w wieku IV. Od Niedzieli Wielkanocnej aż do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego włącznie, tzn. okres 50 dni, Kościół święci w radości i weselu jako jeden uroczysty dzień, owszem jako "wielką niedzielę". Ten święty czas 50 dni paschalnych kończy się uroczystością Zielonych Świąt (stąd jej nazwa Pięćdziesiątnicy). Cykl wielkanocny trwa zatem od Środy Popielcowej aż do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Sama Wielkanoc nie ma stałego dnia. Według zwyczaju Kościoła zachodniego przypada ona na niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Także w IV w. wprowadzona zostaje uroczystość Narodzenia Pana Jezusa, do której niebawem dojdzie okres przygotowania, obejmujący cztery niedziele Adwentu. Od wieku VII wprowadzono oktawę świąt Bożego Narodzenia. Uroczystość Objawienia Pańskiego (Epifania) kończy ten drugi cykl roku liturgicznego - cykl bożonarodzeniowy. Adwent i Epifania rozszerzają i pogłębiają tajemnicę wcielenia i narodzenia Jezusa. Pierwotnie "adwent" i "epifania" oznaczały nadejście króla, władcy, jego uroczysty wjazd, przybycie do jakiegoś miasta, zapowiadały radość i szczęście. W okresie Bożego Narodzenia obchodzimy przyjście Chrystusa Pana w ubóstwie i słabości, tzn. tajemnicę Jego ludzkiego narodzenia. Adwent natomiast, podobnie jak epifania, zapowiada i przypomina nam, że Jezus Chrystus przyjdzie na świat powtórnie, ale tym razem w mocy i chwale. Na to Jego przyjście oczekujemy pełni nadziei.

W ten sposób powstały dwa okresy roku kościelnego: wielkanocny i Bożego Narodzenia. Są one organicznie ze sobą związane, bo dotyczą tej samej osoby Jezusa Chrystusa i tej samej tajemnicy - zbawienia rodzaju ludzkiego. Jedna jest tej tajemnicy zapowiedzią i zapoczątkowaniem, druga stanowi jej dopełnienie i ukoronowanie.

Niedziele tak zwane zwykłe, istniejące poza tymi dwoma okresami, których jest zawsze 34, nie stanowią osobnego okresu. Stanowią one dopełnienie dwóch wyżej wspomnianych okresów przez to, że w swoich czytaniach i modlitwach dają nam pełny obraz życia, działalności i nauki Jezusa Chrystusa.
Kiedy już od I w. często była przelewana krew męczeńska, spontanicznie wyłaniać się zaczął w roku liturgicznym cykl drugi, równoległy: świętych męczenników - Apostołów, biskupów, kapłanów, diakonów i wiernych. Groby tych męczenników zaczęto otaczać troską, tak że stały się one z czasem sanktuariami, do których zaczęto pielgrzymować. Co roku zbierano się tam, by na ich grobach odprawiać Mszę świętą. Od IV w. zaczęto stawiać im świątynie. Dzień ich męczeńskiej śmierci obchodzono jako dzień ich narodzin dla nieba i pamiątkę odniesionego przez nich zwycięstwa. Od IV w. rozpoczyna się także kult świętych wyznawców, a więc tych, którzy całym życiem swoim świadczyli o Jezusie Chrystusie. Kościół wprowadził kult świętych i ich cykl tylko dlatego, że wypełnili oni wolę Jezusa Chrystusa i byli Jego świadkami konsekwentnie aż do przelania krwi. Nadto święci Pańscy całym życiem swoim pokazali przykładowo, jak można i należy wypełniać ewangeliczne nakazy Jezusa Chrystusa w każdym stanie, wieku i okolicznościach życia. W tym czasie zaczyna się rozwijać kult Najświętszej Maryi Panny. Do głosu dochodzi także angelologia, czyli nauka o aniołach i ich kult.

Rok kościelny daje wiernym okazję do przypomnienia i przeżywania wszystkich ważniejszych tajemnic wiary katolickiej. Centralną postacią jest Jezus Chrystus jako Syn Boży, który z woli Ojca, a za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, umarł na krzyżu dla naszego zbawienia i zmartwychwstał. Kościół przeżywa co roku tajemnicę Chrystusa i pragnie, aby przeżywali ją także wierni i obficie czerpali ze zdrojów łaski, jakie Chrystus Pan wysłużył swoją śmiercią krzyżową i zostawił do dyspozycji swojego Kościoła.
Każda epoka wnosi do roku kościelnego nowe święta i nowych świętych, którzy wyciskają na liturgii własne piętno. Tak będzie się działo do końca świata, gdyż Kościół jest żywym tworem, stale dojrzewającym i doskonalącym się, zmierzającym do pełnego rozwoju. Cechuje go ciągły dynamizm. Stąd także powstawanie ciągle nowych form kultu w kulcie Bożym.

Uwzględniając wciąż nowe potrzeby Kościół Rzymski raz po raz dokonuje rewizji i reformy w swojej liturgii i w kalendarzu. Tak było np. za czasów papieża: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), św. Piusa V (+ 1572) i św. Piusa X (+ 1914). Bardzo ważną rolę odegrał w tym względzie Sobór Watykański II (Konstytucja o Liturgii Świętej). Ostatniej reformy w kalendarzu liturgicznym dokonał papież Paweł VI dnia 14 lutego 1969 roku.

Celem roku kościelnego, wszystkich uroczystości i świąt liturgicznych jest między innymi lepsze poznanie Chrystusa, głębsze zrozumienie prawdy o Jego zmartwychwstaniu i mocy Jego miłości, gruntowniejsze przygotowanie się na Jego przyjście przy końcu świata.


Więcej o roku liturgicznym w: Ks. B. Nadolski, Liturgika, t. II Liturgia i czas, Poznań 1991.

Znaki święte cz.3

O Imieniu Bożym

My, ludzie, staliśmy się gruboskórni. O wielu rzeczach głębokich i subtelnych nie wiemy już wcale. Jedną z nich jest słowo. Mniemamy, jakoby ono było czymś zewnętrznym, bo nie umiemy już odkrywać jego wnętrza. Mniemamy, że jest ono czymś znikomym, bo już niezdolni jesteśmy odczuwać jego siły. Ono nie uderza, nie popycha, jest tylko wiotkim wytworem brzmienia i dźwięku, ale jest delikatnym ciałem dla jakiegoś pierwiastka duchowego. Istota danej rzeczy oraz coś z własnej naszej duszy, co budzi się wobec tej rzeczy, spotykają się i znajdują wyraz w słowie.

A raczej tak być powinno. I tak było za pierwszego człowieka.

Na pierwszych stronicach Pisma świętego czytamy, że Bóg „przywiódł zwierzęta do Adama, aby zobaczyć, jak je nazwie”. Otwartymi zmysłami i bystro widzącą duszą człowiek patrzył poprzez postać w głąb istoty i to, co widział, wypowiadał w imieniu, w nazwie. A jego dusza odpowiadała stworzeniu. I poruszało się w niej coś takiego, co pozostawało w szczególnym związku z istotą owego stworzenia, bo przecież człowiek jest ogółem i jednością całego dzieła twórczości Bożej. A te dwie rzeczy: istotę zewnętrznego przedmiotu i wewnętrzną odpowiedź, brzmiącą w samym człowieku, obie żywotnie z sobą zjednoczone, wypowiadał on w dźwięku imienia.

W nazwie przeto, w imieniu, zamknęła się cząstka świata i cząstka ludzkiego wnętrza. A ilekroć człowiek wypowiadał jakieś imię, budził się w jego duchu istotny obraz danej rzeczy - i rozbrzmiewało znów to, co w jego własnym wnętrzu odpowiedziało niegdyś owemu obrazowi. Imię przeto było tajemniczym znakiem, za pomocą którego człowiek rozumiał świat i samego siebie.

Słowa są imionami. Mówienie zaś jest wzniosłą sztuką posługiwania się imionami, nazwami rzeczy, posługiwania się istotą rzeczy oraz istotą własnej duszy w nadanej im przez Boga harmonii.

Ten wewnętrzny stosunek do dzieła stworzenia i do własnego „ja” nie utrzymał się wszakże. Człowiek zgrzeszył, rozerwał się związek. Przedmioty stały się dlań obce, nawet wrogie. Już on nie patrzył na nie czystymi oczyma, ale spozierał chciwie, zaborczo, jednocześnie zaś niepewnym spojrzeniem winowajcy. A one zamykały przed nim treść swej istoty. Nawet i własna istota stawała mu się niedostępna, bo w samolubstwie swoim pragnął nazbyt własnego popisu. On już nie posiadał samego siebie jak dawniej. Nie wiódł już tego życia, co po dziecięcemu spoglądało we własną duszę. Dusza mu się wymknęła z pola widzenia - i człowiek stał się nieświadom siebie, bezsilny.

Teraz słowo-imię w jego myślach nie obejmuje istoty rzeczy i człowieka w żywej jedności. I nie jaśnieje mu z niej teraz myśl Boża o powiązanym w ładzie i pokoju dziele tworzenia.

On w niej dostrzega jedynie rozerwany obraz; napływa doń jedynie zmącony ton zasadniczy, pełen niejasnego przeczucia i tęsknoty. A kiedy człowiek posłyszy słowo we właściwym brzmieniu, wówczas staje, nadsłuchuje, zamyśla się - i nie może odnaleźć znaczenia. Tak pozostaje oszołomiony, omotany zagadką i odczuwa boleśnie, że raj został utracony.
Ale i to już przeszło. My, ludzie, staliśmy się tak powierzchowni, że nie zachowaliśmy nawet żalu po tej ruinie i zmąceniu słów. Zaczęliśmy wymawiać imiona coraz prędzej, coraz powierzchowniej, zewnętrzniej - i coraz to mniej myśleliśmy o ich istocie. Podawaliśmy je dalej, jak się podaje pieniądz - z ręki do ręki: nie patrzy się, jak on wygląda, co na nim się znajduje, myśli się tylko o tym, ile się za niego dostanie. Tak właśnie słowa przebiegać poczęły pospiesznie z ust do ust. Ich treść wewnętrzna przestała już przemawiać; już nie brzmiała w nich istota danej rzeczy; dusza przestała w nich wypowiadać samą siebie. Stały się tylko liczmanami słów, zdawkową monetą. Oznaczały rzecz daną, ale jej nie ukazywały. Były tylko znakami służącymi do tego, by inni wiedzieli, czego człowiek chce, co myśli i czego pragnie. Toteż mowa z jej imionami i nazwami nie jest już pełnym odczucia przestawaniem z istotą rzeczy, spotkaniem rzeczy z duszą. Nie jest już wcale tęsknotą za utraconym rajem, ale gorączkowym po-brzękiem zdawkowych monet słownych, podobnie jak maszyna do liczenia rejestruje pieniądze, o których nic a nic nie wie.

Tylko niekiedy wzdrygamy się nagle. Ni stąd ni zowąd z jakiegoś słowa coś na nas zawoła, jakby z głębin otchłani. To woła na nas treść istotna słowa.

Albo też słowo widnieje na papierze - i wy-błyska z czarnego znaku liter. Oto występuje z niego „imię”, istota, odpowiedź duszy. Wówczas odczuwamy znowu pierwotne przeżycie, z którego wynikło niegdyś słowo, jakim dusza spotkała się z istotą rzeczy. Czujemy zdumiewającą wizję, ten chwyt duchowy, za pomocą którego człowiek ogarniał istotę stojącego przed nim nowego przedmiotu - iż własnego swego wnętrza przekuwał je w twór nazwy. Kroczymy w dal, pogrążamy się w głębie, a słowo znów jest owym pierwszym dziełem, do którego Bóg powołał ducha ludzkiego. Ale niebawem wszystko niknie z powrotem i maszyna do liczenia poczyna turkotać na nowo...

Być może, że kiedyś tak pojawiło się nagle przed tobą słowo „Bóg”.

Gdy rozważymy to wszystko, rozumiemy, czemu to wierni Starego Testamentu w ogóle nie wymawiali imienia Bożego, ale zastępowali je słowem „Pan”. To bowiem wskazywało na szczególne wybranie narodu izraelskiego: odczuwał on bardziej niż inne narody bliskość Bożą, rzeczywistość Bożą; silniej niż inne narody zdawał sobie sprawą z Jego wielkości, wzniosłości i grozy. Przez Mojżesza oznajmił Bóg swoje imię: „Jam jest, którym, jest - oto imię moje”. On, „który jest”, który nie potrzebuje nikogo innego, który stoi całkowicie Sobą jako ogarnięcie wszelkiej siły i wszelkiego bytu.

Imię Boga było Izraelitom obrazem jego Istoty. Istotę Boga widzieli promieniejącą z Jego imienia. Imię to było dla nich jak Bóg sam i tak lękali się Jego imienia, jak niegdyś na górze Synaj trwożyli się obecnością Pana. Bo przecież Bóg mówi o swym imieniu tak, jak o Sobie samym: „Moje imię tam będzie” - powiada o świątyni. A w Księdze Objawienia obiecuje wiernemu, że „chce uczynić go kolumną w świątyni Bożej” i „wypisać na nim swoje imię”, czyli że chce go poświęcić i ofiarować mu samego Siebie.

Tak rozumiemy przykazanie: „Nie będziesz brał imienia Boga, Pana Twego nadaremno”. Rozumiemy słowa modlitwy, których nauczył nas Zbawiciel: . „Święć się imię Twoje”. I to, że cokolwiek czynimy, powinniśmy zaczynać w imię Boże.

Tajemnicze jest imię Boga. Z imienia tego przebłyskuje Istota Nieskończonego, Istota Tego, „który jest”, który istnieje w niezmierzonej obfitości swego bytu i nieskończonej wielkości.

A w słowie tym żyje też najgłębsza treść naszej własnej duszy. Nasze najściślejsze jestestwo odpowiada na zew Boga, albowiem należy do Niego nierozłącznie. Stworzone przez Niego i dla. Niego, nie zazna spokoju, póki się z Nim nie zjednoczy. Wszak nasze „ja” nie ma innego celu, jak tylko ten, by wszystko, całe nasze dostojeństwo, dusza naszej duszy zawiera się w słowie „Bóg" i wyrażeniu „mój Bóg”.

Mój Bóg - mój początek i cel mój, zaczątek mego życia i kres jego, uwielbienie, tęsknota i skrucha, słowem, wszystko!

Imię Boże jest właściwie wszystkim. Przeto chcemy prosić Boga, by nas nauczył „nie brać Jego imienia nadaremno”, ale je „święcić”. Chcemy Go prosić, by imię Jego zajaśniało nam w całej wspaniałości. Imię to nie powinno nam nigdy stać się martwą monetą, przechodzącą bez wrażenia z ręki do ręki. Powinno być zawsze dla nas nieskończenie drogie i cenne, po trzykroć święte!
Chcemy czcić imię Boże, jak czcimy Boga samego. I chcemy też w tym imieniu czcić świętość własnej naszej duszy.

Znaki święte cz.2

Żar i światło

Pożądamy i pragniemy zjednoczenia z Bogiem; musimy pożądać tej jedności - zniewala nas do tego najszczersza wewnętrzna konieczność. Dwie drogi ku temu ukazuje nam sama dusza. Różnią się one między sobą, dochodzą jednakże do tego samego celu.

Pierwsza droga zjednoczenia wiedzie przez poznanie i miłość.

Poznawanie jest to tyle, co jednoczenie się. Poznając te czy inne przedmioty, przenikamy je i wciągamy je w siebie; one stają się naszą własnością, cząstką naszego życia. Podobnie, zjednoczeniem jest wszelka miłość: bynajmniej nie dążnością tylko ku zjednoczeniu, ale już samą jednością. Ile człowiek miłuje, tyle do niego należy.

Ale taka miłość ma cechę szczególną. Często określamy ją mianem miłości „duchowej”. Nazwa to niezupełnie trafna; wszak duchową jest też inna miłość, o której później będzie mowa. Przez tę nazwę rozumie się, że owa miłość powoduje zjednoczenie nie w byciu, ale w ruchu; w świadomości i usposobieniu.

Czy znajdziemy dla niej może jakiś kształt zewnętrzny? Jakieś podobieństwo?

Owszem, i to przepiękne: żar i światłość.

Oto przed nami stoi świeca, dźwigając jarzący się płomień.

Źrenica nasza dostrzega to światło, bierze je w siebie, jednoczy się z nim, a przecież go nie porusza, nie styka się z nim wcale. Płomień pozostaje sobą, źrenica też sobą, jednakże dokonywa się wewnętrzne zjednoczenie, chciałoby się rzec: złączenie wzajemne, pełne czci i czystości, bez żadnego zetknięcia i zmieszania, poprzestające na samym tylko widzeniu.

Jest to głębokie podobieństwo owego zjednoczenia, jakie dzięki poznaniu odbywa się między Bogiem a duszą. „Bóg jest prawdą” powiada Pismo święte. Kto poznaje prawdę, ten posiada ją w duchu. Bóg przebywa w myśli, która Go prawdziwie poznaje. Bóg żyje w duchu, który prawdziwie o Nim myśli. Przeto „poznawać Boga” znaczy tyle, co jednoczyć się z: Nim, jak oko jednoczy się z płomieniem w oglądaniu światła.

Z płomieniem możemy się jednoczyć jeszcze w inny sposób: przez żar. Odczuwamy go na twarzy, na ręce. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak on nas ogrzewa i przenika, a przecież płomień sam w sobie stoi nieporuszony.

Taką jest miłość: żarem swym wiąże nas z płomieniem Bożym, a przecież nie porusza, nie dotyka go wcale. Albowiem Bóg jest dobry, a kto kocha Dobro, ono też żyje dlań w duchu. Dobro jest moje, skoro je miłuję; a w jakiej mierze je kocham, w ta-kiej mierze ono do mnie należy, aczkolwiek wcale go nie dotykam. „Bóg jest miłość - powiedział Jan święty - a kto mieszka w miłości, w Bogu mieszka, ,a Bóg w nim”.

Poznawać Boga i kochać Boga to tyle, co jednoczyć się z Nim. Dlatego to wieczna szczęśliwość będzie oglądaniem i miłością. Oznacza ona nie łaknące „stawanie u drzwi”, ale najgłębsze bytowanie wewnętrzne, spełnienie i nasycenie.

Już poprzednio widzieliśmy, iż płomień jest podobieństwem duszy. Teraz w nim rozpoznajemy jeszcze podobieństwo Boga żywego, „albowiem Bóg jest światłem i nie masz w Nim ciemności”. Jak płomień wysyła światło, tak Bóg śle prawdę. A dusza przyjmuje w siebie prawdę i przez nią jednoczy się z Bogiem, jak nasza źrenica patrzy w światło i staje się przez nie zjednoczona z płomieniem. Jak zaś żar wysyła z siebie płomienie, tak Bóg śle dobroć grzejącą. Kto Boga miłuje, ten się z Nim jednoczy w dobroci, jak ręka i twarz z płomykiem, gdy odczuwają jego ciepło.

A jednak płomień trwa w miejscu nieporuszony, czysty, dostojny. Tak jako powiedziano o Bogu, iż „mieszka w niedostępnej światłości”.

Świecący, żarzący się płomieniu, obrazie Boga żywego!

I otóż teraz dobrze rozumiemy, czemu to podczas uroczystości Wielkiej Soboty świeca paschalna staje się symbolem Chrystusa - kiedy to diakon wśród radosnego śpiewu ogłasza jej płomień „światłością Chrystusową”, lumen Christi, i gdy zapala się od niej światła w kościele, by wszędzie jaśniała i jarzyła się światłość i żar Boga żywego! 

Chleb i wino

Ale jeszcze jedna droga wiedzie ku Bogu. Nie moglibyśmy o niej mówić, gdyby jej nie wskazały słowa samego Chrystusa i gdyby liturgia nie szła z taką pewnością jej torem.

Jednoczyć się można nie tylko przez patrzenie i przez miłość, przez świadomość i usposobienie. Istnieje też zjednoczenie z Bogiem, gdzie nie .sama jeno tylko wola i poznanie rwie się ku Bogu, ale cała nasza żywa istota. „Serce moje i ciało moje rozweseliły się w Bogu żywym” - mówi psalm (Ps 83,3). A zaspokojenia zaznamy dopiero wtedy, gdy złączymy się z Nim również przez życie i byt nasz.

Nie znaczy to, iż ma nastąpić jakieś zmieszanie się bytu i życia. Twierdzenie podobne byłoby nie tylko zuchwałe, ale i niedorzeczne, albowiem nic stworzonego nie może się mieszać z Bóstwem. A jednak może się dokonywać inne jeszcze zjednoczenie, niźli to, które płynie tylko z poznania i miłości. Jest to łączność istniejącego życia.

Tej łączności pożądamy; musimy jej pożądać, a pożądanie to znajduje wyraz nader głęboki. Kładzie go nam na usta samo Pismo święte oraz liturgia: chcielibyśmy przez życie nasze tak się połączyć z Bogiem, jak ciało nasze łączy się z jadłem i napojem. Przeto łakniemy i pragniemy Boga. Nie dość nam Go poznać, nie dość tylko kochać. Chcemy Go objąć, zatrzymać, mieć u siebie; tak, powiedzmy śmiało,, chcemy Go pożywać i pić, brać Go całkowicie w siebie, póki się Nim nie nasycimy, nie zaspokoimy, całkowicie nie będziemy Nim napełnieni. Liturgia Bożego Ciała mówi przecież słowami Pana: „Posłał mnie Ojciec, który żyje. Jak ja żyję przez, Ojca, tak ten, kto mnie pożywa, żyje przeze mnie”.

Czy nie jest tak w istocie? Sami z siebie, na mocy własnego naszego prawa nie odważylibyśmy się stawiać podobnego żądania: obawialibyśmy się niechybnie, iż popełniamy przestępstwo. Ale skoro sam Bóg nam to oznajmia, serce nasze mówi: „Tak musi być naprawdę”.

Powtarzamy raz jeszcze: nie można tu mieć na myśli nic takiego, co by się nie zgadzało z czcią Bogu powinna; nic takiego, co by stwarzało choćby pozory, że chcemy zatrzeć granice oddzielające nas, istoty stworzone, od Boga. Ale możemy przyznać się do tego, co Bóg sam jako tęsknotę wlał do naszego serca. Możemy - i powinniśmy - cieszyć się z tego, czym obdarowuje nas Jego przeogromna dobroć. Chrystus mówi: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja prawdziwym napojem... Kto pożywa Ciało moje i pije Krew moją, we mnie mieszka, a ja w nim”. „Jako Ojciec dał Synowi, aby miał żywot sam w sobie, tak ten, kto mnie pożywa, mieć będzie żywot przeze mnie”.

Pożywać Ciało Jego... pić krew Jego... Jego pożywać... przyjmować w siebie żywego Boga-Człowieka ze wszystkim, czym On jest i co On posiada - czy jest to więcej, niż moglibyśmy sami sobie życzyć? I czy nie jest to wszystko, czego życzyć sobie musi najtajniejsza głąb naszej istoty?

Taki to jasny wyraz znajduje ta Tajemnica w postaci chleba i wina.

Chleb jest pożywieniem. Pożywieniem szlachetnym, które naprawdę nas żywi. Pożywieniem jędrnym, które nigdy się nam nie sprzykrzy. Chleb jest prawdziwy i dobry - określenie to brać należy w jego głębokim i ciepłym znaczeniu. I oto Bóg w postaci chleba staje się żywym pokarmem dla ludzi. Święty Ignacy Antiocheński pisze do wiernych z Efezu: „Łamiemy się chlebem: niechże to będzie nam umocnieniem ku nieśmiertelności”.

Jest to pokarm, który całe nasze jestestwo nasyca obecnością Boga żywego, sprawiając, że my w: Nim jesteśmy, a On w nas.

Wino jest napojem. Wyrażę się jaśniej: jest to napój nie tylko gaszący pragnienie; takim napojeni jest woda. Wino dokonywa czegoś więcej „rozwesela serce człowieka”, jak powiada Pismo święte. Zadaniem wina jest nie tylko gasić pragnienie, ale ponadto wino ma być napojem radości, pełni, przepełnienia.

„Jakże piękny jest mój puchar pełen upojenia” - powiada psalmista. Czy rozumiesz, co znaczą te słowa - i że upojenie oznacza tu co innego niż nie-umiarkowanie? Wino jest jaśniejącą pięknością, wonią i siłą, która rozjaśnia wszystko i rozprzestrzenia. I oto pod postacią wina Chrystus daje nam krew swoją Boską i świętą; nie jest ona tylko racjonalnym, trzeźwym i poczciwym napojem, ale nadmiarem boskiej cenności. „Sanguis Christi, inebria me”, „Krwi Chrystusowa, bądź moim upojeniem”, modlił się św. Ignacy Loyola, mąż rycerskiego, gorącego serca. A święta Agnieszka mówi o Krwi Chrystusowej jako o tajemnicy miłości i niewysłowionego piękna: „Mleko i miód piłam z ust jego, a krew Jego uczyniła miłymi wargi moje”, czytamy w modłach na dzień tej świętej.

Chlebem i winem stał się dla nas Chrystus - pokarmem i napojem. Możemy Go pić i pożywać. Chleb to wierność i niezłomna stałość. Wino to śmiałość, radość ponad wszelką miarę ziemską, to woń i piękno, szerokość i swoboda bez granic, upojenie życiem, posiadaniem i szczodrotą...

Ołtarz

Różnorodne siły są w człowieku. Siłą poznania może on ogarniać rzeczy znajdujące się wokoło: gwiazdy i góry, morza i rzeki, zwierzęta i drzewa oraz wszelkie otaczające go ludzkie istoty - i wciągać je w obręb swego świata wewnętrznego. Może je kochać, może też nienawidzić i odpychać je od siebie. Może chwytać swoje otoczenie i kształtować je wedle swej woli. Mnogie i zmienne fale radości i pożądania, miłości i smutku, ciszy i podniecenia przeciągają przez jego serce...

Ale najszlachetniejszą jego siłą jest zrozumienie, że ponad nim jest coś wyższego; w ślad za tym idzie cześć dla owej Istoty wyższej i przeznaczenie do tej czci samego siebie. Człowiek umie uznać Boga ponad sobą, umie Go wielbić i oddawać samego siebie, „ażeby Bóg był przezeń uświetniony”.

To, że wielkość Boga jaśnieje w duchu, że człowiek składa hołd tej wielkości, i że nie zamykając się samolubnie we własnym „ja”, wznosi się ponad siebie, siebie samego poświęca, ażeby Bóg był uświetniony - to właśnie nazywamy ofiarą.

Moc ofiary jest najgłębszą własnością człowieka, W najskrytszej głębi człowieka przebywa owa jasność i cisza, z której ofiara wznosi się ku Bogu.
Widomym znakiem zewnętrznym tego, co w człowieku najgłębsze, najcichsze i najsilniejsze jest ołtarz. Stoi on w najświętszym miejscu kościoła, szeregiem stopni wzniesiony ponad resztę przestrzeni, która sama jest wyłączona z obszaru działalności ludzkiej, wyodrębniona jak świętość duszy. Stoi zbudowany mocno na masywnym cokole, jak ta nie-kłamliwa wola w człowieku, wiedząca o Bogu i zdecydowana stanąć w Jego sprawie. A na cokole spoczywa płyta, mensa, miejsce przystosowane wybornie do składania ofiary: swobodna, równa płaszczyzna, bez żadnych zakamarków i załomów. Nie masz tu żadnych praktyk niejasnych, schowanych w półcieniu - wszystko tu jasne, dostępne spojrzeniom każdego. Tak samo powinna się odbywać ofiara w sercu: powinna być jasna wobec Bożego spojrzenia, wolna od wszelkich zastrzeżeń i podstępów. Ale oba ołtarze należą do siebie wzajemnie: ów ołtarz zewnętrzny, stojący na powszechnym widoku, i ten drugi, wewnętrzny. Pierwszy z nich jest sercem kościoła; drugi - najgłębszym przybytkiem żywej piersi ludzkiej, tej duchowej świątyni, której wyrazem i podobieństwem jest owa świątynia widoma, zewnętrzna ze swymi ścianami i sklepieniem.

Płótno

Rozpościera się je na ołtarzu. Jako korporał, jako całun Boży spoczywa ono pod kielichem i pod Hostią. Kapłan, gdy sprawuje świętą służbę, też jest w nie odziany: w albę, białą szatę. Płótno pokrywa stół Pański, na którym, podaje się chleb Boży...

Cennym materiałem jest dobrze utkane płótno: czyste, cienkie a mocne. Gdy leży przede mną, tak białe i świeże, mimo woli przypominani sobie jedną z moich przechadzek po lesie przyodzianym w szatę zimową. Natknąłem się wówczas nagle na zwał świeżego spadłego śniegu, leżącego w niepokalanej bieli pomiędzy czarnymi jodłami; widok ten tak mnie wzruszył, że nie odważyłem się wkroczyć swymi niezdarnymi butami na ową białą przestrzeń, ale z szacunkiem wielkim obszedłem ją wokoło...

Podobnie spoczywa płótno, rozpostarte na przyjęcie świętości.

Przede wszystkim winno ono leżeć na ołtarzu, gdzie odprawia się Ofiara Boża. Niedawno mówiliśmy o tym, jak ołtarz wznosi się ponad swoje otoczenie, będąc najświętszym miejscem pośrodku świętości. Rozmyślaliśmy nad tym, że ołtarz zewnętrzny jest podobieństwem ołtarza wewnętrznego w głębi duszy. Nie! czymś więcej niż podobieństwem: ołtarz widomy nie tylko jest znakiem serca, tego ołtarza wewnętrznej ofiarności, lecz oba ołtarze należą do siebie wzajem, tajemniczym sposobem łączą się w jedno. Właściwym doskonałym ołtarzem na którym składa się ofiarę Chrystusową, jest żywa . jedność ich obu.

Dlatego to płótno tak silnie przemawia do naszego serca. Zdajemy sobie sprawę, że musi mu coś odpowiadać w naszym wnętrzu. Odczuwamy to jako idące ku nam wezwanie, wyrzut, tęsknotę. Jedynie z czystego serca płynie należyta ofiara, płótno zaś jest uzewnętrznieniem czystości, takiej jaka powinna być w sercu, jeżeli ofiara ma się podobać i miłą być Bogu.

A mówi nam ono wiele o czystości. Cienkie i wytworne bywa płótno utkane należycie. Brutalne i gwałtowne usposobienie nie zrodzi czystości: z grubiańskimi postępkami nie miewa ona nic wspólnego. Jej mocą jest moc subtelności; szlachetną bywa jej skromność.

Ale żyje w niej siła. Dobrze uprzędzione płótno bywa mocne. Nie jest to jakaś tkanina pajęcza, którą potarga byle dech wiatru. Prawdziwa czystość nie jest rzeczą ułomną i wiotką; nie ucieka przed życiem, nie błąka się, marząc, pośród snów ułudnych i wygórowanych ideałów. Prawdziwa czystość ma rumiane wargi, pełne radości życia, i silną garść dzielnego wojownika.

Jedną jeszcze refleksję budzi płótno w rozważnym umyśle: oto nie od razu było ono tak cienkie i czyste, jak je teraz widzimy. Kiedyś było szorstkie, niepozorne, musiano je często myć i bielić na słońcu, zanim nabrało owej wonnej świeżości. Bo czystość nie jest dana od początku. Niewątpliwie jest ona łaską; niewątpliwie są tacy ludzie, którzy ją noszą jako dar w duszy, tak iż cała ich istota ma w sobie mocną świeżość najgłębszej i fundamentalnej nie-skazitelności. Ale tacy ludzie to wyjątki. To, co pospolicie zwiemy czystością, jest często czymś niepewnym, problematycznym i świadczy tylko o tym, że jeszcze na ów teren nie uderzały nawałnice. Prawdziwa czystość ujawnia się nie na początku, ale dopiero w ostatecznym wyniku. Zdobywa się ją długą i rześką praca.

Płótno spoczywa na ołtarzu, białe, cienkie, mocne. Wcielenie czystości, szlachetności serca, świeżej mocy.

W Objawieniu świętego Jana jest mowa o „wielkiej rzeszy, której nikt nie zdołałby przeliczyć, zebranej ze wszystkich narodów, plemion, pokoleń i języków; stała przed tronem, odziana w bisior świetny a czysty”. A ktoś zapytał: „Któż są ci, przy-odziani w szaty białe, i skąd oni przybyli?” I usłyszał odpowiedź: „To są ci, którzy przybywają z wielkiego ucisku i którzy obmyli swe szaty we krwi Baranka. Dlatego stoją teraz przed tronem Bożym i służą Mu dniem i nocą”.
„Odziej mnie w szatę białą, Panie” - modli się kapłan, wkładając na siebie albę przed sprawowaniem Ofiary świętej...

Kielich

Kiedyś, wiele już lat temu, spotkałem się z kielichem. Oczywiście widywałem ich już wiele różnymi czasy, ale spotkałem się z nim właśnie wtedy, w Beuron, gdy uprzejmy mnich, którego opiece powierzone były święte sprzęty, pokazywał mi skarby zakrystii kościelnej.

Kielich ten stał na szerokiej podstawie, mocnej a bezpiecznej, z której ostrym zarysem wystrzelał trzon bardzo smukły. Mniej więcej w jego połowie widniała wyrazista głowica, a na samym wierzchołku, tam gdzie wąski pierścień ostateczną więzią skupiał i łączył majestatyczną jego siłę, rozwijała się rzeźba subtelnych, krzepkich liści, wśród których spoczywała cuppa, czara kielicha, w kształcie serca.

Jakże odczułem wtedy znaczenie świętej tajemnicy!

Jakby z bezpiecznego, głębokiego podłoża wznosił się dźwigający trzon w karnie skupionej mocy, a z niego wykwitała owa postać, która tylko jedna jest: podjęciem i opieką.

O czysta, o święta tajemnico, o naczynie, ukrywające na błyszczącym dnie swoim Boskie krople, niewysłowione misterium straszliwej, słodkiej krwi, która jest czystym ogniem, czystą miłością!
I myśl moja poszła dalej. Nie, to nie było myślenie - to była wizja, odczuwanie. Czy tu właśnie nie ukazuje się nam świat?... i jego stworzenie, mające w ostateczności jeden tylko cel, jedyny? ...człowiek, istota żyjąca w duszy i ciele, jego bijące serce... Czy nie powiedział wielkich słów święty Augustyn, mówiąc, iż w tym leży najgłębsza istota mego człowieczeństwa, że „zdolny jestem ogarnąć Boga”?

Patena

Był ranek. Wszedłem właśnie na szczyt górski i obejrzałem się poza siebie. Nisko w dole leżało jezioro, a wokoło w świetle porannym sterczały góry, wielkie i ciche. Wszystko było czyste, przestwór niebios głęboki i rozległy, a drzewa o szlachetnie ukształtowanych gałęzistych koronach tchnęły świeżością!

I całe moje jestestwo tak było przepełnione jasną, radosną mocą, iż zdawało mi się, jakoby w mym wnętrzu biły jakieś niewidzialne, bezszmerne zdroje, jakoby wszystko unosiło się w jaśń i w dal.

Zrozumiałem, że człowiekowi może serce wezbrać ponad brzegi, tak iż on staje, wznosi oblicze i rozkłada dłonie, rozpościera je w kształt wielkiej czary, podnosząc w górę ku nieskończenie Dobremu Ojcu światła, ku Bogu, który jest miłością, i ofiaruje Mu wszystko, co tu wokoło i tam w głębi stoi jaśniejąc i wzbierając w przepełnej ciszy. Tak jest, musi mu się zdawać, jakoby z czary jego rąk szło wszystko w górę, jasne i czyste.

Tak to właśnie niegdyś Chrystus stanął na szczycie, na wyżynie ducha, i złożył Ojcu swemu miłość swoją, swoje pulsujące życie jako ofiarę całkowicie doskonałą. Na tej wyżynie, której przedprożem była góra Moria, gdzie Abraham spełniał swą ofiarę. Przed nią zaś było owo miejsce, gdzie król-kapłan składał dań przebłagalną. A jeszcze i to miejsce, gdzie w pradawnych czasach ofiara Abla jasnym. i prostym słupem szła w niebiosa.
Wiecznie sterczy ku niebu ta wyżyna, wiecznie rozpościera się dłoń Boża, i wiecznie wznosi się w górę dar ofiarny, gdy kapłan - nie! nie on sam... przecież człowiek jest jedynie słabym narzędziem! - stoi u ołtarza, podnosząc na rozwartych dłoniach, ofiarną czarę, patenę, z leżącym, na niej białym chlebem. „Przyjmij, Święty Ojcze, wszechmogący, wieczny Boże, tę niepokalaną Hostię, którą ja, niegodny sługa Twój, ofiaruję Tobie, Bogu mojemu,, żywemu i prawdziwemu, za niezliczone grzechy, przewinienia i niedbalstwa moje za wszystkich obecnych..., aby tak mnie jak im posłużyła ku zbawieniu na żywot wieczny”.

Błogosławieństwo

Błogosławić może tylko ten, kto ma władzę. Błogosławić może tylko ten, kto umie stwarzać. Błogosławić może tylko Bóg.

Błogosławiąc spogląda Bóg na swoje stworzenie.. On je przyzywa po imieniu. Wszechmogąca miłość Boża zwraca się ku sercu stworzenia, ku jądru jego istoty, a z ręki Bożej płynie moc, która użyźnia, która powoduje wzrost, która uzdrawia i ulepsza: „Chcę na was spoglądać i pomnażać wasz urodzaj”.

Tylko Bóg może błogosławić. Albowiem błogosławieństwo jest postanowieniem w sprawie tego, co istnieje i co działa. Błogosławieństwo jest wyrokiem Pana stworzenia, przyrzeczeniem i obietnicą Pana Opatrzności. Błogosławieństwo jest dobrym losem.

Buntem tchną słowa Nietzschego: „Z modlących staniemy się błogosławiącymi”. Wiedział on dobrze, co ma przez to rozumieć. Jedynie Bóg może błogosławić, bo On jest Panem życia, my zaś z istoty swojej jesteśmy tylko proszącymi.

Przeciwieństwem błogosławieństwa jest przekleństwo. Oznacza ono wyrok śmierci, pieczęć potępienia. Przekleństwo również zwraca się przeciwko sercu, przeciwko obliczu; jest rozkazem Pana, zamykającym krynicę życia.

Lecz w tej mocy błogosławienia i klątwy Bóg dał udział wszystkim tym, którzy są powołani do tworzenia życia: a więc rodzicom („Błogosławieństwo ojcowskie utwierdza domy dziatek” [Syr 3,11]) i kapłanowi. Ich to zadaniem jest stwarzać życie: cielesne i duchowe, życie natury i życie łaski. Do tego zostali przeznaczeni z istoty rzeczy i z urzędu.

A władzę błogosławienia może uzyskać tylko ten, kto jest zupełnie czysty: kto nie szuka samego siebie, ale chce być całkowicie sługą Boga Żyjącego.

Zawsze jednak pozostaje ona władzą Bożą. Gdy kto rości sobie samowolnie prawo do jej posiadania, ona odmawia mu swej pomocy. Z natury rzeczy jesteśmy tylko odbiorcami, proszącymi. Do błogosławienia uprawnia nas jedynie łaska Boska - tak samo, jak tylko dzięki łasce Boskiej możemy mieć władzę prawdziwego rozkazywania.

Podobnie, jak z władzą błogosławienia, ma się rzecz z mocą klątwy. „Przekleństwo matki podruzgoce je” - zniszczy domy, życie, zdrowie.

To, co ma swój wzór w naturze, spełnienie znajduje w łasce. Albowiem tym, co właściwie działa w błogosławieństwie, co stanowi właściwy nurt owego prawdziwego, istotnego błogosławieństwa, z którego wszystko w naturze czerpie swe odbicie - jest własne życie Boga. Bóg błogosławi samym Sobą. Błogosławiąc, daje samego Siebie. Zapłodnieniem życia Bożego jest Jego błogosławieństwo - „do uczestnictwa w Boskiej naturze”. Tu już ujawnia się łaska, czysty dar, dany nam w Chrystusie.

Takim jest błogosławieństwo, w którym Bóg się nam udziela - w znaku krzyża.

Mocy Boskiego błogosławieństwa użyczył On tym, którzy Go tutaj zastępują. Otrzymali tę moc ojciec i matka dzięki mistycznej sile chrześcijańskiego małżeństwa. Kapłan tę moc posiada dzięki mistycznej sile swych święceń. Przez misterium chrztu i królewskie kapłaństwo bierzmowania moc ta jest dana temu, kto „miłuje Boga z całego serca swego, i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”.

Tym wszystkim dał Bóg władzę błogosławienia - każdemu w inny sposób, w miarę jego powołania. Dał im władzę, by błogosławili życiem Jego własnym.

Zewnętrzny swój wyraz błogosławieństwo uzyskuje za pośrednictwem ręki, a dokonywa się za pośrednictwem jej gestów. Rękę kładzie się na głowie adepta, podczas bierzmowania i podczas święceń kapłańskich, by przez nią przepływało to, co przychodzi z wysoka, to co wytryska z Ducha Bożego. Ręka formuje znak krzyża na czole .albo poprzez całą postać człowieka, ażeby się w ciele ludzkim rozlała pełnia Boża. Albowiem ręka jest szafarką: ona tworzy, ona kształtuje, ona podaje.

Na koniec błogosławieństwo bywa dokonywane i przez Osobę Najświętszego: Ciałem Chrystusowym w sakramencie Ołtarza. Ale dokonywać się ono powinno w największym szacunku i w stateczności tajemnicy.

Święta przestrzeń

Przestrzeń w naturze ma wymiary - owe trzy wymiary znane nam .wszystkim. One to świadczą, iż w przestrzeni panuje nie chaos, lecz ład: uporządkowanie rzeczy znajdujących się bądź obok siebie, bądź jedne ponad drugimi, czy kolejno poza sobą.

Ład ten sprawia, że życie nasze może się rozumnie budować i poruszać; iż możemy wznosić różne dzieła, nadawać im kształt i w nich mieszkać.

Również i przestrzeń nadprzyrodzona, przestrzeń święta, ma swój ład, swój porządek: jego fundamentem jest misterium.

Kościół jest zbudowany w kierunku od zachodu ku wschodowi, ku tej stronie, z której ukazuje się słońce. Przebiega przezeń cięciwa łuku słonecznego. Świątynia Boża ma ugaszczać pierwsze i ostatnie dnia promienie.

Chrystus jest słońcem świętego świata. Kierunek jego drogi jest porządkiem świętej przestrzeni, wszelkiej budowy i kształtu, nastawionym dokładnie w kierunku wiecznego zbawienia.

Podczas czytania Ewangelii przenosiło się dawniej mszał na lewą stronę, ku północy, jako że ołtarz zwrócony jest ku wschodowi. Z południa wychodzi święte Słowo i podąża na północ. Nie chodzi tu wyłącznie o historyczne przypomnienie, że słowo to kiedyś przybyło od Morza Śródziemnego, ale o coś więcej.

Południe - to pełnia światła, podobieństwo nadprzyrodzonej jasności, północ zaś jest symbolem zimna i mroku. Ze światła pochodzi Słowo Boże, On sarn, który jest światłem, który w ciemności świeci i przenika mroki, patrząc: czy tam będzie przyjęty.

Trzecim wymiarem jest kierunek z góry ku dołowi. Kapłan, gdy przysposabia się do świętej Ofiary, podnosi w górę kielich i patenę. Albowiem Bóg jest „w górze”, jest „Święty na wysokościach”. Człowiek proszący wznosi w górę ręce i spojrzenie - z głębokości, de profundis, „ku świętym wyniosłościom”. Gdy zaś biskup czy kapłan błogosławi podczas poświęcenia, wówczas zniża dłoń na głowę klęczącego lub na leżące przed nim przedmioty. Albowiem wszelkie stworzenie jest „nisko”, a błogosławieństwo przychodzi z góry, od Najwyższego.

Taki jest trzeci wymiar świętej przestrzeni. Jest nim kierunek duszy: wytyczony tęsknotą, modlitwą, ofiarą. Kierunek Boży: łaski, spełnienia, sakramentu.

Tak oto idą trzy kierunki świętej przestrzeni:

Najpierw kierunek po linii wschodzącego słońca, którym jest Chrystus. Na jego spotkanie biegnie wzrok wierzących; od niego płynie promień światła Bożego w nasze serca. Wielki świt duszy i zstąpienie Boga.

Następnie kierunek z północy na południe, kędy mrok spoziera ku światłu jaśniejącemu w Boskim Słowie. I światło to płynie z gorejącego serca, by świecić i ogrzewać.

Wreszcie kierunek z dołu wzwyż: poryw duszy w tęsknocie, modlitwie i ofierze, z głębokości hen ku Tronowi Boga Najwyższego. Odpowiedzą na ten poryw jest spełnienie, schodzące w łasce, w błogosławieństwie i sakramencie.

Dzwony

Wnętrze kościoła mówi o Bogu. Ono należy do Pana, jest całe przepełnione Boską obecnością. Jest to przecież Dom Boży, wyodrębniony od świata, zamknięty ścianami i sklepieniem. Przestrzeń ta zwrócona w głąb, ku temu, co skryte: mówi ona o tajemnicy Bożej.

A przestrzeń na zewnątrz? Ten wielki przestwór ponad równinami, rozciągający się bez granic na wszystkie strony? Przestwór, który na wysokościach rozpina się w nieskończoność, który głęboko leży w dolinach, opasany górami - czy nie jest i on związany z świętością?

O, z pewnością i on również! Z domu Bożego wyrasta w powietrze wieża, biorąc go również w posiadanie Bogu. Na wieży, umocowane ramą belkową, wiszą dzwony, ciężkie, spiżowe. Rozkołysane od nasady, chwieją się całe to w jedną, to w drugą stronę. Wyraziście zarysowane ich bryły na przemian wznoszą się w górę, to znów opadają, wysyłając ustawicznie w dal szeroką dźwięk za dźwiękiem. Płyną fale harmonijnych tonów: to żwawe i przenikliwe, to pełne i ciężkie, to znów głębokie, powolne, huczące. Wylewają się z wieży, idą nurtem przez dal rozległą, napełniając ją zwiastowaniem świętości.

Zwiastowaniem dali, zwiastowaniem Boga bez miar i bez granic, zwiastowaniem tęsknoty i nieskończonego wypełnienia.

Nawołują człowieka tęskniącego, którego serce stoi otworem dla dali ogromnej.

Zaprawdę! Słysząc głos dzwonów, mamy poczucie dali! Gdy głos ten z wieży mknie po równinie na wszystkie strony hen, w nieskończoność, wówczas tęsknota wraz z nim ciągnie w dal, póki w końcu nie uświadomi sobie, że zaspokojenie znajduje się nie na rozpływających się w błękicie krańcach równin, ale w ich obrębie.

Gdy z kościoła na górze dźwięki dzwonów spływają w dolinę, albo gdy wzbijają się w błękitną wysokość, wówczas pierś się wznosi i czuje, iż jest o wiele szersza niż kiedykolwiek.

Innym znów razem tony dzwonów przeciągają przez przyćmioną zieloną ciszę leśną, nie wiadomo skąd, z daleka, z daleka... O, co wtedy budzi się w człowieku! Powstaje i odżywa niejedno, co już od dawna uległo zapomnieniu, iż człowiek stoi w zadziwieniu, nadsłuchuje, zamyśla się: „Co to takiego?... ach, co?”...

Wtedy to odczuwa się dal. Zda się, jakby dusza rozpościerała ramiona, wyprężała się tam kędyś daleko, odpowiadała na odległy zew nieskończoności.

„Tak rozległy jest świat” - mówią dzwony.

„Tak pełno w nim tęsknoty... Bóg wzywa... w Nim tylko jest spokój”.

O Panie! szersza niźli świat jest dusza moja. Głębsze niż wszystkie doliny jest jej pożądanie. A jej tęsknota boleśniejsza niż zagubiony kędyś w dali dźwięk dzwonów.

Ty, Panie, jedynie możesz ją zaspokoić... Ty jeden.

Znaki święte

Znak krzyża

Oto czynisz znak krzyża, czynisz go w sposób właściwy. Nie jest to jakiś tam gest niezdarny i pospieszny, nie wiadomo co oznaczający. Nie! Czynisz należyty znak krzyża, powolny, duży, od czoła do piersi, od jednego ramienia do drugiego. Czy czujesz, jak on obejmuje ciebie całkowicie? Zechciej skupić się, jak należy; wszystkie swe myśli i całe swe serce zbierz w jedno w tym znaku, co idzie od czoła do piersi, od ramienia do ramienia. A wtedy odczujesz, iż znak ten opasuje ciebie całego, ciało, twe i duszę, iż cię ogarnia, udostojnia, uświęca.

Czemuż to? Bo jest on znakiem wszystkiego i jest znakiem zbawienia. Na krzyżu Pan nasz odkupił wszystkich ludzi. Przez krzyż uświęca człowieka aż do najmniejszej tkanki jego istoty.

Przeto znak ten czynimy przed modlitwą, by nas natchnął ładem i skupieniem, by naszą myśl, wolę i serce zespolił z Bogiem. Czynimy ten znak po modlitwie, by w nas przetrwało to, czym Bóg raczył nas obdarzyć. Czynimy ten znak w pokusie, by nam dodał siły. W niebezpieczeństwie, by nas ochraniał. Podczas błogosławieństwa, aby pełnia żywota Bożego wstąpiła w duszę, żeby zapłodniła i uświęciła wszystko w jej wnętrzu.
Myśl o tym, ilekroć czynisz znak krzyża świętego. Jest to najświętszy znak, jaki istnieje. Czyń go w sposób właściwy: powoli, szeroko, z namysłem. Wówczas ogarnie on całą twą istotę, postać i duszę, twoje myśli i twą wolę, rozum i uczucie, pracę i wytchnienie; wszystko będzie przezeń utwierdzone, określone i uświęcone mocą Chrystusa, w imię Boga w Trójcy jedynego.

Ręka

Całe ciało jest narzędziem i wyrazem duszy. Ona nie tylko przebywa w ciele, jakoby w domu swoim, ale mieszka i działa w każdym z członków, w każdej tkance, przemawia w każdej linii i formie i w każdym poruszeniu ciała. Atoli ręka i twarz są w szczególnej mierze narzędziem i zwierciadłem duszy.

Co do twarzy - rzecz nie wymaga dalszych wyjaśnień. Ale obserwuj kiedy kogoś - albo siebie samego - jak to za pośrednictwem ręki ujawnia się wzruszenie umysłu: radość, zaskoczenie, oczekiwanie!. Czyż nieraz szybkie podniesienie albo tylko lekkie drgnienie ręki nie mówi nam więcej niż słowo? Czy słowo mówione nie wydaje się niekiedy czymś prostackim wobec cichej, tyle wyrażającej wymowy ręki?

Ręka jest - prócz twarzy, a raczej tuż po niej najbardziej uduchowioną częścią naszego ciała. Oczywiście silna i mocna jako narzędzie pracy, jako broń do ataku i obrony, ale przy tym zbudowana nader delikatnie, rozczłonkowana, ruchliwa, opatrzona siecią czułych i wrażliwych nerwów. W sam raz taki sprzęt, takie narzędzie, z pomocą którego człowiek może uzewnętrznić i odsłonić własną duszę, jak również porozumieć się z duszą cudzą. Albowiem i to porozumienie odbywa się za pomocą ręki. Czyż nie jest podjęciem cudzej duszy, gdy ktoś chwyta wyciągnięte ku sobie dłonie wraz z całym zaufaniem, radością, zgodą czy bólem, który się w nich wypowiada?

Stąd też jest rzeczą zrozumiałą i konieczną, że ręka ma i tam swoją wymowę, gdzie dusza szczególnie wiele wyraża lub doznaje: wobec Boga. Tam, gdzie sama chce się oddać i przyjąć Boga w modlitwie.

Gdy człowiek skupia się w sobie, gdy w duszy przebywa sam na sam z Bogiem, wówczas dłoń przyciska się silnie do dłoni, palec zwiera się o palec, jak gdyby wewnętrzny strumień, mogący wezbrać na zewnątrz, należało przewodzić z jednej ręki do drugiej i kierować go z powrotem ku wnętrzu, by wszystko pozostało tam w głębi, przy Bogu. Skupienie się w sobie to tyle samo co strzeżenie utajonego Boga, Ono głosi: „Bóg jest mój, ja zaś do Niego należę - i jesteśmy z sobą sam na sam, tam wgłębi”.

Tak samo zachowuje się ręka, gdy zagraża jakaś udręka duchowa, jakiś ból czy wielkie nieszczęście. Znów dłoń przywiera do dłoni - a dusza w ten sposób zmaga się sama z sobą, póki nie zdoła przemóc się i uciszyć.

Natomiast gdy ktoś staje w kornej, pełnej szacunku postawie przed Bogiem, wówczas wyprostowana dłoń spoczywa płasko na drugiej dłoni. Gest ten jest świadectwem silnego rygoru, opanowanego szacunku. Jest to korny, harmonijny sposób wypowiadania słów własnych oraz ochoczego i uważnego słuchania słów Bożych. Jest on też wyrazem uległości i poddania, gdy ręce, którymi się bronimy, równo związane, oddajemy w ręce Boże.

Bywa także, iż dusza otwiera się całkowicie przed Bogiem, w wielkiej radości lub podzięce; iż jak w organach otwierają się w niej wszystkie rejestry i pełnia wewnętrzna rozlewa się hen daleko. Zdarza się również, iż w duszy wzbija się i krzyczy tęsknota. Wówczas człowiek rozwiera dłonie i wznosi je wzwyż rozpostartą powierzchnią, by strumień duszy mógł płynąć swobodnie a dusza mogła w obfitości brać to, czego łaknie.

Wreszcie i tak bywa, że ktoś ogarnia siebie samego wraz ze wszystkim, czym jest i co posiada, by w zupełnej uległości oddać się Bogu, wiedząc, iż chodzi tu o ofiarę. Wówczas składa ręce i ramiona na krzyż na piersiach.

Piękna i wielka jest wymowa ręki. Kościół mówi o ręce, iż dał nam ją Bóg, byśmy „nieśli w niej duszę”.

Bierz więc poważnie tę świętą mowę. Sam Bóg jej słucha. Ona przemawia z głębi duszy. Ona też może mówić o lenistwie serca, o roztargnieniu i o innych wadach. Trzymaj ręce, jak należy, i staraj się, żeby wnętrze twoje była naprawdę zgodne z tą zewnętrzną postawą.
Temat, który omawialiśmy tutaj, jest delikatnej natury. O podobnych rzeczach mówi się właściwie niezbyt chętnie, coś w nas się zżyma przeciw nim. Tym większą skrupulatność powinniśmy pod tym względem okazywać w życiu praktycznym. Nie róbmy z naszego postępowania jakiejś próżnej, sztucznością zaprawionej zabawy, ale niech ta będzie mowa, przez którą ciało z całą szczerością oznajmia, co myśli dusza.

Klęczenie

Jak zachowuje się człowiek, gdy wzbiera pychą? Wyprostowuje się, wznosząc głowę, barki i całą swą postać. Wszystko w nim mówi: „Jestem większy niż ty! Więcej znaczę niźli ty!”.

Natomiast gdy ktoś jest pokorny duchem, gdy czuje się małym, wówczas pochyla głowę, zgina całą swą postać, słowem, „uniża się”. I to tym głębiej, im większy jest ten, kto przed nim stoi, a im mniej on sam znaczy w oczach własnych.

Kiedy zaś odczuwamy wyraźniej swoją małość, jak nie wtedy, gdy stajemy przed Bogiem? Wielki Bóg, który był wczoraj, jak i dzisiaj, jak po stu latach i po tysiącu! Który napełnia i ten mój pokój, i całe miasto, i szeroki świat, i niezmierzone gwiaździste niebo. Bóg, wobec którego wszystko jest jakby pyłek drobny. Święty Bóg, czysty, sprawiedliwy, Bóg nieskończonej wspaniałości... Jakiż On wielki... a ja taki mały! Tak mały, iż w ,ogóle nie mogę się z Nim porównać; tak mały, iż jestem niczym wobec Niego!

Narzuca się sama przez się, że przed Jego obliczem nie można jawić się w dumnej postawie. Człowiek „staje się mały”, radby swoją postać uczynić. jeszcze niższą, by nie wydawała się zarozumiałą - i patrz., już złożył w ofierze połowę swej wysokości: człowiek klęczy. A jeżeli i to nie wystarcza jego sercu, tedy może się jeszcze i pochylić. A schylona postać mówi: „Ty jesteś wielki Bóg, ja zaś jestem nicością!”

Gdy zginasz kolano, niechże to nie będzie czynność jakaś pospieszna i niedbała. Włóż w nią całą duszę! Ale duszą klękania jest warunek, by i serce w czci głębokiej skłoniło się przed Bogiem. Gdy wchodzisz do kościoła lub z niego wychodzisz, albo gdy mijasz ołtarz, uklęknij niska, głęboko, powoli, a niech przy tym i pospołu całe twe serce przemawia: „Mój wielki Boże...”.
W tym właśnie okazuje się pokora i prawda - i to za każdym razem przyniesie dobro twojej duszy.

Postawa stojąca

Mówiliśmy już, że szacunek względem nieskończonego Boga wymaga określonego i stosownego zachowania się. Bóg jest tak wielki, a my wobec Niego tak mali, że świadomość tego faktu ujawnia się nawet zewnętrznie: czyni nas ona małymi, każe nam przyklękać.

Ale szacunek może się ujawnić jeszcze w inny sposób. Dajmy na to, że siedziałeś właśnie, spoczywałeś lub zabawiałeś się rozmową, aż tu przychodzi ktoś wielce szanowny i czcigodny - i zwraca się do ciebie. Cóż byś uczynił wtedy? Zerwałbyś się natychmiast na równe nogi i w wyprostowanej postawie słuchałbyś słów jego lub dawał odpowiedzi. Co to oznacza?

Stanie oznacza przede wszystkim, że bierzemy w karby samych siebie. Zamiast niedbałej, swobodnej postawy siedzącej przybieramy inną, znamionującą karność i opanowanie. Jest to znak, że uważamy. W staniu wyraża się naprężenie i czujność. Jest ono też oznaką gotowości: bo kto stoi, może natychmiast wyruszyć w drogę, może bez zwłoki wykonać polecenie, przystąpić zaraz do roboty, jaką mu wyznaczono.

Ono jest drugą stroną czci w stosunku do Boga. Klęczenie było objawem czci nabożnej, trwającej w spokoju; stanie zaś uzmysławia cześć czujną i czynną. Taką cześć okazuje sługa baczny, żołnierz w zbrojnym rynsztunku. Ona to ujawnia się w staniu.

Wstajemy, gdy rozbrzmiewa radosna nowina: na Ewangelię podczas Mszy świętej. Stoją rodzice chrzestni, gdy w imieniu dziecka składają ślubowanie wiary. Stoją dzieci, gdy podczas pierwszej Komunii świętej ponawiają to ślubowanie chrzestne. Stoją przed ołtarzem oblubieńcy, gdy słowem wierności zawierają związek małżeński. ,Podobnie dzieje się przy wielu innych czynnościach.

Niekiedy i jednostka silniej odczuwa i wyraża treść swej duszy, gdy modli się stojąco. Pierwsi chrześcijanie czynili to chętnie. Pewno znasz spotykany często w katakumbach wizerunek „oranta”, stojącego w dostojnie spływającej szacie z rozpostartymi ramionami. Postać ta stoi swobodnie, pełna jasnego ładu, spokojnie słuchając słowa gotowa do radosnego czynu.

Czasami człowiek nie może należycie uklęknąć - w klękaniu przeszkadza mu ścisk lub skrępowanie. Wówczas postawa stojąca spełnia cel: daje większą swobodę. Ale stać należy porządnie - na
obu stopach, bez szukania podpory; kolana winny być utrzymane równo, nie zaś niedbale przygięte. Całe ciało wyprostowane i opanowane.

A wówczas modlitwa staje się jednocześnie wytężona i swobodna: w szacunku i w gotowości do czynu.

Pochód

Ilu ludzi umie kroczyć w pochodzie? Pochód to nie bieganie i nie pośpiech, lecz ruch powolny i spokojny. I nie powłóczenie nogami, ale mocne, zdecydowane posuwanie się naprzód. Kto kroczy, ten nie wlecze się, tylko idzie sprężyście, nie przygięty, lecz, owszem, wyprostowany swobodnie. Nie okazuje niepewności, przeciwnie, posuwa się jednomiernie, stanowczo, rytmicznie.

Prawidłowy pochód ma w sobie jakąś szlachetność. Jest swobodny, a jednak utrzymany w dobrej karności. Lekki a mocny, prosty a wytrzymały, spokojny a pełen siły prącej wciąż naprzód. A w sile tej, za1eżnie od tego, czy kroczy mężczyzna czy kobieta, występuje rys albo bojowej gotowości, albo uroku. Kroczenie w pochodzie to dźwiganie albo zewnętrznego ciężaru, albo też i wewnętrznego świata jasnej ciszy.

Jakże piękny bywa taki pochód, gdy odbywa go się z całą nabożnością! Sam w sobie może stać się prawdziwym nabożeństwem! Takim bywa już jako zwykłe przechodzenie przed Bogiem, pełne czci i świadomości - tak jak się kroczy w kościele, w domu Pana Najwyższego, a zwłaszcza przed Jego oczyma. Albo też towarzyszy się Bogu jakby w orszaku, na przykład gdy kroczymy w procesji... czyż w czasie takiego Bożego pochodu myślisz o niesfornym tłoczeniu się, niechętnym włóczeniu się noga za nogą i rozglądaniu się wokoło? Byłby to zaiste fakt radosny i podniosły, gdyby, oprowadzając Pana po ulicach miasta, albo przez niwy stanowiące „Jego posiadłość”, wszyscy szli z sercami rozmodlonymi, gdyby mężczyźni stąpali w dzielnej postawie, kobiety z macierzyńską godnością, dziewczęta w powabie czystej i pogodnej krasy młodzieńczej, młodzieńcy w pohamowaniu junackiej siły...

Tak więc pochód błagalny lub przebłagalny mógłby się stać ucieleśnioną modlitwą! Mógłby się stawać wcieloną świadomością winy i niedoli, ale poddaną rządom chrześcijańskiej ufności - tej, która wie, że jak jedna siła w człowieku, a mianowicie spokojna, pewna siebie wola, jest mocniejsza ponad inne siły, tak też ponad wszelką niedolę i wszelką winę możniejsza jest jedna potęga: Bóg żywy.

Czy miarowy krok pochodu nie jest wyrazem prawdziwego szlachectwa istoty ludzkiej? Wyprostowana postać, panująca nad sobą, niosąca samą siebie, spokojna i pewna, pozostaje wyłącznym przywilejem człowieka. Kroczyć prosto to tyle, co być człowiekiem.

Ale my nie jesteśmy tylko ludźmi - jesteśmy czymś więcej. „Boskiego jesteście rodzaju” - mówi Pismo święte. Odrodziliśmy się z Boga do nowego życia. Chrystus w. nas, żyje w szczególnie głęboki sposób przez sakrament Ołtarza. Jego Ciało przebywa w ciele naszym; Jego Krew krąży we krwi naszej. Albowiem On sam powiedział: „Kto pożywa Ciało moje i pije Krew moją, ten jest we mnie, a ja w nim”, Chrystus rośnie w nas, a my w Nim wzrastamy coraz to dalej, szerzej i wyżej, aż „dorośniemy do pełnych lat Jezusa Chrystusa”, aż On „ukształtuje się w nas”, a wtedy cały byt i działanie, „czy jeść będziemy, czy spać, czy zajmować się czymkolwiek”, w pracy i zabawie, w radości i płaczu, wszystko stanie się życiem Chrystusowym.

Świadomość tej tajemnicy mogłaby znajdować tak radosny, pięknem i siłą rozbrzmiewający wyraz w prostym i należytym sposobie chodzenia. Krok naszego pochodu mógłby się stać ukazanym w głębokim podobieństwie spełnieniem Bożego nakazu: „Przechadzaj się przede mną i bądź doskonały”.
Ale niechże się to dzieje w prostocie i szczerości! Jedynie z prawdy, nie z próżnej woli wynijść może piękno tej sprawy.

Bicie się w piersi

Właśnie rozpoczęła się Msza święta. Kapłan stoi na miejscu przewodniczenia. Wierni modlą się: „Spowiadam się Panu Wszechmogącemu..., że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!” A ilekroć wymawiają słowo „wina”, biją się w piersi.

Czegoż to jest znakiem, że ktoś bije się w piersi?

Zastanówmy się nad tym. Ale w tym celu musimy odprawić należycie sam obrzęd. A więc nie poprzestaniemy na lekkim dotknięciu się odzieży koniuszkami palców. Nie! Zamkniętą pięścią trzeba się w pierś uderzyć! Może widziałeś kiedy na starych obrazach świętego Hieronima klęczącego na pustyni i bijącego się w pierś kamieniem potrząsanym w ręku. Jest to, naprawdę uderzenie,. nie jakiś tam wytworny geścik. Jest to cios, który powinien ugodzić we wrota naszego świata wewnętrznego l i wstrząsnąć nimi.

Gdy już to uczynimy, możemy dociekać, co oznacza to uderzenie.

Świat ten winien być pełen życia, pełen światła i siły. Jakże jednak jest w rzeczywistości? Przed nami piętrzą się tak poważne postulaty, obowiązki, potrzeby, wołania i decyzje, a przecież tam wewnątrz ledwie coś się czasem poruszy na te głosy. Tak liczne winy ściągnęliśmy na siebie, a jednak one wcale nie budzą w nas troski. „Pośrodku życia otoczeni jesteśmy śmiercią” - a nie myślimy o tym wcale. Naraz woła głos Boży: „Zbudź się! Rozejrzyj się wokoło! Opamiętaj się! Odmień się! Czyń pokutę!”. To wołanie uwidocznia się uderzeniem w piersi. To uderzenie ma przeniknąć pierś, zaalarmować ów świat wewnętrzny, by się zbudził, przejrzał i nawrócił do Boga.

A kiedy się zbudzi i opamięta, wtedy staje mu przed oczyma świadomość, jak zmarnował powagę życia, jak przekroczył nakazy Boskie, jak zaniedbywał obowiązki „przez swoją winę, swoją winę, bardzo wielką winę”. W pętach tej winy leży pojmany, a jedna tylko istnieje droga ratunku, mianowicie wyznać bez ogródek: Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem przeciwko Duchowi Świętemu i przeciwko obcowaniu Świętych. Wówczas dusza staje po stronie Boga i oświadcza się za Nim przeciwko sobie samej. Myśli o sobie samej podobnie jak Bóg to czyni. Gniewa się na swój grzech i karze siebie
uderzeniem.

Takie więc jest znaczenie tego, że człowiek bije się w piersi: on budzi siebie samego. Otrząsa ze snu, przywołuje do czujności świat wewnętrzny, iżby ten usłyszał wołanie Boże. Staje po stronie Boga i karze samego siebie. A więc jednocześnie odbywa się opamiętanie, skrucha, zmiana usposobienia.

Dlatego to kapłan i lud wierny biją się I w piersi, gdy podczas modlitwy. Na początku Mszy wyznają swe grzechy. Podobnie czynimy, gdy przed Komunią św. ukazuje nam Ciało Chrystusowe i gdy mówimy: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie”. Także podczas litanii i suplikacji, gdy oskarżamy się, mówiąc: „My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!”.
Z czasem osłabiono znaczenie tego zwyczaju. Wierni biją się w piersi niekiedy nawet podczas Podniesienia Hostii i Kielicha po Przeistoczeniu. Albo kiedy na Anioł Pański wymawiają słowa: „A Słowo Ciałem się stało”. Tu już właściwy sens ustąpił na plan drugi i czynność jest tylko ogólnym wyrażeniem czci i pokory. Ale powinna by jej pozostać nadal surowa powaga i świadomość tego, iż jest wezwaniem do opamiętania i samokarceniem skruszonego serca.

Stopnie

Rozważaliśmy już tyle rzeczy, ale czy uświadomiliśmy sobie, co czyniliśmy przy tym?

Jakkolwiek zawsze chodziło o rzeczy znane od dawna, to jednak ukazywały się nam one w nowym świetle. Były to rzeczy, które widywaliśmy po tysiąc razy, ale teraz przyjrzeliśmy się im w sposób właściwy, a one otworzyły się przed nami i odsłoniły nam prawdziwe piękno. Wsłuchaliśmy się, one zaczęły przemawiać. W czynności i sprawy, których dokonywaliśmy już wiele razy, wczuliśmy się należycie, spełniliśmy je z rozwagą, a wszystko, co się w nich zawiera, stało się nam bliskie.

Jest to wielkie odkrycie! Musimy więc zdobywać to, co posiadaliśmy już od dawna, by stało się naprawdę naszym. Musimy się nauczyć należycie patrzeć, należycie słuchać, należycie postępować. Jeąt to wielka nauka patrzenia, uzyskiwanie wiedzy. Póki do niej nie dojdziemy, wszystko pozostaje dla nas nieme i ciemne. Ale gdy już ją uzyskamy, wówczas odsłania się ona przed nami, otwiera swe wnętrze, a na tej podstawie, z jej istoty, kształtuje się jej zewnętrzna postać. I przekonasz się wtedy, że właśnie rzeczy zrozumiałe same przez się, codzienne nasze sprawy kryją w sobie największą głębię. W tym co najprostsze zawiera się największa tajemnica.

Weźmy na przykład stopnie. Niezliczone razy wchodziłeś po nich na górę. Ale czy sobie uświadomiłeś, co się działo podczas tego w tobie? Albowiem coś w nas się dzieje, gdy kroczymy pod górę. Tylko że to „coś” jest nader ciche i subtelne, tak iż łatwo je przeoczyć.

Oto odsłania się wtedy głęboka tajemnica. Jedno z owych wydarzeń, jakie wynikają z dna naszej ludzkiej istoty: tak zagadkowe, iż niepodobna rozwikłać go mocą rozumu, a przecież każdy je pojmuje, gdyż rości sobie do tego prawo najgłębsza tajń naszej duszy.

Gdy wstępujemy po stopniach, wówczas podnosi się wzwyż nie tylko nasza noga, ale i cała istność nasza. Podnosimy się nawet duchowo. A jeśli czynimy to z rozwagą, tedy przewidywaniem naszym obejmujemy podnoszenie się aż ku owym wyżynom, gdzie wszystko jest wielkie i doskonałe: ku niebu, w którym mieszka Bóg.

Ale jednocześnie wykrywamy tajemnicę. Czyż Bóg jest w górze? Ależ „góra” i „dół” nie istnieją dla Niego! Do Boga dochodzimy jedynie wtedy, gdy stajemy się czystsi, szczersi i lepsi. To polepszanie się i doskonalenie jakąż może mieć łączność z fizycznym wznoszeniem się w górę? Jakąż łączność może mieć zachowanie czystości z przebywaniem w górze? Ale tu już niepodobna wyjaśnić nic więcej. „Dół” jest po prostu z natury swej przenośnią na oznaczenie tego, co złe i małe; „góra” zaś jest symbolem tego, co dobre i szlachetne; przeto proste dążenie wzwyż mówi nam o wznoszeniu się naszej istoty ku Najwyższemu, ku Bogu. Nie potrafimy tego wyjaśnić, ale tak jest: wyczuwamy to i widzimy.

Dlatego to z ulicy do kościoła wiodą stopnie. Mówią one: „Idziesz w górę, do domu modlitwy, zbliżasz się ku Bogu”. Z nawy kościelnej znów prowadzą stopnie do prezbiterium. Mówią one: „Teraz wchodzisz do miejsca najświętszego ze świętych”. A dalej stopnie wiodą do ołtarza. Kto na nie wstępuje, do tego one przemawiają, jak niegdyś Bóg do Mojżesza na górze Horeb: „Zdejm obuwie swoje, bo miejsce, na którym stoisz, ziemia święta jest”. Ołtarz jest progiem wieczności.

Jakież to wielkie! Prawda, że odtąd będziesz już z głębokim uświadomieniem wchodził na stopnie? Wiedząc, że wiodą one w górę? Będziesz pozostawiał w dole wszystko co niskie i naprawdę dążył w górę?

Ale co tu wiele mówić! Rzecz w tym, żeby rozjaśniło ci się we wnętrzu twej duszy, by zdarzyły się i w tobie Chrystusowe „wejścia pod górę”.

Furta

Już nieraz wchodziliśmy przez nią do kościoła, a za każdym razem ona coś mówiła. Czy słyszeliśmy tę mowę?

I do czego służy ta furta? Może zadziwi cię to pytanie. Pomyślisz sobie: „do tego, żeby ludzie mieli którędy wchodzić i wychodzić”; odpowiedź przecież nie wydaje się trudna. Zapewne. Ale do wchodzenia i wychodzenia nie potrzeba aż furty! Ku temu służyłby byle jaki otwór w ścianie, a mocna zapora z dylów i tęgich desek wystarczyłaby do otwierania i zamykania. Ludzie mogliby tędy wchodzić i wychodzić: byłoby to urządzenie tanie i odpowiadające celowi. Tylko... nie byłaby to „furta”. Ta chce czegoś więcej, niż służyć prozaicznemu pożytkowi: ona przemawia.

Bo oto, gdy przechodzisz przez jej odrzwia, budzi się w tobie uczucie: „Teraz; opuszczam to, co było na zewnątrz świątyni; wchodzę do wnętrza”. Po zewnętrznej stronie jest świat szeroki, piękny, pełen silnie tętniącego życia i pracy; ale nie brak w nim. też rzeczy brzydkich i niskich. Świat ten ma w sobie coś z targowiska: każdy w nim biega tu i tam, na każdym kroku spotykamy blichtr i przechwałki. Nie chcemy nazywać świata pozbawionym świętości, choć mielibyśmy do tego niejakie prawo. Przez furtę natomiast wkraczamy w przybytek odgraniczony od gwaru i targowiska, cichy i błogosławiony: w sanktuarium, siedzibę świętości.

Powiesz: wszystko jest dziełem i darem Boga. Wszędzie możemy Go spotkać. Każdą rzecz powinniśmy przyjmować z ręki Bożej i uświęcać ją myślą nabożną. To prawda. A mimo to ludzie od wieków zdawali sobie sprawę z tego, że niektóre miejsca są szczególnie uświęcone, wyodrębnione i przeznaczone Bogu.

Furta kościelna stoi między światem zewnętrznym a wnętrzem przybytku, między targowiskiem a świętością, między tym, co należy do całego świata, a tym, co poświęcone Bogu. Gdy kto przez nią przechodzi, ona przemawia do niego: „Pozostaw zewnątrz wszystko, co nie należy do wnętrza, wszystkie światowe myśli, pragnienia, troski, ciekawość i próżność. Wszystko, co nie poświęcone, pozostaw za .progiem. Oczyść się, bo wstępujesz w miejsce święte”.

Nie wolno wbiegać pospiesznie przez furtę! Winniśmy wchodzić przez nią powoli i otwierając furtę, jednocześnie otwierać nasze serce, by posłyszało, co ona mówi. Co więcej, powinniśmy przed nią zatrzymać się na chwilę, by nasze przechodzenie było krokiem oczyszczenia i skupienia.

Ale furta mówi jeszcze coś więcej. Zwróć na to uwagę, że gdy przechodzisz, mimowolnie podnosisz głowę i oczy. Wzrok twój unosi się wzwyż i rozpościera w przestrzeni; pierś rozszerza się, w duszę wchodzi tchnienie wielkości. Wysokie sklepienie kościelne jest jakby obrazem nieskończonej wieczności, nieba w którym sam Bóg mieszka. Prawda, że góry są jeszcze wyższe, że niezmierzony jest obszar błękitu ponad światem tam na zewnątrz. Ale tam wszystko jest otwarte, bez granic ni kształtu. Natomiast tu jest przestrzeń wyodrębniona dla Boga, dla Niego uformowana, przekształcona na obraz świętości. Patrząc na strzelające w górę filary, na szerokie, silne mury, na wysokie sklepienia, czujemy: Tak, to jest dom Boży, gdzie Bóg zamieszkał w sposób szczególnie bliski.

A furta prowadzi człowieka w obręb tego tajnika. Ona mówi: „Odrzuć to, co małe, wraz ze wszystkim, co ciasne i trwożne. Precz wszystko, co przygniata człowieka i zniża go do ziemi! Wyprostuj pierś! W górę oczy! Miej duszę swobodną! Oto jest świątynia Boża, a zarazem obraz twój własny. Bo przecież zarówno ciało twoje, jak i dusza jest żywą świątynią Boga. Rozszerz tę świątynię, uczyń ją przestronną i wysoką!”.

„Podnieście się, wrzeciądze! Rozewrzyjcie się, wiekuiste bramy, iżby wszedł Król chwały” - woła Pismo święte.
Posłuchaj tego wezwania. Cóż ci pomoże dom z kamienia i drzewa, jeśli sam nie jesteś żywym domem Boga? Na cóż ci się zdadzą wysoko sklepione portale i ciężkie podwoje rozwarte na oścież, skoro w tobie samym nie otwiera się żadna furta i Król chwały nie może wkroczyć do wnętrza?

Świeca

Jakież osobliwe przeznaczenie przypadło duszy naszej! Z wszystkimi sprawami świata tak jej się wiedzie, jak niegdyś pierwszemu człowiekowi, gdy Bóg kazał mu ponazywać zwierzęta: nigdzie nie znalazł się towarzysz jego bytu. Wobec wszystkich istot i rzeczy dusza ludzka miewa to poczucie: „Jestem inna”. Żadna z umiejętności świata nie rozprasza w niej tej świadomości, żadne poniżenie jej nie wykorzenia: „Jestem inna, niż wszystko inne w świecie. Wszystkiemu obca, Bogu jedynie pokrewna”.

A mimo to dusza ma też niejakie pokrewieństwo z wszystkimi rzeczami. W styczności z każdą z nich czuje się jakby u siebie w domu. Wszystko do niej przemawia: każda postać, ruch czy wyraz. A ona za ich pośrednictwem niestrudzenie usiłuje wypowiedzieć najgłębszą treść swej istoty, uczynić ją symbolem własnego życia. Gdziekolwiek spotka jakąś silną postać, czuje, że w niej wypowiada się coś z jej własnej istoty, czuje, że przypomina jej się coś takiego, co tkwi w niej samej.

Czy nie jest tak w istocie? Tu właśnie tkwi podstawa do wszelkich porównań. Będąc każdej istocie obcą do głębi, dusza przemawia do niej: „To nie ja!”. A jednocześnie wszystkiemu pokrewna w jakiś niewytłumaczony sposób, odczuwa rzeczy i zdarzenia jako obrazy swego własnego bytu.

Oto porównanie szczególnie piękne i wyraziste: świeca. Nie mówię ci co prawda nic nowego: na pewno tobie samemu też nieraz przychodziło to na myśl.

Przypatrz się, jak świeca osadzona jest w świeczniku. Szeroko i masywnie rozparła się podstawa, z której bezpiecznie wznosi się trzon świecznika, powyżej zaś wystrzela świeca, ciasno objęta kielichem i podparta wystającym obrzeżem. Niepostrzeżenie odmładza się jej postać: spoista i silna, choćby strzelała nader wysoko. Tak ona stoi wśród otaczającej ją przestrzeni, smukła, w niepokalanej czystości, a przecież ciepło stonowana w swym kolorze: przez jasny swój kształt wyróżniająca się z wszelkiego chaosu.

Ponad nią chwieje się płomyk, a przezeń świeca czyste swe ciało przemienia w ciepłe, promienne światło.

Czy wobec niej nie budzi się w tobie jakieś niezmiernie szlachetne uczucie? Spójrz, jak ona stoi niezachwianie w jednym miejscu, wyprostowana na całą wysokość, czysta i dostojna. Zważ, jak wszystko w niej mówi: „Jestem gotowa!”. Jak ona stoi wytrwale tam, gdzie stać jej kazano, przed Bogiem. Nie uchyla się w niczym, w niczym nie zgina. Cały jej wygląd świadczy o zdecydowanym, przytomnym pogotowiu. Tak spala się ona w swym przeznaczeniu, niepowstrzymanie, stapiając się w żar i światło.

Powiesz może: „I cóż sama świeca wie o tym? Przecież ona nie ma duszy!”.

Więc daj jej duszę!

Niech ona stanie się wyrazem duszy twojej! Niech zbudzi się w niej wszelka szlachetna gotowość: „Jestem tu, o Panie!”. Wówczas owa strzelista i czysta postawa .wyda ci się wyrazem własnego twego usposobienia. Niech cała twoja gotowość okrzepnie w prawdziwą wierność. Wówczas będziesz mówił w duchu: „Panie, w tej świecy oto ja sam stoję przed Tobą!”.

Nie uchodź z drogi swemu przeznaczeniu. Trwaj mężnie. Nie pytaj ciągle: dlaczego i po co. To właśnie stanowi najgłębszy sens życia, by stapiać się w prawdę i miłość ku Bogu, jak stapia się świeca w żar i światło.

Woda święcona

Tajemniczym żywiołem jest woda. Jest czysta i prosta; „wstydliwą” nazwał ją święty Franciszek. Jest skromna i bezpretensjonalna, jak gdyby sama przez się nie chciała nic znaczyć. Rzekłbyś, że z własnych celów wyzuta, istnieje tylko po to, by służyć innym, oczyszczać i pokrzepiać. Ale czy widziałeś ją kiedy stojącą cicho na wielkiej głębinie, gdy ciągnęła w swoją toń twą duszę i twoje uczucia? Czy zdałeś sobie sprawę, jak pełna tajemnicy była owa głębia? Jak wydawało ci się, że tam w dole woda pełna jest wszelkich cudów, zarazem powabniejsza i - bardziej złowroga?

Albo czy kiedyś nadsłuchiwałeś, jak woda pędzi rozhukana, płynie i szumi, płynie i szumi bez ustanku? Albo może przyglądałeś się wirom, które kołują, burzą się i kłębią, porywając i chłonąc wszystko, co napotkają po drodze? Nieraz wtedy bije z wody moc jakaś melancholijna, rozdzierająca smutkiem serce ludzkie...

Pełna tajemnicy jest woda. Prosta, jasna, bezinteresowna: gotowa oczyszczać to, co zbrukane, pokrzepiać to, co spragnione. Jednocześnie zaś jest niezgłębiona, niespokojna, pełna zagadki i przemocy: kusi i nęci w topiel, ku zgubie. Zgoła jakby symbolem była tych tajemniczych otchłani, z których wypływa zdrój życia i rozbrzmiewa zew śmierci; a można ją też nazwać symbolem samego życia, które wydaje się tak jasne, a bywa tak zagadkowe.

Przeto rozumiemy, czemu Kościół czyni wodę symbolem i pośredniczką Boskiego życia czyli łaski.

Ze chrztu wyszliśmy niegdyś, jako nowi ludzie, „odrodzeni z wody i z Ducha Świętego”, gdy umarł w nas i zginął człowiek dawny.

Wodą święconą, czyniąc znak krzyża św., zwilżamy czoło, pierś i ramiona. Ten prapierwiastek, zagadkowy i jasny, prosty i płodny, staje się tu i symbolem i środkiem nadprzyrodzonego pierwiastka żywotnego - łaski.

Poświęcając wodę, Kościół oczyścił ja od drzemiących w niej ciemnych mocy. Nie jest to jedynie próżny frazes! Kto ma duszę wrażliwą, ten już odkrył ów czar siły natury, jaki nieraz bije z wody. Jest to tylko siła natury? Czyż nie ma w tym czegoś ciemnego, pozanaturalnego? W naturze, w całym jej bogactwie i pięknie kryje się też coś złego, coś demonicznego. Przytępiająca duszę kultura miejska sprawiła, że człowiek tak często nie ma wcale wyczucia w tym względzie. Ale Kościół wie o tym dobrze, przeto „oczyszcza” wodę od wszelkich czynników wrogich Bóstwu, „poświęca” ją i modli się do Boga, by ją uczynił narzędziem swej łaski.

Gdy chrześcijanin wchodzi do domu Bożego, wówczas skrapia czoło, pierś i ramiona, czyli całą swoją istotę, wodą czystą i oczyszczającą, by dusza oczyściła się od zmazy. Czyż to nie piękny zwyczaj? Oto w znaku krzyża spotyka się tu łaska, oczyszczona z grzechu natura i człowiek spragniony czystości!
Albo weźmy pod uwagę chwilę wieczornego zmierzchu. „Noc nie jest przyjaciółką człowieka” - powiada przysłowie. Jest w tym nieco prawdy. Dla światła jesteśmy stworzeni. Gdy gaśnie światło dnia i światło świadomości, człowiek, poddając się mocy snu i mroku, zwykł żegnać się znakiem krzyża św. i wodą święconą, symbolem wyzwolonej, oczyszczonej od grzechów natury, mówiąc tym samym: „Niech mnie Bóg strzeże od wszystkiego, co ciemne!” A kiedy rankiem wstaje ze snu, z mroku i nieprzytomności, by rozpocząć życie na nowo, żegna się w ten sam sposób. Jest to jakby lekkie przypomnienie owej wody świętej, przez którą na chrzcie wstał ku światłości Chrystusowej. Wówczas w znaku krzyża spotyka się wybawiona dusza z wybawioną naturą.

Ogień

Późnym wieczorem jesiennym idziesz przez pole. Ciemno i chłodno dokoła. W martwej, rozległej pustce samotną czuje się dusza; całym swym żywym pożądaniem szuka czegoś, co mogłoby dla niej być oparciem, ale nic nie odpowiada na zew jej tęsknoty. Ogołocone z liści drzewa, zimny łańcuch gór, bezludny obszar równiny - wszystko zamarło!

Prócz niej samej, nie ma żadnej istoty żyjącej w tym pustkowiu, jakie się ściele wokoło!

Naraz na zakręcie drogi rozbłyska jakieś światełko... Czyż ono nie woła do nas z oddali? Czy nie jest jakby odpowiedzią na poszukujący zew duszy? Czyż nie wydaje się nam czymś oczekiwanym, koniecznym?

Albo siedzisz o późnej godzinie w posępnym pokoju. Otaczają cię szare, obojętne ściany i nieme sprzęty domowe. Wtem słyszysz odgłos dobrze ci znanych kroków; czyjaś wprawna ręka zaczyna rozniecać ogień w piecu... We wnętrzu pieca odzywa się radosne trzeszczenie, płomień wzbija się wzwyż, a spoza otwartych drzwiczek pada czerwony odblask na cały pokój. Miłe ciepło rozlewa się wszędy... Prawda, jak wszystko od razu się zmieniło? Rzekłbyś, że we wszystko wstąpiła dusza. Zupełnie, jakby w przygasłym obliczu zbudziło się nagle życie.

Tak, ogień jest pokrewny temu, co żyje; jest najczystszym wizerunkiem naszej żyjącej duszy, obrazem tego wszystkiego, co - żyjąc - przeżywamy w swym wnętrzu. Jest ciepły i świecący, zawsze w ruchu, zawsze ulatujący ku górze. Gdy patrzymy na płomień wzbijający się niestrudzenie w górę, podatny na każde tchnienie wiatru, a jednak nie dający się odwieść od swej dążności wzwyż, jaśniejący światłem i rozlewający strumienie ciepła, czyż wtedy nie odczuwamy głębokiego pokrewieństwa z owymi czymś, co w nas samych również zawsze płonie i świeci i pnie się w górę, choćby nie wiem jak często było spychane w dół przez panoszące się wokoło siły przyziemne? A gdy widzimy, jak płomień przetwarza, ożywia i rozjaśnia całe swoje otoczenie, jak od razu staje się żywym ośrodkiem każdego miejsca, gdzie zabłyśnie - czyż nie jest to obraz jaśniejącego w nas tajemniczego światła, które zostało rozniecone na tym świecie, aby przenikać wszystko i dawać wszystkiemu siedlisko i przytułek?

Tak jest, nie inaczej. Gorejący płomień jest obrazem naszego wnętrza, tego, co silne, co dąży wzwyż i jaśnieje, a więc: obrazem ducha. Ilekroć spotykamy płomień, mamy wrażenie, jakoby coś żywego przemawiało do nas w jego kłębieniu się i blasku. A ilekroć chcemy dać komuś znać o naszym życiu, gdy chcemy, by życie nasze nabrało wymowy, wówczas często rozniecamy płomień.

Więc też rozumiemy, jak płonąć on musi tam, gdzie właściwie powinniśmy być zawsze: przed ołtarzem. Tam powinniśmy stać nabożnie i uważnie, skupiając całą swą żywotność, jasność i siłę w stronę tajemniczej i świętej Bożej bliskości. Jak Bóg się ku nam zwraca, tak my powinniśmy -się zwracać ku Niemu. Tę powinność wyznajemy, zapalając tam mały ogienek jako obraz i wyrażenie naszego życia.

Tym płomykiem w lampce wiecznej - czy zdajesz sobie z tego sprawę? - jesteś ty sam. On oznacza twoją duszę.

Tak, oznacza twoją duszę... powinien ją oznaczać! Albowiem ziemskie światełko samo przez się nic jeszcze Bogu nie mówi: musisz przeto uczynić je wyrazem twego życia zwróconego ku Bogu. Tam, w pobliżu świętości Bożej, powinien znajdować się ten punkt, w którym dusza twoja goreje, gdzie cała się ożywia w Bogu, cała staje się płomieniem i światłem dla Niego. Tak całkowicie powinna tam się zadomowić, iżby cichy płomyk lampy był naprawdę wyrazem twego wnętrza.
Staraj się o to. Niełatwo ci to przyjdzie. Ale gdy się ku temu przybliżysz, wówczas po takich chwilach jaśniejącej ciszy będziesz mógł spokojnie wracać pomiędzy ludzi. Wtedy płomyk pozostanie na miejscu, w pobliżu świętości Bożej, ty zaś będziesz mógł mówić do Boga: „Panie, to moja dusza. Ona po wszystkie czasy jest przy Tobie”.

Popiół

Na skraju lasu rośnie ostróżka. Jej ciemnozielone liście powyginały się w kapryśne skręty. Smukłe wystrzela łodyga, giętka, a przecież mocno zbudowana. Kwiaty - jakby wycięte z ciężkiego aksamitu, a błękitna ich barwa lśni tak cudnym połyskiem drogiego klejnotu, iż całe powietrze wokoło wydaje się nią napełnione...

A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś przyszedł nagle i zerwał ten kwiat, potem zaś, znudziwszy się nim, rzucił go w ogień. Cóż by się stało? Ot, minęłoby chwil kilka, a z całej tej jaśniejącej świetności pozostałoby tylko wąskie pasemko szarego popiołu.

To samo, czego tu dokonał ogień w ciągu niewielu krótkich chwilek, czyni czas w stosunku do wszystkiego, co żyje: czy to będzie wytworna paproć, czy strzelista dziewanna, czy potężny pień dębu, lekki motylek czy rącza jaskółka, zwinna wiewiórka czy wół ociężały. W różny sposób to się dzieje: raz wolniej, raz prędzej; raz wskutek rany, kiedy indziej z choroby, to znów wskutek ognia lub głodu. Jednakże kiedyś każde kwitnące życie stać się musi popiołem.

Z krzepkiej postaci pozostanie jeno sypka garstka pyłu, którą lada wiatr rozwieje; z jaśniejących barw - jeno szara miazga; z życia wzbierającego ciepłem i czuciem - marna, martwa ziemia. Mniej nawet niż ziemia: po prostu tylko popiół!

Tak samo dzieje się i z nami. Jakiż dreszcz nas przejmuje, gdy patrzymy w otwarty grób i w jego wnętrzu widzimy - obok kilku szczątków kości - garstkę szarego popiołu.

Pamiętaj, człowiecze:
iż jesteś prochem
i w proch się obrócisz!

Popiół jest oznaką znikomości. Znikomości naszej, nie cudzej. Naszej - więc i mojej własnej! Moją nietrwałość on mi ukazuje, gdy kapłan z nastaniem wielkiego postu kreśli mi na czole krzyż popiołem - niegdyś zielonych - gałązek z ubiegłej Niedzieli Palmowej:

Memento, homo,
quia pulvis es
et in pulverem reverteris!

Wszystko staje się popiołem: dom mój i odzież, sprzęty i majętność, moje pola, lasy i łąki... I ten pies, który mi towarzyszy, i to bydlę w mojej oborze. Ta ręka, którą piszę, i oko, co mi pomaga w czytaniu, i całe ciało moje... Ludzie, których kochałem, i ludzie, których nienawidziłem, i ci wreszcie, których się obawiałem. To, co mi się na ziemi wydawało wielkim, i to, co małym, co godnym wzgardy... wszystko, wszystko stanie się popiołem...

Kadzidło

„Widziałem, jak anioł przyszedł, i stanął przed ołtarzem, mając kadzielnicę złotą. I dano mu wiele kadzenia... I wstąpił dym kadzenia z modlitew świętych z ręki anioła przed Boga.”

Tak powiada Księga Objawienia (Ap 8,3.4).

Ileż w tym wzniosłego piękna, gdy jasne ziarenka kadzidła padną na żarzące się węgle i gdy z rozkołysanego trybularza popłynie dym wonny! Jest to jakby melodia opanowanego ruchu i miłego zapachu. Czynność pozbawiona wszelkiego praktycznego celu, czysta jak pieśń. Piękna rozrzutność drogich klejnotów. Ofiarna, hojna, wszystkiego się wyrzekająca miłość.

Tak było wtedy, gdy Pan siedział w Betanii, i gdy Maria, przyniósłszy słoik drogocennego olejku nardowego, wylała tę wonność na święte Jego nogi, wycierając je własnymi włosami, a woń napełniła dom cały. Ludzie ciasnego umysłu szemrali: „Na cóż ta utrata?” Ale Syn Boży odrzekł: „Dajcie jej pokój, uczyniła to na pogrzeb mój”. Była to tajemnica śmierci, miłości, woni i ofiary.

Podobnie ma się sprawa z kadzidłem: jest w nim tajemnica piękności, nie wiedzącej o żadnych korzyściach, ale powstającej samorzutnie. Tajemnica miłości, gorejącej i spalającej, przechodzącej nawet przez śmierć. Także i tutaj zatrzymuje .się. oschły umysł i pyta: Na co to wszystko?

Jest w nim i ofiara woni, a wszak i Pismo święte powiada: Takie są modły świętych. Kadzidło jest symbolem modlitwy i to właśnie owej modlitwy, która nie myśli o żadnej korzyści; która nie pragnie niczego, lecz jawi się jak Gloria po każdym psalmie; która wielbi i pragnie Boga darzyć dziękczynieniem, „iż On jest taki wspaniały”.

Oczywiście do takiego symbolu niekiedy domiesza się i pewne kuglarstwo. Wonne obłoki dymu mogą sprowadzać przytłaczający nastrój tajemnicy, religijne omamienie zmysłów. O ile tak się zdarzy, tedy sumienie chrześcijańskie postąpi słusznie, stawiając swoje veto i zwracając się z modlitwą ku „Duchowi i prawdzie”; ono nas upomni, byśmy byli szczerzy i skromni. Ale w sprawach religijnych spotkać też można i pewnego rodzaju filisterstwo: pochodzi ono z ciasnoty umysłu i oschłości serca, jak to było z owym zrzędzeniem Judasza z Kariotu. W takich wypadkach modlitwa przeradza się w duchową interesowność: bywa dokładnie odmierzona i po mieszczański! rozsądna.

Ludzie tego rodzaju nic nie wiedzą o królewskiej pełni modlitwy, tej pełni, która pragnie hojnie szafować. Nie wiedzą, co to znaczy głębokie uwielbienie, nie wiedzą nic zgoła o duszy modłów, tej, która nie pyta „dlaczego” i „na co”, ale wznosi się wzwyż, jako że jest miłością i wonią i pięknem.
Im zaś więcej miłuje, w tym większym stopniu jest też ofiarą, a woń płynie z pochłaniającego ją ognia.

Karanie za gadanie

W walce z mową nienawiści nie przebiera się w słowach.
Jak dowiedzieliśmy się z wypowiedzi ministra Boniego dla TOK FM, mowa nienawiści pleni się na forach internetowych, a także „podczas niedzielnych kazań w wielu kościołach, gdzie też padają słowa deprecjonujące, i to w sposób poza normą, polski rząd – takie sygnały przecież także docierają”. Minister chce zatem stworzyć „narzędzie” do walki z mową nienawiści – również na ambonie. Taki on jednak delikatny, że nie chce podać przykładu owych złych kazań. „Nie będziemy podawać konkretnych przykładów, bo nie chcemy generować mowy nienawiści” – wyjaśnił rzecznik ministra Boniego.

Ujęty taką szlachetnością, apeluję o stworzenie urzędu ds. ścigania przekrętów ministra Boniego. Nie podam, oczywiście, przykładów, bo nie chcę eskalacji oskarżeń.

Fajna rzecz ta „mowa nienawiści”. Pojęcie nieostre, niemierzalne, całkowicie uznaniowe. To hasło tak rozciągliwe, że zmieści się w nim każda wypowiedź niemiła władzy, a jednocześnie nie zmieści się w nim żadna wypowiedź dla władzy korzystna. Z tego samego paragrafu wróg będzie wzięty, a swój zostawiony.

Pamiętają państwo, jak w 2006 roku Leszek Miller na przesłuchaniu komisji ws. Rywina powiedział do Zbigniewa Ziobry „pan jest zerem”? Gdyby coś takiego powiedział ktoś niesłuszny o kimś słusznym, już by siedział, jak na przykład za obrazę prezydenta siedzi autor portalu „antykomor”. Ale że powiedział to premier, i to do – ha, ha – posła Ziobry, prokuratura orzekła, że „zero” to nie obelga, lecz ocena kwalifikacji. Odtąd prześmiewcy z ówczesnego „Wprost”, Mazurek z Zalewskim, zaczęli oceniać kwalifikacje prokuratorów, pisząc o nich: „zero generalne Grzegorz Kurczuk”, „zero krajowe Karol Napierski”.

Mogli sobie na to pozwolić. Gdy dojdzie kategoria prawna „mowy nienawiści”, nie wiadomo, co będzie. Rządzący dostaną w rękę znakomite narzędzie szykanowania kogokolwiek za cokolwiek.

Czy naprawdę ktoś wierzy, że władza trzęsie się nad „mową nienawiści”, bo troszczy się o poziom dyskusji w internecie i gdziekolwiek indziej? Czy ktoś naprawdę wyobraża sobie, że minister Boni przejmuje się tym, co z ambon mówią księża?

Teraz obowiązuje opcja „nieklękania przed księdzem”, więc księża „oczywiście” masowo głoszą niewłaściwe kazania, „oczywiście” są antysemitami, „oczywiście” są ksenofobami, homofobami i klerofaszystami. Przecież to oczywiste, a skoro tak, to przykładów nie trzeba.

I tylko taka dziwna rzecz, że jedyne morderstwo, jakiego w ostatnich latach dokonano z nienawiści „politycznej”, dotknęło działacza PiS z ręki byłego członka PO. I choć teraz władza dorobiła się w pocie czoła „swojego zamachowca”, to jednak jest to niedoszły zamachowiec. Histeria nad karykaturalnym „agrobomberem” nie zmieni faktu, że prawdziwa krew polała się po stronie, która ponoć z zasady nienawidzi.

Czy nie oznacza to, że pełna wielkopańskiego szyderstwa salonowa „mowa miłości” potrafi bardziej inspirować do zbrodni niż jakiekolwiek inne słowa?
Ja tylko pytam. Gdybym to stwierdził, byłaby to mowa nienawiści.

Franciszek Kucharczak

Kto tam? Duszyczki!

Każdy chyba słyszał opowieści o zmarłych, którzy w momencie śmierci pokazują się krewnym z drugiego końca Polski. Albo o pukaniu, które słyszą w środku nocy znajomi umierającego. To wytwory fantazji i zbiorowa sugestia, czy jakieś przebicie "z drugiej strony"?

Ks. prof. Jerzy Szymik*: - Sprawa jest bardzo ciekawa, bardzo trudna i bardzo tajemnicza. Jako duszpasterz i jako teolog radzę wobec niej zachować spokój - przede wszystkim unikając skrajności.

Oto one (skrajności) w swej "podwójnie skrajnej" postaci.

Z jednej strony: szyderstwo, totalne odrzucenie i kpina wobec tych wszystkich opisywanych zjawisk - "duszyczek-rowerzystów", "klupanio w szyba" itp. itd., jakby nie istniały: świat niematerialny, życie po śmierci i "świętych obcowanie"; jakbyśmy znali tajemnicę życia "do samej podszewki", jakby to wszystko (życie i smierć) nie było wielkim - przerastającym nasz umysł i doświadczenie - Misterium.
Z drugiej strony: bezgraniczna, naiwna wiara w to wszystko, jakby nie istniała żadna granica światów doczesnego i wiecznego, jakby nie istniały zbiorowa sugestia, halucynacje czy zwidy chorej wyobraźni albo też zwykła koloryzacja opowieści.

Takie doświadczenia i opowieści z teologicznego punktu widzenia mogą być pożytecznym (a nierzadko skutecznym) sygnałem do modlitwy właśnie (niezależnie od ich niemożliwego do rozwikłania stopnia prawdziwości!). Kościół uczy nas bowiem, że nie jesteśmy "samotnymi wyspami", ale wręcz przeciwnie: "systemem naczyń połączonych". I w owym "połączeniu" śmierć nie jest przeszkodą!!! Communio sanctorum, wspólnota żywych i zmarłych, jest wielką prawdą chrześcijaństwa! Możemy się wspierać poprzez miłość, pamięć, modlitwę. To cudowny rys katolicyzmu: powszechność, wspólnotowość, świadomość, że Bóg chce nas zbawić razem. To uczy najpiękniejszych cnót: pokory (że jesteśmy od siebie zależni, że nie jesteśmy samowystarczalni, że potrzebujemy miłości i inni potrzebują naszej), solidarności (trzeba pomagać innym, bo wtedy - tylko wtedy - sam rosnę), rozumienia czym jest Kościół (wspólnotą, współpracujacą z Bogiem w zbawianiu wszystkich).

Wydarzeń takich jak opisane starajmy się więc nie komentować z poczuciem pysznej wyższości bądź naiwnej zależności. Otoczmy je raczej pełnym szacunku dla ludzkich przeżyć i narracji - milczeniem. Nie kpijmy z nich (cóż my bowiem wiemy o życiu TAM?!), nie uzależniajmy od nich naszej wiary w przyszłe życie (ją czerpiemy z Ewangelii i nauki Kościoła - to jedyny i wystarczający fundament!).
Ks. biskup Jan Szlaga, wybitny biblista, powiedział swego czasu na ten temat rzecz następującą: "Człowiek dzisiejszy jest człowiekiem Starego Testamentu wtedy, kiedy uparcie pyta o stronę zjawiskową życia po śmierci (...) Jeśli natomiast przyjmiemy rozwiązania teologiczne Nowego Testamentu, obietnicę życia wiecznego z całą jej niejasnością w szczegółach - to stawia nas wyżej od świadomości starotestamentalnej (...) Nie oczekujmy więc namacalnych dowodów i empirycznie sprawdzalnych danych. Reportażu stamtąd nie będzie".

Wierzymy Bogu, że jest mocniejszy od śmierci. Że nas przeprowadzi przez bramę śmierci do pełni życia. I że Bóg chce, abyśmy sobie w tym pomagali przez modlitwę, która jest znakiem miłości. To wystarczy.

* Ks. prof. Jerzy Szymik kieruje II katedrą teologii dogmatycznej KUL w Lublinie.

Słowniczek pojęć eschatologicznych

Eschatologia (z greckiego eschatos - ostatni) - dziedzina teologii, której przedmiotem badań są tzw. rzeczy ostateczne, czyli prawdy wiary dotyczące ostatecznego losu człowieka oraz ostatecznego kształtu, jaki Pan Bóg nada ludzkości i całej stworzonej rzeczywistości. W wymiarze indywidualnym zajmuje się śmiercią człowieka, sądem jednostkowym, życiem człowieka po śmierci, rozumianym jako kontynuacja istnienia duszy pozbawionej ciała. W wymiarze ogólnym eschatologia dotyczy wydarzeń mających nastąpić przy końcu historii - powtórnego przyjścia Chrystusa, zmartwychwstania, Sądu Ostatecznego, realizacji zbawienia lub potępienia po zmartwychwstaniu umarłych.

Paruzja - zapowiedziane w Piśmie Świętym powtórne przyjście wywyższonego Jezusa Chrystusa przy końcu czasów w chwale, z którym wiąże się zmartwychwstanie umarłych oraz powszechny sąd nad światem.

Niebo - ostateczny i nieutracalny stan wiecznego zbawienia, który Bóg daje jako niezasłużony dar człowiekowi po śmierci lub po koniecznym oczyszczeniu. Po zmartwychwstaniu będzie w nim miało udział również ludzkie ciało.

Czyściec - proces oczyszczenia po śmierci, przez który człowiek zostaje uwolniony od wszelkiego grzechu i może uczestniczyć w wiecznej szczęśliwości w niebie.

Piekło - stan wiecznego potępienia tych, którzy umierają w stanie grzechu ciężkiego.

Sąd Ostateczny - związany z paruzją i zmartwychwstaniem umarłych, końcowy wyrok Boży, decydujący o ostatecznym zbawieniu lub potępieniu jednostek i całej ludzkości.

Sąd szczegółowy - dusza oddzielona od ciała jest mu poddawana bezpośrednio po śmierci. Bóg przywołuje człowiekowi na pamięć całe jego życie ziemskie w ten sposób, że każdy szczegół oraz wynikające ze szczegółowych decyzji całe życie człowieka stają w jasnym świetle przed oczami jego ducha, który sam dokonuje osądu.

Świętych Obcowanie - świadomość tego, że żywi i zmarli stanowią jedną wspólnotę Kościoła pielgrzymującego na ziemi, oczyszczającego się w czyśćcu i uwielbionego w niebie, i powiązani są wzajemnymi relacjami.

Odpust zupełny - całkowite darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy przebaczone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin pod określonymi przez Kościół warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje je ze skarbca zasług Chrystusa. Może być udzielony żywym lub zmarłym.

Modlitwa za zmarłych - pomoc dla dusz znajdujących się w stanie oczyszczenia w czyśćcu. Praktykowana jest w Kościele od II wieku, od III w. Kościół modli się za zmarłych w czasie Eucharystii. Stopniowo przyjęła się praktyka odprawiania Mszy św. za zmarłych.

Sąd Ostateczny

Zmartwychwstanie wszystkich zmarłych, "sprawiedliwych i, niesprawiedliwych" (Dz 24,15), poprzedzi Sąd Ostateczny. Będzie to "godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny – na zmartwychwstanie potępienia" (J 5,28-29). Wówczas Chrystus "przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim... Zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie... I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego" (Mt 25,31.32.46).

W obliczu Chrystusa, który jest prawdą, zostanie ostatecznie ujawniona prawda o relacji każdego człowieka z Bogiem (Por. J 12,49). Sąd Ostateczny ujawni to, co każdy uczynił dobrego, i to, czego zaniechał w czasie swego ziemskiego życia, łącznie z wszystkimi tego konsekwencjami:
"Wszelkie zło, które uczynili niegodziwi, zostało zanotowane, a oni tego nie wiedzą. W tym dniu, w którym "Bóg nasz przybędzie" (Ps 50, 3)... powie do nich: "Najmniejszych i potrzebujących umieściłem dla was na ziemi. Ja, jako Głowa – powie – zasiadłem na niebiosach po prawicy Ojca, ale moje członki trudziły się na ziemi, moje członki cierpiały na ziemi niedostatek. Gdybyście dawali moim członkom, doszłoby to do Głowy. Wiedzcie, że gdy moich najmniejszych i potrzebujących umieściłem dla was na ziemi, ustanowiłem ich waszymi posłańcami, którzy wasze uczynki zaniosą do mojego skarbca. Nic nie złożyliście w ich ręce i dlatego u mnie nic nie posiadacie"" (Św. Augustyn, Sermones, 18, 4, 4: PL 38, 130-131).

Sąd Ostateczny nastąpi podczas chwalebnego powrotu Chrystusa. Jedynie Ojciec zna dzień i godzinę sądu. Tylko On decyduje o jego nadejściu. Przez swego Syna Jezusa Chrystusa wypowie On wówczas swoje ostateczne słowo o całej historii. Poznamy ostateczne znaczenie dzieła stworzenia i ekonomii zbawienia oraz zrozumiemy przedziwne drogi, którymi Jego Opatrzność prowadziła wszystko do ostatecznego celu. Sąd Ostateczny objawi, że sprawiedliwość Boga triumfuje nad wszystkimi niesprawiedliwościami popełnionymi przez stworzenia i że Jego miłość jest silniejsza od śmierci (Por. Pnp 8,6).
Prawda o Sądzie Ostatecznym wzywa do nawrócenia, podczas gdy Bóg daje jeszcze ludziom "czas pomyślny, dzień zbawienia" (2 Kor 6,2). Pobudza świętą bojaźń Bożą. Angażuje na rzecz sprawiedliwości Królestwa Bożego. Zapowiada "błogosławioną nadzieję" (Tt 2,13) powrotu Pana, który "przyjdzie, aby być uwielbionym w świętych swoich i okazać się godnym podziwu dla wszystkich, którzy uwierzyli" (2 Tes 1,10).

Piekło

Nie możemy być zjednoczeni z Bogiem, jeśli nie wybieramy w sposób dobrowolny Jego miłości. Nie możemy jednak kochać Boga, jeśli grzeszymy ciężko przeciw Niemu, przeciw naszemu bliźniemu lub przeciw nam samym: "Kto... nie miłuje, trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego" (1 J 3,14 c-15). Nasz Pan ostrzega nas, że zostaniemy od Niego oddzieleni, jeśli nie wyjdziemy naprzeciw ważnym potrzebom ubogich i maluczkich, którzy są Jego braćmi (Por. Mt 25,31-46). Umrzeć w grzechu śmiertelnym, nie żałując za niego i nie przyjmując miłosiernej miłości Boga, oznacza pozostać z wolnego wyboru na zawsze oddzielonym od Niego. Ten stan ostatecznego samowykluczenia z jedności z Bogiem i świętymi określa się słowem "piekło".

Jezus często mówi o "gehennie ognia nieugaszonego" (Por. Mt 5,22.29; 13,42.50; Mk 9,43-48), przeznaczonej dla tych, którzy do końca swego życia odrzucają wiarę i nawrócenie; mogą oni zatracić w niej zarazem ciało i duszę (Por. Mt 10,28). Jezus zapowiada z surowością, że "pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego Królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony" (Mt 13 41-42). On sam wypowie słowa potępienia: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny!" (Mt 25,41).

Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, "ogień wieczny" (Por. Symbol Quicumque: DS 76; Synod Konstantynopolitański: DS 409. 411; Sobór Laterański IV: DS 801; Sobór Lyoński II: DS 858; Benedykt XII, konst. Benedictus Deus: DS 1002; Sobór Florencki (1442): DS 1351; Sobór Trydencki: DS 1575; Paweł VI, Wyznanie wiary Ludu Bożego, 12). Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.

Stwierdzenia Pisma świętego i nauczanie Kościoła na temat piekła są wezwaniem do odpowiedzialności, z jaką człowiek powinien wykorzystywać swoją wolność ze względu na swoje wieczne przeznaczenie. Stanowią one równocześnie naglące wezwanie do nawrócenia: "Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!" (Mt 7,13-14):

Ponieważ nie znamy dnia ani godziny, musimy w myśl upomnienia Pańskiego czuwać ustawicznie, abyśmy zakończywszy jeden jedyny bieg naszego ziemskiego żywota, zasłużyli wejść razem z Panem na gody weselne i być zaliczeni do błogosławionych i aby nie kazano nam, jak sługom złym i leniwym, pójść w ogień wieczny, w ciemności zewnętrzne, gdzie "będzie płacz i zgrzytanie zębów" (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 48).
Bóg nie przeznacza nikogo do piekła (Por. Synod w Orange II: DS 397; Sobór Trydencki: DS 1567); dokonuje się to przez dobrowolne odwrócenie się od Boga (grzech śmiertelny) i trwanie w nim aż do końca życia. W liturgii eucharystycznej i w codziennych modlitwach swoich wiernych Kościół błaga o miłosierdzie Boga, który nie chce "niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9): "Boże, przyjmij łaskawie tę ofiarę od nas, sług Twoich, i całego ludu Twego. Napełnij nasze życie swoim pokojem, zachowaj nas od wiecznego potępienia i dołącz do grona swoich wybranych" (Mszał Rzymski, Kanon Rzymski).

Końcowe oczyszczenie, czyli czyściec

Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia, przechodzą po śmierci oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości nieba.

To końcowe oczyszczenie wybranych, które jest czymś całkowicie innym, niż kara potępionych, Kościół nazywa czyśćcem. Naukę wiary dotyczącą czyśćca sformułował Kościół przede wszystkim na Soborze Florenckim i na Soborze Trydenckim. Tradycja Kościoła, opierając się na niektórych tekstach Pisma świętego, na przykład 1 Kor 3,15; 1 P 1,7, mówi o ogniu oczyszczającym:
"Co do pewnych win lekkich trzeba wierzyć, że jeszcze przed sądem istnieje ogień oczyszczający, według słów Tego, który jest prawdą. Powiedział On, że jeśli ktoś wypowie bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu, nie zostanie mu to odpuszczone ani w tym życiu, ani w przyszłym" (Mt 12,32). Można z tego wnioskować, że niektóre winy mogą być odpuszczone w tym życiu, a niektóre z nich w życiu przyszłym (Św. Grzegorz Wielki, Dialogi, 4, 39).

Nauczanie to opiera się także na praktyce modlitwy za zmarłych, o której mówi już Pismo święte: "Dlatego właśnie (Juda Machabeusz) sprawił, że złożono ofiarę przebłagalną za zabitych, aby zostali uwolnieni od grzechu" (2 Mch 12,45). Kościół od początku czcił pamięć zmarłych i ofiarował im pomoce, a w szczególności Ofiarę eucharystyczną (Por. Sobór Lyoński II: DS 856), by po oczyszczeniu mogli dojść do uszczęśliwiającej wizji Boga. Kościół zaleca także jałmużnę, odpusty i dzieła pokutne za zmarłych:"Nieśmy im pomoc i pamiętajmy o nich. Jeśli synowie Hioba zostali oczyszczeni przez ofiarę ich ojca, dlaczego mielibyśmy wątpić, że nasze ofiary za zmarłych przynoszą im jakąś pociechę? Nie wahajmy się nieść pomocy tym, którzy odeszli, i ofiarujmy za nich nasze modlitwy" (Św. Jan Chryzostom, Homiliae in primam ad Corinthios, 41, 5: PG 61, 594-595. Por. Hi 1, 5).

Niebo

Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem oraz są doskonale oczyszczeni, żyją na zawsze z Chrystusem. Są na zawsze podobni do Boga, ponieważ widzą Go "takim, jakim jest" (1 J 3,2), twarzą w twarz (Por. 1 Kor 13,12; Ap 22,4):
"Powagą apostolską orzekamy, że według powszechnego rozporządzenia Bożego dusze wszystkich świętych... i innych wiernych zmarłych po przyjęciu chrztu świętego, jeśli w chwili śmierci nie miały nic do odpokutowania... albo jeśliby wówczas miały w sobie coś do oczyszczenia, lecz doznały oczyszczenia po śmierci... jeszcze przed odzyskaniem swoich ciał i przed Sądem Ostatecznym, od chwili Wniebowstąpienia Zbawiciela, naszego Pana Jezusa Chrystusa, były, są i będą w niebie, w Królestwie i w raju niebieskim z Chrystusem, dołączone do wspólnoty aniołów i świętych. Po męce i śmierci Pana Jezusa Chrystusa oglądały i oglądają Istotę Bożą widzeniem intuicyjnym, a także twarzą w twarz, bez pośrednictwa żadnego stworzenia" (Benedykt XII, konst. Benedictus Deus: DS 1000; por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).

To doskonałe życie z Trójcą Świętą, ta komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi, jest nazywane "niebem". Niebo jest celem ostatecznym i spełnieniem najgłębszych dążeń człowieka, stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia.

Żyć w niebie oznacza "być z Chrystusem" (Por. J 14,3; Flp 1,23; 1 Tes 4,17). Wybrani żyją "w Nim", ale zachowują i – co więcej – odnajdują tam swoją prawdziwą tożsamość, swoje własne imię (Por. Ap 2,17):
"Żyć, to być z Chrystusem; tam gdzie jest Chrystus, tam jest życie i Królestwo" (Św. Ambroży, Expositio Evangelii secundum Lucam, 10, 121: PL 15, 1834 A).

Jezus "otworzył" nam niebo przez swoją Śmierć i swoje Zmartwychwstanie. Życie błogosławionych polega na posiadaniu w pełni owoców odkupienia dokonanego przez Chrystusa, który włącza do swej niebieskiej chwały tych, którzy uwierzyli w Niego i pozostali wierni Jego woli. Niebo jest szczęśliwą wspólnotą tych wszystkich, którzy są doskonale zjednoczeni z Chrystusem.

Tajemnica szczęśliwej komunii z Bogiem i tymi wszystkimi, którzy są w Chrystusie, przekracza wszelkie możliwości naszego zrozumienia i wyobrażenia. Pismo święte mówi o niej w obrazach: życie, światło, pokój, uczta weselna, wino królestwa, dom Ojca, niebieskie Jeruzalem, raj: "To, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2,9).

Z powodu swej transcendencji Bóg nie może być widziany takim, jaki jest, dopóki On sam nie ukaże swojej tajemnicy dla bezpośredniej kontemplacji ze strony człowieka i nie uzdolni go do niej. Kontemplacja Boga w chwale niebieskiej jest nazywana przez Kościół "wizją uszczęśliwiającą":
"To będzie twoją chwałą i szczęściem: być dopuszczonym do widzenia Boga, mieć zaszczyt uczestniczenia w radościach zbawienia i wiekuistej światłości w towarzystwie Chrystusa Pana, twego Boga... Cieszyć się w Królestwie niebieskim razem ze sprawiedliwymi i przyjaciółmi Boga radością osiągniętej nieśmiertelności" (Św. Cyprian, Epistulae 56, 10, 1: PL 4, 357 B).
Święci w chwale nieba nadal wypełniają z radością wolę Bożą w odniesieniu do innych ludzi i do całego stworzenia. Już królują z Chrystusem; z Nim "będą królować na wieki wieków" (Ap 22,5).

Sąd szczegółowy

Śmierć kończy życie człowieka jako czas otwarty na przyjęcie lub odrzucenie łaski Bożej ukazanej w Chrystusie (Por. 2 Tm 1,9-10). Nowy Testament mówi o sądzie przede wszystkim w perspektywie ostatecznego spotkania z Chrystusem w Jego drugim przyjściu, ale także wielokrotnie potwierdza, że zaraz po śmierci każdego nastąpi zapłata stosownie do jego czynów i wiary. Przypowieść o ubogim Łazarzu (Por. Łk 16,22) i słowa Chrystusa wypowiedziane na krzyżu do dobrego łotra (Por. Łk 23,43), a także inne teksty Nowego Testamentu (Por. 2 Kor 5,8; Flp 1,23; Hbr 9,27; 12,23) mówią o ostatecznym przeznaczeniu duszy (Por. Mt 16,26), które może być odmienne dla różnych ludzi.

Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa i albo dokonuje się przez oczyszczenie (Por. Sobór Lyoński II: DS 857-858; Sobór Florencki II: DS 1304-1306; Sobór Trydencki: DS 1820), albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba (Por. Benedykt XII, konst. Benedictus Deus: DS 1000-1001; Jan XXII, bulla Ne super his: DS 990), albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki (Por. Benedykt XII, konst. Benedictus Deus: DS 1002).
Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni z miłości (Św. Jan od Krzyża, Sentencje, 64).

Życie wieczne

Chrześcijanin, który łączy własną śmierć ze śmiercią Jezusa, widzi śmierć jako przyjście do Niego i jako wejście do życia wiecznego. Gdy Kościół po raz ostatni wypowiedział nad umierającym chrześcijaninem słowa przebaczenia i rozgrzeszenia Chrystusa, gdy naznaczył go po raz ostatni umacniającym namaszczeniem i w Wiatyku dał mu Chrystusa jako pokarm na drogę, mówi do niego ze spokojną pewnością:

Duszo chrześcijańska, zejdź z tego świata w imię Boga Ojca wszechmogącego, który cię stworzył; w imię Jezusa Chrystusa, Syna Boga żywego, który za ciebie cierpiał; w imię Ducha Świętego, który na ciebie zstąpił. Obyś dzisiaj spoczęła w pokoju i zamieszkała na świętym Syjonie z Najświętszą Boga Rodzicielką, Maryją Dziewicą, ze świętym Józefem i wszystkimi Aniołami i Świętymi Bożymi... Polecam Cię wszechmogącemu Bogu i oddaję twojemu Stwórcy, abyś powrócił do Tego, który Cię ukształtował z mułu ziemi. Gdy opuścisz to życie, niech na twoje spotkanie wyjdzie Najświętsza Maryja Panna, Aniołowie i wszyscy Święci... Obyś widział twarzą w twarz swojego Odkupiciela...

Czemu służy poświęcanie przedmiotów?

Poza sprawowaniem sakramentów świętych Kościół wypełnia także inne celebracje liturgiczne, które nie są sakramentami. Celebracjami takimi są na przykład takie nabożeństwa jak droga krzyżowa, Gorzkie Żale, adoracje itd. Przez te celebracje wspólnoty wierzących wielbią Boga oraz wypraszają dla siebie i dla świata Boże błogosławieństwo.


► KKK 1667: Święta Matka Kościół ustanowił sakramentalia. Są to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła. Przygotowują one ludzi do przyjęcia głównego skutku sakramentów i uświęcają różne okoliczności życia.

► KKK 1668: Sakramentalia zostały ustanowione przez Kościół dla uświęcenia pewnych posług w Kościele, pewnych stanów życia, najrozmaitszych okoliczności życia chrześcijańskiego, a także użytkowania rzeczy potrzebnych człowiekowi. Według decyzji duszpasterskich biskupów sakramentalia mogą dotyczyć potrzeb, kultury i historii ludu chrześcijańskiego określonego regionu i epoki. Zawierają one zawsze modlitwę, której często towarzyszy jakiś określony znak, jak włożenie ręki, znak krzyża, pokropienie wodą święconą (znak przypominający chrzest).

► KKK 1669: Sakramentalia wynikają z kapłaństwa chrzcielnego; każdy ochrzczonyjest powołany do tego, by być "błogosławieństwem" i by błogosławić.Dlatego świeccy mogą przewodniczyć pewnym błogosławieństwom. Im bardziej jakieś błogosławieństwo dotyczy życia eklezjalnego i sakramentalnego, tym bardziej jego udzielanie jest zastrzeżone dla wyświęconych do posługi (biskupów, prezbiterów lub diakonów).

► KKK 1670: Sakramentalia nie udzielają łaski Ducha Świętego na sposób sakramentów, lecz przez modlitwę Kościoła uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. Prawie każde wydarzenie życia odpowiednio usposobionych wiernych zostaje uświęcone przez łaskę wypływającą z Paschalnego Misterium Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa, z którego czerpią swoją moc wszystkie sakramenty i sakramentalia; w ten sposób niemal każde godziwe użycie rzeczy materialnych może zostać skierowane do uświęcenia człowieka i uwielbienia Boga.

► KKK 1671: Wśród sakramentaliów znajdują się najpierw błogosławieństwa (osób, posiłków, przedmiotów, miejsc). Każde błogosławieństwo jest uwielbieniem Boga i modlitwą o Jego dary. W Chrystusie chrześcijanie są błogosławieni przez Boga Ojca "wszelkim błogosławieństwem duchowym" (Ef 1, 3). Dlatego Kościół udziela błogosławieństwa, wzywają imienia Jezusa i czyniąc zazwyczaj święty znak krzyża Chrystusa.

► KKK 1672: Niektóre błogosławieństwa mają charakter trwały; ich skutkiem jest poświęcenie pewnych osób Bogu oraz zastrzeżenie pewnych przedmiotów i miejsc do użytku liturgicznego. Wśród błogosławieństw osób - których nie należy mylić ze święceniami sakramentalnymi - znajduje się błogosławieństwo opata lub ksieni klasztoru, konsekracja dziewic, obrzęd profesji zakonnej i błogosławieństwo dla pełnienia pewnych posług w Kościele (lektorów, akolitów, katechetów itp.). Jako przykład błogosławieństwa dotyczącego przedmiotów można wymienić poświęcenie kościoła lub ołtarza, błogosławieństwo świętych olejów, naczyń i szat liturgicznych, dzwonów itp.

► KKK 1673: Gdy Kościół publicznie i na mocy swojej władzy prosi w imię Jezusa Chrystusa, by jakaś osoba lub przedmiot były strzeżone od napaści Złego i wolne od jego panowania, mówimy o egzorcyzmach. Praktykował je Jezus, a Kościół od Niego przyjmuje władzę i obowiązek wypowiadania egzorcyzmów. W prostej formie egzorcyzmy występują podczas celebracji chrztu. Egzorcyzmy uroczyste, nazywane "wielkimi", mogą być wypowiadane tylko przez prezbitera i za zezwoleniem biskupa. Egzorcyzmy należy traktować bardzo roztropnie, przestrzegając ściśle ustalonych przez Kościół norm. Egzorcyzmy mają na celu wypędzenie złych duchów lub uwolnienie od ich demonicznego wpływu, mocą duchowej władzy, jaką Jezus powierzył Kościołowi. Czymś zupełnie innym jest choroba, zwłaszcza psychiczna, której leczenie wymaga wiedzy medycznej. Przed podjęciem egzorcyzmów należy więc upewnić się, że istotnie chodzi o obecność Złego, a nie o chorobę.

► KKK 1674: Poza liturgią sakramentów i sakramentaliów katecheza powinna brać pod uwagę formy pobożności wiernych i religijności ludowej. Zmysł religijny ludu chrześcijańskiego zawsze znajdował wyraz w różnorodnych formach pobożności, które otaczały życie sakramentalne Kościoła. Są to: cześć oddawana relikwiom, nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, drogakrzyżowa, tańce religijne, różaniec, medaliki itp.

► KKK 1675:Te formy pobożności są kontynuacją życia liturgicznego Kościoła, ale go nie zastępują: Należy (je) tak uporządkować, aby zgadzały się z liturgią, z niej poniekąd wypływały i do niej wiernych prowadziły, ponieważ ona ze swej natury znacznie je przewyższa.

► KKK 1676: Konieczne jest rozeznanie duszpasterskie, by podtrzymywać i wspierać religijność ludową, a w razie potrzeby oczyszczać i pogłębiać zmysł religijny, z którego wyrastają te formy pobożności, oraz kierować je do głębszego poznawania misterium Chrystusa. Praktykowanie tych form pobożności podlega trosce i osądowi biskupów oraz ogólnym normom Kościoła.
Religijność ludowa w swej istocie jest zbiorem wartości odpowiadających w duchu mądrości chrześcijańskiej na podstawowe pytania egzystencjalne. Zdrowy katolicki zmysł ludu odznacza się zdolnością tworzenia syntezy egzystencjalnej. W ten sposób dochodzi do twórczego połączenia elementu Boskiego i ludzkiego, Chrystusa i Maryi, ducha i ciała, wspólnoty i instytucji, osoby i społeczności, wiary i ojczyzny, rozumu i uczucia. Mądrość ta jest rodzajem humanizmu chrześcijańskiego, który podkreśla z mocą godność każdej osoby jako dziecka Bożego, odbudowuje podstawowe braterstwo, uczy spotkania z naturą i zrozumienia, czym jest praca, daje motywacje życia w radości i pogodzie ducha, nawet wśród trudów życia. Mądrość ta jest dla ludu podstawą rozeznania, ewangelicznym instynktem, który pozwala spontanicznie ocenić, kiedy Ewangelia zajmuje w Kościele pierwsze miejsce, a kiedy zanika jej treść i zagłuszają ją inne sprawy.

► KKK 1680: Wszystkie sakramenty, a zwłaszcza sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego, miały na celu ostatnią Paschę dziecka Bożego, która przez śmierć wprowadza je do życia w Królestwie niebieskim. Wówczas spełnia się to, co wyznajemy w wierze i nadziei: "Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie.

► KKK 1681: Chrześcijański sens śmierci ukazuje się w świetle Misterium Paschalnego Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa, w którym złożyliśmy naszą jedyną nadzieję. Chrześcijanin, który umiera w Chrystusie Jezusie, opuszcza to ciało i staje w obliczu Pana.

► KKK 1682: Dzień śmierci jest dla chrześcijanina, po zakończeniu jego życia sakramentalnego, dopełnieniem nowych narodzin rozpoczętych na chrzcie; jest ostatecznym "upodobnieniem" go do "obrazu Syna", którego udziela namaszczenie Duchem Świętym; jest uczestnictwem w Uczcie Królestwa, zapoczątkowanej w Eucharystii, nawet jeśli zachodziłaby jeszcze potrzeba ostatecznego oczyszczenia, by móc przywdziać szatę godową.

► KKK 1683: Kościół, który jak matka nosił sakramentalnie w swoim łonie chrześcijanina podczas jego ziemskiej pielgrzymki, towarzyszy mu na końcu jego drogi, by oddać go "w ręce Ojca". Ofiaruje on Ojcu, w Chrystusie, dziecko Jego łaski i w nadziei składa w ziemi zasiew ciała, którezmartwychwstanie w chwale. Ofiarowanie to dokonuje się w pełni w czasie celebracji Ofiary eucharystycznej. Błogosławieństwa, które ją poprzedzają i po niej następują, są sakramentaliami.

► KKK 1684: Pogrzeb chrześcijański nie udziela zmarłemu ani sakramentu, ani sakramentaliów; zmarły znajduje się już poza porządkiem ekonomii sakramentalnej. Pogrzeb jest jednak obrzędem liturgicznym Kościoła. Posługa Kościoła powinna jasno wyrażać rzeczywistą łączność ze zmarłym, a także ożywiać uczestnictwo zgromadzonej wspólnoty w obrzędach i głosić jej życie wieczne.

► KKK 1685: Różne obrzędy pogrzebu wyrażają paschalny charakter śmierci chrześcijańskiej oraz odpowiadają sytuacjom i tradycjom każdego regionu; dotyczy to także koloru liturgicznego.

► KKK 1686: Obrzędy pogrzebu (Ordo Exsequiarum) liturgii rzymskiej proponują trzy formy pogrzebu, odpowiadające trzem miejscom ich sprawowania (dom, kościół i cmentarz). Bierze się również pod uwagę, co dla rodziny ma szczególne znaczenie, jakie są zwyczaje lokalne, czego wymaga kultura i pobożność ludowa. Przebieg celebracji jest wspólny wszystkim tradycjom liturgicznym i zawiera cztery główne momenty:

► KKK 1687: Pozdrowienie wspólnoty. Obrzęd pogrzebu rozpoczyna się pozdrowieniem w duchu wiary. Do bliskich zmarłego kieruje się słowo "pocieszenia" (w rozumieniu Nowego Testamentu jest to moc Ducha Świętego w nadziei. Wspólnota zebrana na modlitwie oczekuje także "słów życia wiecznego". Śmierć jednego z jej członków (lub jej rocznica, siódmy lub czterdziesty dzień po niej) jest okazją, którą powinno się wykorzystać na zwrócenie uwagi na to, co przekracza perspektywy "tego świata", i na doprowadzenie wiernych do prawdziwych perspektyw wiary w Chrystusa Zmartwychwstałego.

► KKK 1688: Liturgia słowa. Liturgia słowa w czasie pogrzebu wymaga tym bardziej szczególnego przygotowania, że w zebranej wspólnocie mogą znajdować się wierni, którzy rzadko uczestniczą w liturgii, oraz przyjaciele zmarłego nie będący chrześcijanami. Zwłaszcza homilia powinna unikać rodzaju literackiego pochwalnej mowy pogrzebowej oraz ukazywać misterium śmierci chrześcijańskiej w świetle Chrystusa Zmartwychwstałego.

► KKK 1689: Ofiara eucharystyczna. Gdy celebracja ma miejsce w kościele, Eucharystia stanowi centrum paschalnej rzeczywistości śmierci chrześcijańskiej. Wtedy właśnie Kościół wyraża swoją skuteczną jedność ze zmarłym, ofiarując Ojcu, w Duchu Świętym, ofiarę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Prosi on wówczas, by jego dziecko zostało oczyszczone z grzechów oraz ich skutków i zostało przyjęte do paschalnej pełni Uczty w Królestwie niebieskim. Przez celebrację Eucharystii wspólnota wiernych, a szczególnie rodzina zmarłego uczy się żyć w łączności z tym, który "zasnął w Panu", przyjmując Ciało Chrystusa, którego zmarły nadal jest żywym członkiem, modląc się za niego i z nim.

Zmartwychwstali z Chrystusem

Jeśli jest prawdą, że Chrystus wskrzesi nas "w dniu ostatecznym", to jest także prawdą, że w pewien sposób już jesteśmy wskrzeszeni z Chrystusem. Istotnie, dzięki Duchowi Świętemu życie chrześcijańskie jest uczestniczeniem w Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa już na ziemi:
"Razem z Nim pogrzebani w chrzcie... razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił... Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga (Kol 2,12; 3,1).

Wierzący, zjednoczeni przez chrzest z Chrystusem, uczestniczą już w sposób rzeczywisty w niebieskim życiu Chrystusa Zmartwychwstałego (Por. Flp 3,20), ale to życie pozostaje "ukryte z Chrystusem w Bogu" (Kol 3,3). "Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich – w Chrystusie Jezusie" (Ef 2,6). Karmieni Jego Ciałem w Eucharystii, należymy już do Ciała Chrystusa. Gdy zmartwychwstaniemy w dniu ostatecznym, "razem z Nim ukażemy się w chwale" (Kol 3,4).

W oczekiwaniu na ten dzień ciało i dusza wierzącego uczestniczy już w godności "należenia do Chrystusa". Wynika z tego konieczność szacunku dla własnego ciała, a także dla ciała drugiego człowieka, szczególnie gdy cierpi:"Ciało... jest... dla Pana, a Pan dla ciała. Bóg zaś i Pana wskrzesił, i nas również swą mocą wskrzesi z martwych. Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa?... Nie należycie do samych siebie... Chwalcie więc Boga w waszym ciele" (1 Kor 6,13-15. 19-20).

Jak zmartwychwstaną zmarli?

Co to znaczy zmartwychwstać? W śmierci, będącej "rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu", podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem, chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem. Bóg w swojej wszechmocy przywróci ostatecznie naszym ciałom niezniszczalne życie, jednocząc je z naszymi duszami mocą Zmartwychwstania Jezusa.

Kto zmartwychwstanie? Wszyscy ludzie, którzy umarli: "Ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny na zmartwychwstanie potępienia" (J 5,29).

W jaki sposób? Chrystus zmartwychwstał w swoim własnym ciele: "Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem" (Łk 24,39); nie powrócił On jednak do życia ziemskiego. Tak samo w Nim "wszyscy zmartwychwstaną we własnych ciałach, które mają teraz" (Sobór Laterański IV: DS 801), ale to ciało będzie przekształcone w "chwalebne ciało" (Flp 3,21), w "ciało duchowe" (1 Kor 15,44).

Lecz powie ktoś: A jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wcześniej nie obumrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem... Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne... Trzeba, ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność (1 Kor 15,35-37.42.53).

To "w jaki sposób" przekracza naszą wyobraźnię i nasze rozumienie; jest dostępne tylko w wierze. Udział w Eucharystii daje nam już zadatek przemienienia naszego ciała przez Chrystusa:
"Podobnie jak ziemski chleb dzięki wezwaniu Boga nie jest już zwykłym chlebem, ale Eucharystią, a składa się z dwóch elementów, ziemskiego i niebieskiego, tak również my, przyjmując Eucharystię, wyzbywamy się zniszczalności, ponieważ mamy nadzieję zmartwychwstania" (Św. Ireneusz, Adversus haereses, IV, 18, 4-5).

Kiedy? W sposób definitywny "w dniu ostatecznym" (J 6,39-40.44.54; 11,24); "na końcu świata" (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 48). Istotnie, zmartwychwstanie zmarłych jest wewnętrznie złączone z powtórnym Przyjściem (Paruzją) Chrystusa:"Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi" (1 Tes 4,16).

Zmartwychwstanie Chrystusa i nasze zmartwychwstanie

Bóg stopniowo objawiał swojemu ludowi prawdę o zmartwychwstaniu umarłych. Nadzieja na cielesne zmartwychwstanie zmarłych pojawia się jako wewnętrzna konsekwencja wiary w Boga, Stwórcę całego człowieka, z duszą i ciałem. Stwórca nieba i ziemi jest także Tym, który zachowuje wiernie swoje przymierze z Abrahamem i jego potomstwem. W tej podwójnej perspektywie zacznie wyrażać się wiara w zmartwychwstanie. Męczennicy machabejscy wyznają w godzinie próby: "Król świata... nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego" (2 Mch 7,9). "Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, w Bogu pokładać nadzieję, że znów przez Niego będziemy wskrzeszeni" (2 Mch 7,14).

Faryzeusze i wielu współczesnych Pana mieli nadzieję na zmartwychwstanie. Jezus stale o nim nauczał. Saduceuszom, którzy nie przyjmowali zmartwychwstania, odpowiada: "Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej?" (Mk 12,24). Wiara w zmartwychwstanie opiera się na wierze w Boga, który nie jest "Bogiem umarłych, lecz żywych" (Mk 12,27).

Co więcej, Jezus łączy wiarę w zmartwychwstanie ze swoją Osobą: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem" (J 11,25). To Jezus jest Tym, który w ostatnim dniu wskrzesi tych, którzy będą wierzyć w Niego (Por. J 5,24-25; 6,40) i którzy będą spożywać Jego Ciało i pić Jego Krew (Por. J 6,54). Już teraz daje tego znak i zadatek, przywracając do życia niektórych zmarłych (Por. Mk 5,21-42; Łk 7,11-17; J 11), zapowiadając w ten sposób własne zmartwychwstanie, które jednak nastąpi w innym porządku. Jezus mówi o tym wyjątkowym wydarzeniu jako o "znaku proroka Jonasza" (Mt 12,39) i znaku Świątyni (Por. J 2,19-22); zapowiada swoje zmartwychwstanie trzeciego dnia po wydaniu Go na śmierć (Por. Mk 10,34).

Być świadkiem Chrystusa – to znaczy być "świadkiem Jego zmartwychwstania" (Dz 1,22) (Por. Dz 4,33), "z Nim jeść i pić po Jego zmartwychwstaniu" (Dz 10,41). Chrześcijańska nadzieja na zmartwychwstanie jest cała naznaczona doświadczeniem spotkań z Chrystusem Zmartwychwstałym. My zmartwychwstaniemy jak On, z Nim i przez Niego.
Od początku chrześcijańska wiara w zmartwychwstanie spotykała się z niezrozumieniem i oporami (Por. Dz 17,32; 1 Kor 15,12-13). "W żadnym punkcie wiara chrześcijańska nie spotyka więcej sprzeciwu niż w stosunku do zmartwychwstania ciała" (Św. Augustyn, Enarratio in Psalmos). Bardzo powszechnie jest przyjmowane przekonanie, że po śmierci życie osoby ludzkiej trwa w sposób duchowy. Ale jak wierzyć, że to ciało, którego śmiertelność jest tak oczywista, mogłoby zmartwychwstać do życia wiecznego?

Wierzę w ciała zmartwychwstanie

Credo chrześcijańskie – wyznanie wiary w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz w Jego stwórcze, zbawcze i uświęcające działanie – osiąga punkt kulminacyjny w głoszeniu zmartwychwstania umarłych na końcu czasów oraz życia wiecznego. Wierzymy mocno i mamy nadzieję, że jak Chrystus prawdziwie zmartwychwstał i żyje na zawsze, tak również sprawiedliwi po śmierci będą żyć na zawsze z Chrystusem Zmartwychwstałym i że On wskrzesi ich w dniu ostatecznym (Por. J 6,39-40). Nasze zmartwychwstanie, podobnie jak zmartwychwstanie Chrystusa, będzie dziełem Trójcy Świętej: "Jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha" (Rz 8,11).

Pojęcie "ciało" oznacza człowieka w jego kondycji poddanej słabości i śmiertelności (Por. Rdz 6,3; Ps 56,5; Iz 40,6). "Zmartwychwstanie ciała" oznacza, że po śmierci będzie żyła nie tylko dusza nieśmiertelna, ale że na nowo otrzymają życie także nasze "śmiertelne ciała" (Rz 8,11).

Wiara w zmartwychwstanie zmarłych była od początku istotnym elementem wiary chrześcijańskiej. Fiducia christianorum resurrectio mortuorum; illam credentes, sumus – "Zmartwychwstanie umarłych jest ufnością chrześcijan; ta wiara nas ożywia" (Tertulian, De resurrectione carnis, 1,1).
"Dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara... Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli" (1 Kor 15,12-14.20).

Kościół - Tradycja - sukcesja

(...) Nie jest to (sukcesja) zwykłe materialne następstwo; to raczej historyczne narzędzie, którym posługuje się Duch, by uczynić obecnym Pana Jezusa, Głowę swego ludu, poprzez tych, którzy zostali wyświęceni do posługi poprzez nałożenie rąk i modlitwę biskupów.

Drodzy bracia i siostry.

Podczas ostatnich dwóch audiencji zastanawialiśmy się, czym jest Tradycja w Kościele i widzieliśmy, że jest ona stałą obecnością słowa i życia Jezusa w swoim ludzie. Jednakże słowo, aby było obecne, potrzebuje osoby, świadka. I tak rodzi się owa wzajemność: z jednej strony słowo potrzebuje osoby, z drugiej zaś osoba, świadek, związany jest ze słowem, które zostało mu powierzone, a nie wymyślone przez niego. Ta wzajemność między treścią - słowem Bożym, życiem Pana - a osobą, która jest jej nosicielem, jest charakterystyczna dla struktury Kościoła, i dzisiaj pragniemy rozważyć ten osobowy aspekt Kościoła. Jak widzieliśmy Pan dał mu początek powołując Dwunastu, którzy reprezentowali przyszłość Ludu Bożego. Dochowując wierności zadaniu otrzymanemu przez Pana, najpierw, po Jego Wniebowstąpieniu, Dwunastu uzupełnia swą liczbę, wybierając Macieja na miejsce Judasza (por. Dz 1, 15-26), następnie przyjmują stopniowo innych do powierzonych im funkcji, aby kontynuowali ich posługę. Sam Zmartwychwstały powołuje Pawła (por. Gal 1, 1), lecz Paweł, chociaż powołany na Apostoła przez Pana, porównuje swą Ewangelię z Ewangelią Dwunastu (por. Tamże 1, 18), postanawia przekazać to, co otrzymał (por. 1 Kor 11, 23; 15, 3-4), a w podziale zadań misyjnych przyłączony zostaje do Apostołów, wraz z innymi, na przykład z Barnabą (por. Ga 2, 9).

Tak jak na początku stanu apostolskiego było powołanie i zaproszenie ze strony Zmartwychwstałego, tak późniejsze powołania i zaproszenia skierowane do innych nastąpiły na mocy Ducha Świętego za sprawą tych, którzy ustanowieni już byli do posługi apostolskiej. Oto droga, na której kontynuowana będzie ta posługa, która poczynając od drugiego pokolenia nazywana będzie posługa biskupią, "episcopé".

Należałoby zapewne wyjaśnić pokrótce, co oznacza biskup. Słowo to pochodzi od greckiego "epíscopos". Wskazuje ona na tego, kto widzi z wysoka, kogoś, kto patrzy sercem. Tak sam święty Piotr, w swoim pierwszym liście, nazywa Pana Jezusa "Pasterzem i Stróżem dusz waszych" (2,25). A zgodnie z tym wzorem Pana, który jest pierwszym biskupem, stróżem i pasterzem dusz, następcy Apostołów nazwali się biskupami, "epíscopoi". Im została powierzona rola "episcopé". Tak określona rola biskupa przejdzie stopniową ewolucję w stosunku do początków, aż do przyjęcia formy - poświadczonej wyraźnie przez Ignacego Antiocheńskiego na początku II wieku (por. Ad Magnesios, 6,1: PG 5,668) - trojakiego urzędu biskupa, prezbitera i diakona. Rozwój ten nastąpił pod kierunkiem Ducha Świętego, który towarzyszy Kościołowi w rozpoznawaniu autentycznych form sukcesji apostolskiej, coraz lepiej zdefiniowanej pośród wielości doświadczeń oraz form charyzmatycznych i służebnych, obecnych w pierwotnych wspólnotach. I tak sukcesja w roli biskupiej jawi się jako kontynuacja posługi apostolskiej, gwarancją wytrwania w Tradycji apostolskiej, słowie i życiu, powierzonych nam przez Pana.

Więź między kolegium biskupów a pierwotną wspólnotą Apostołów rozumiana jest nade wszystko jako kontynuacja historyczna. Jak widzieliśmy, do Dwunastu przyłączony został najpierw Maciej, potem Paweł, potem Barnaba, potem inni, aż do ukształtowania się, w drugim i trzecim pokoleniu, posługi biskupiej. Tak więc wyrazem tej kontynuacji jest ten historyczny łańcuch. Na kontynuacji sukcesji zaś zasadza się gwarancja zachowania się we wspólnocie kościelnej Kolegium apostolskiego, które Chrystus zgromadził wokół siebie. Jednakże tę kontynuację, którą widzimy najpierw w kontynuacji historycznej kapłanów, należy rozumieć także w sensie duchowym, albowiem sukcesja apostolska posługi, rozumiana jest jako wybrane miejsce działania i przekazywania Ducha Świętego. Wyraźne echo tego przeświadczenia znajdujemy na przykład w następującym tekście św. Ireneusza z Lyonu (druga połowa II w.): "Tradycja Apostołów, występująca na całym świecie, ukazuje się w każdym Kościele tym wszystkim, którzy chcą ujrzeć prawdę i możemy wyliczyć biskupów, ustanowionych przez Apostołów w Kościołach oraz ich następców aż do naszych czasów. Apostołowie chcieli bowiem, aby byli całkowicie doskonali i nieskazitelni we wszystkim, których pozostawiali jako swoich następców, przekazując im własne posłannictwo nauczania. Gdyby właściwie to zrozumieli, wyciągnęliby z tego wielką korzyść; gdyby natomiast nie podołali, wyrządziliby tym ogromną szkodę" (Adversus haereses, III, 3,1: PG 7,848). Dalej Ireneusz, wskazując tu na tę sieć sukcesji apostolskiej jako na gwarancję wytrwania w słowie Pańskim, skupia się na owym Kościele "przeogromnym i prastarym, i wszystkim znanym, który został założony i ustanowiony w Rzymie przez przechwalebnych apostołów Piotra i Pawła", uwypuklając Tradycję wiary, która dociera do nas w nim od Apostołów poprzez sukcesję biskupów. W ten sposób, dla Ireneusza i dla Kościoła powszechnego, sukcesja biskupia Kościoła Rzymu staje się znakiem, kryterium i gwarancją nieprzerwanego przekazywania wiary apostolskiej: "Z tym Kościołem, z racji jego najznakomitszego pochodzenia (propter potiorem principalitatem), musi zgadzać się każdy Kościół, to jest wierni, którzy przybywają ze wszystkich stron, gdyż w nim zachowana została na zawsze tradycja pochodząca od Apostołów..."(Adversus haereses, III, 3, 2: PG 7,848). Sukcesja apostolska - zweryfikowana na podstawie jedności z Kościołem Rzymu - stanowi wszędzie kryterium zachowania przez poszczególne Kościoły Tradycji wspólnej wiary apostolskiej, która tym kanałem mogła dotrzeć od początku aż do nas: "W tym porządku i w tej sukcesji dotarła do nas tradycja, która je w Kościele poczynając od Apostołów oraz przepowiadanie prawdy. I to jest najpełniejszy dowód, że jedna i ta sama jest ożywiająca wiara Apostołów, która została zachowana i przekazana w prawdzie" (tamże., III, 3, 3: PG 7,851). Zgodnie z tymi świadectwami dawnego Kościoła, apostolski charakter jedności Kościoła polega na wierności nauczaniu i praktyce Apostołów, poprzez których zagwarantowana została historyczna i duchowa więź Kościoła z Chrystusem.
Sukcesja apostolska posługi biskupiej to droga, która gwarantuje wierne przekazywanie apostolskiego świadectwa. To, co reprezentują Apostołowie w relacji między Panem Jezusem i Kościołem pierwszych wieków, analogicznie reprezentuje sukcesja posługi w relacji między Kościołem pierwszych wieków i Kościołem obecnym. Nie jest to zwykłe materialne następstwo; to raczej historyczne narzędzie, którym posługuje się Duch, by uczynić obecnym Pana Jezusa, Głowę swego ludu, poprzez tych, którzy zostali wyświęceni do posługi poprzez nałożenie rąk i modlitwę biskupów. Dzięki sukcesji apostolskiej jesteśmy pewni obecności w Kościele Chrystusa, który do nas przychodzi. On sam przemawia w słowach Ewangelii, przekazywanej nam przez następców Apostołów, posługuje się ich dłońmi, by udzielać się nam w sakramentach, dostrzega nas, powołuje i w geście przyjaźni przygarnia do swego serca. Także dzisiaj, jak na początku, sam Chrystus jest prawdziwym pasterzem i stróżem naszych dusz, za którym podążamy z wielką ufnością, wdzięcznością i radością. 

Andrzejkowe wróżby to grzech

Mamy dzisiaj do czynienia w wielkim przemysłem promującym magię i okultyzm - uważa ks. dr Andrzej Wołpiuk, konsultant ds. sekt i ruchów religijnych w diecezji bielsko-żywieckiej.
Jego zdaniem, nie ma bezpiecznych "zabaw" z magią, czarami i okultyzmem, modnymi i popularnymi nie tylko wśród ludzi młodych.

Ks. dr Wołpiuk, który był gościem Radia Plus Radom odniósł się do nierzadkich opinii, że magia jest czymś dobrym. - Poprzez popularne ostatnio zabawki wśród dzieci, czy różnego rodzaju amulety, przyzwyczaja się najmłodszych do magii i oswaja z czymś, co może być niebezpieczne i może prowadzić do poważnych problemów duchowych. Zdaniem eksperta, obecnie tak wielu ludzi interesuje się okultyzmem i ezoteryzmem, gdyż stoi za tym przemysł promujący magię. Podkreślił, że obecne czasy cechuje postępujące zamiłowanie do neopogaństwa a podczas różnych spotkań i konsultacji na temat problemów duchowych pojawia się zagadnienie dotyczące zawładnięcia, bądź ataku złego ducha.

Zdaniem duchownego, „człowiek, który nie wierzy w Boga, wierzy we wszystko”. Pytany o to jak podchodzić do magii i wróżb oraz czy katolik może brać udział we wróżbach andrzejkowych ks. dr Wołpiuk przypomniał, że według Katechizmu Kościoła Katolickiego - nie. - Zajmowanie się magią, horoskopami, wróżbami jest grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Tu nie ma rozróżnienia na zabawę i profesjonalne zajmowanie się tym - mówił ks. dr Wołpiuk.

Zdaniem konsultanta ds. sekt trzeba umieć mądrze i roztropnie odrzucić nie tylko to, co jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i z wymogami wiary, ale także wszystko to, co może przynieść jej szkodę, może prowadzić do grzechu, co jest ułudą i iluzją szczęścia, za którą trzeba zapłacić ogromną cenę – w tym własnego zagubienia i duchowego zniewolenia.
Ks. dr Wołpiuk jest kapłanem diecezji bielsko-żywieckiej, duszpasterzem młodzieży, autorem książki pt. „Przyczyny i motywy przynależności do sekt i nowych ruchów religijnych”. Od 2003 r. jest konsultantem ds. sekt i ruchów religijnych z diecezji bielsko-żywieckiej.

Neutralność nijakości

Spośród ludzi religijnych szczególną gorliwością wyróżniają się niewierzący.

Niedawno minister Boni wezwał Kościół, aby przeciwstawił się „mowie nienawiści i wszelkim objawom nietolerancji”. Zawiera się w tym apelu wyraźna sugestia, że Kościół ma z tym szczególne problemy. W „cywilizowanych krajach” – czyż jest bardziej cywilizowany kraj niż Szwajcaria? – już sobie z takimi problemami poradzili. Tam już nie ma miejsca na taką „nietolerancję”. Przekonali się o tym uczniowie i dyrektorka wraz z nauczycielką rybnickiego liceum urszulanek w Rybniku. W ramach projektu Comenius zostali zaproszeni do Genewy. 12 listopada przywitano ich w tamtejszej szkole partnerskiej. W planie był udział gości w dwóch lekcjach. Przedtem jednak pani zajmująca się Comeniusem oprowadziła ich po szkole. W pewnym momencie przewodniczka wzięła siostrę dyrektor Zuzannę Filipczak na bok. – Jest mi bardzo przykro, ale u nas jest takie prawo, że nie wolno manifestować swojej wiary za pomocą zewnętrznych znaków – powiedziała. Chodziło o urszulański habit i krzyżyk. Siostra, skonsternowana, wycofała się ze szkoły i poszła do hotelu.

Gdy wróciła na obiad, czekał na nią dyrektor szkoły, który chciał pewne sprawy „wyjaśnić”. Poinformował, że w prawie szwajcarskim, a szczególnie genewskim, bardzo restrykcyjnie podchodzi się do kwestii manifestowania religijności w szkole. Jest mu więc bardzo przykro, ale zakonnica nie będzie mogła iść na lekcje. Nie będzie też mogła uczestniczyć następnego dnia w warsztatach na temat… praw człowieka, bo nie można tam wypowiadać się, używając argumentacji religijnej. – Słuchałam tego z szeroko otwartymi oczami – opowiada siostra dyrektor. – Mówię temu panu: „Ja byłam rok temu w Turcji i tam byłam nastawiona na tego typu sytuacje, tymczasem nic mnie takiego nie spotkało. Przeciwnie, tam różnorodność, przynajmniej ze względu na to, że byliśmy gośćmi, była uszanowana. Mogliśmy dzielić się różnicami swojej wiary i nikt nikomu nie zaszkodził” – dodaje.

Następnego dnia przyjechała do Genewy grupa pięciu uczennic i dwóch nauczycielek z partnerskiej szkoły w Anglii. Tak się złożyło, że wszystkie uczennice i jedna nauczycielka były muzułmankami – i zjawiły się w odpowiednim do swoich przekonań stroju, z chustami na głowach. Wszystkie bez przeszkód weszły do szkoły i wzięły udział w zajęciach. Jak relacjonowali polscy uczniowie, w czasie warsztatów jedna z urszulańskich dziewczyn powiedziała: „my jesteśmy szkołą katolicką”. Na to pani zaczęła machać rękami, sygnalizując, żeby nie rozwijać tego tematu. Gdy natomiast nasi zgłosili zastrzeżenia przy temacie adopcji dzieci przez pary homoseksualne, wybuchła burza. Bo to przecież prawo człowieka (szczegóły tej skandalicznej sprawy na stronie gosc.pl). Szwajcaria od dawna jest krajem neutralnym politycznie. Teraz, jak widać, kroczy w awangardzie neutralności światopoglądowej. Bogaty kraj, zorganizowany, wygodny. Nie ma z kim walczyć, nie ma się z kim ścierać i zmagać. Nie trzeba w nic wierzyć i niczemu się poświęcać. Żyć, nie umierać. Tylko po co?

Żyło, to zabili

Kanadyjski odpowiednik polskiego GUS opublikował informacje, z których wynika, że w latach 2000–2009 aborcję przeżyło tam 491 dzieci. Zmarły już po urodzeniu, choćby dlatego, że zostawiono je bez pomocy. Nawet w Kanadzie jest to zabójstwo, jednak – jak pokazuje praktyka – nie jest ścigane. Swoją drogą to ciekawostka: gdy dziecko zginie w łonie matki, wówczas nie jest człowiekiem, gdy jednak znajdzie się żywe poza łonem matki, wówczas człowiekiem jest. To już nawet naziści byli logiczniejsi – zabijali z powodu pochodzenia, a nie z powodu miejsca pobytu.

Pseudowierni

Młodzi Francuzi często przyjmują islam – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. Christophe Roucou, odpowiedzialny we francuskim episkopacie za relacje z islamem. Zdaniem księdza dzieje się tak, bo właśnie młodzież najczęściej spotyka się z muzułmańskimi rówieśnikami. Okazuje się wówczas, że w rozmowie z muzułmanami młodzi nie potrafią przyznać się do swego chrześcijaństwa, są pełni kompleksów i nie są w stanie uzasadniać swoich przekonań. Nie jest to szczególnie dziwne. Przeciwnie – byłoby zdumiewające, gdyby tacy młodzi Francuzi umieli bronić swoich przekonań, w sytuacji gdy żadnych przekonań nie mają.

Teoria sPiSku
W ramach uzasadniania zagrożenia, jakie ponoć wisi nad polskimi władzami, dokopano się do wpisu internetowego działacza PiS Artura Nicponia. Otóż miał on „zastanawiać się” nad zastrzeleniem premiera. A oto ów fragment: „Czy można w Polsce zrobić referendum na projektem zastrzelenia Tuska i zbierać pod takim projektem podpisy? Żeby zastrzelenie go jak psa było legalne. Kumasz, jeśli można majstrować przy dzieciach w fazie prenatalnej i można sobie głosować, czy je zabić, czy nie, to czy tak samo można z Tuskiem?”. Może adresat wpisu kumał, ale wyznawcy tezy o próbach zamachu na Tuska nie kumają.

Franciszek Kucharczak

Po drugiej stronie

Co nas czeka po śmierci? Czy w ogóle coś nas czeka? Te pytania nurtują ludzi od zawsze. Odpowiedzi dotyczące „dalekiej” przyszłości rozstrzygają o tym, czym właściwie jest życie: bezsensownym dryfowaniem donikąd albo wędrówką do Ojczyzny.

Zmartwychwstanie, życie wieczne, niebo, piekło, czyściec, Sąd Ostateczny. Co to wszystko znaczy? Wierzący mają z tym kłopot. Jedna z Czytelniczek napisała do „Gościa”: „W Credo wyznajemy, iż wierzymy w »ciała zmartwychwstanie«. W Piśmie Świętym nie znalazłam żadnej wzmianki o zmartwychwstaniu ciał. Owszem, nieśmiertelność dusz nie może podlegać kontestacji, ale na jakiej podstawie mamy wierzyć w zmartwychwstanie ciał?”.

Badania religijności Polaków pokazują, że prawda o naszym zmartwychwstaniu na końcu czasów jest powszechnie odrzucana bądź niezrozumiana przez wierzących. Kłopoty z wiarą w zmartwychwstanie nie są wcale czymś nowym. Św. Pawła wyśmiano na ateńskim Areopagu, kiedy zaczął mówić o zmartwychwstaniu (Dz 17,32). W Katechizmie czytamy: „Od początku chrześcijańska wiara w zmartwychwstanie spotykała się z niezrozumieniem i oporami. »W żadnym punkcie wiara chrześcijańska nie spotyka więcej sprzeciwu niż w stosunku do zmartwychwstania ciała« (św. Augustyn). Bardzo powszechnie jest przyjmowane przekonanie, że po śmierci życie osoby ludzkiej trwa w sposób duchowy. Ale jak wierzyć, że to ciało, którego śmiertelność jest tak oczywista, mogłoby zmartwychwstać do życia wiecznego?” (KKK 996).

Zmartwychwstaniemy!

Mimo tych i innych wątpliwości nie wygasa zainteresowanie tym, co po śmierci. Wśród pytań do „Filarów wiary” najwięcej dotyczyło eschatologii. Przypomnijmy, że eschatologia to dziedzina teologii, która zajmuje się tzw. rzeczami ostatecznymi. Nie o rzeczy jednak chodzi, ale – jak zawsze w teologii – o Boga. On bowiem jest jedną jedyną „Rzeczą” ostateczną. Bóg jest przyszłością świata i moją osobiście. Nie liczmy na łatwe odpowiedzi na trudne pytania.
Poruszamy się po obszarach nadziei, a nie oczywistości. Wiara nie daje nam jakiegoś reporterskiego opisu zaświatów. Oczywiście człowiek domaga się konkretu. Doświadczenie wieków uczy jednak, że zbyt bujna wyobraźnia w tej dziedzinie bywa niebezpieczna. Trzeba powstrzymać nadmierną ciekawość i zaufać Bożym obietnicom. Wiara nie wyjaśnia do końca, a tylko (aż!) rozjaśnia przyszłość. Zapala światło w ciemności.
Podstawą naszej nadziei na życie po śmierci jest zmartwychwstanie Chrystusa. To jest absolutny fundament, na którym wznosi się cała konstrukcja chrześcijańskiej eschatologii. Kiedy słyszymy o życiu pozagrobowym, myślimy raczej o nieśmiertelności duszy niż o zmartwychwstaniu. To przestawienie akcentów zostało niestety utrwalone w świadomości wierzących. Owszem, zdanie: „dusza ludzka jest nieśmiertelna” należy do prawd wiary. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że nieśmiertelność nie jest czymś naturalnym, czymś, co człowiek ma jakby sam z siebie.

Życie bez końca zawdzięczamy całkowicie i wyłącznie Bogu, który zna człowieka, kocha go i nie chce, aby zginął. Stwórcy nie chodzi wyłącznie o ludzką duszę, ale o ocalenie całego człowieka. Przez śmierć dusza zostaje wprawdzie oddzielona od ciała połączy się jednak z nim na nowo, i to już na zawsze, w dniu zmartwychwstania umarłych. „Jak Chrystus zmartwychwstał i żyje na zawsze, tak wszyscy zmartwychwstaniemy w dniu ostatecznym” (KKK 1016). Biblia powtarza tę Bożą obietnicę wielokrotnie. Przytoczmy jedno z charakterystycznych zdań św. Pawła: „Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie” (Rz 6,5).

Czy ja też umrę?

Śmierć jest kresem ziemskiego życia. Na ogół wydaje się nam, że dotyczy innych, nie nas samych. A jednak śmierć jest obecna pośrodku ludzkiego życia przez swoich „posłańców”: krew w moczu, ukłucie w piersi, wysokie ciśnienie, chwile ciemności i niepowodzeń itd. Pamięć o śmiertelności pełni rolę mobilizującą. Ziemskie życie ma swój kres, a więc każda chwila jest cenna. Są sprawy, których nie można odkładać, które mają charakter nieodwołalny i nieodwracalny. Wiara mówi, że śmierć nie jest pomysłem Boga, ale jest konsekwencją grzechu. Jest więc czymś złym.
Śmierć została jednak definitywnie przemieniona przez Chrystusa, dlatego że On sam, jako Bóg i Człowiek, jej doświadczył, przyjął ją z miłości do nas. „Posłuszeństwo Jezusa przemieniło przekleństwo śmierci w błogosławieństwo” (KKK 1009). Odtąd z krzyża Chrystusa bije światło na godzinę mojej śmierci. Krzyż mówi: Człowieku, nie jesteś sam w mrocznej chwili swojej śmierci, jest z Tobą Chrystus, jeśli tylko nie odtrącisz Go od siebie, On Cię bezpiecznie przeprowadzi na drugą stronę! Chrześcijańską wizję śmierci trafnie wyraża liturgia: „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie” (Mszał Rzymski). Chrześcijańska tradycja zaprasza do modlitwy o dobrą godzinę śmierci. W każdym „Zdrowaś” prosimy Maryję, by modliła się za nami w godzinie naszej śmierci.

Niebo, czyściec, piekło


O Sądzie Ostatecznym była już mowa przy „Filarze nr 8” – „Przyjdzie sądzić żywych i umarłych”. W tym miejscu zwróćmy uwagę na rozróżnienie między tzw. sądem szczegółowym i Sądem Ostatecznym. Ten pierwszy ma miejsce zaraz po śmierci. Życie człowieka zostaje w momencie śmierci odniesione do Chrystusa. Człowiek widzi siebie w całej prawdzie. Jest to w pewnym sensie samo-sąd.

Wieczny los jest bowiem owocem życia, które człowiek prowadził. Czeka nas albo czyściec, albo niebo, albo piekło. Sąd Ostateczny będzie miał miejsce w dniu powtórnego przyjścia Jezusa, po zmartwychwstania umarłych. Będzie on potwierdzeniem i ujawnieniem wobec wszystkich ludzi prawdy o każdym z nas: o dobru i złu, o wszystkich konsekwencjach naszych wyborów, o naszym wiecznym losie (więcej: patrz Skrzynka pytań).

Przyjrzyjmy się teraz trzem możliwym stanom człowieka po śmierci.

Niebo, piekło, czyściec wyobrażamy sobie na ogół jako miejsca. Wtedy zwykle ponosi nas fantazja. Sedno leży w tym, co się dzieje z relacjami (więzami) człowieka z Bogiem i z innymi. Spróbujmy po kolei.

Czym jest NIEBO? Spotkaniem z Bogiem (Ojcem, Synem i Duchem Świętym) oraz ze wspólnotą zbawionych. Biblia mówiąc o niebie, posługuje się różnymi obrazami – symbolami szczęścia. Nie da się tych metafor przetłumaczyć. Możemy ich tyko wiernie strzec, broniąc przed rozpłynięciem się w języku pojęć pozbawionych tajemnicy.
Biblia porównuje niebo np. do uczty weselnej, przygotowanej przez Boga: najlepsze wina, najlepsze mięsa, zaspokojony głód. Szczęście płynące z miłości, z bycia razem i dla siebie nawzajem, ze spotkania z bliskimi po wielu latach rozłąki. Ojcowie Kościoła snuli obraz barwnego korowodu zbawionych, któremu przewodzi Wodzirej – Chrystus. Niektórzy zachęcają, by z dobrych chwil przeżytych na ziemi budować obraz szczęśliwej wieczności. „Musi tam być jak tutaj, tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości.

Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, całą niepojęta, niepojętą mnogość widzialnych rzeczy” (C. Miłosz). Niebo oznacza życie spełnione, gęste, bezpieczne, trwałe. Takie, któremu nuda nie grozi. Trzeba jednak zachować pewną powściągliwość. Nasze pomysły na szczęście bywają złudne, a niektóre nawet grzeszne. Ile razy przekonywaliśmy się o tym, że to, co miało dać nam szczęście, było iluzją, oszustwem lub przelotną emocją. Może więc lepiej po prostu zaufać Bogu. On wie lepiej od nas, co dla nas najlepsze. Są rzeczy, o których się nie śniło filozofom. Nam także nie.

Czym jest CZYŚCIEC? To stan przygotowujący na niebo – stan duchowy, a nie jakieś miejsce w zaświatach. To proces uzdrowienia ludzkiego serca, uzdolnienia go do przeżywania nieba. Istotne są tutaj dwie prawdy. Po pierwsze oczyszczenie człowieka jest dziełem Bożego miłosierdzia. Człowiek w Bożym świetle uświadamia sobie, że nie jest jeszcze gotowy na niebo i dlatego potrzebuje kuracji. Człowiek w czyśćcu przypomina chorego, który wie, że będzie zdrowy, ale musi jeszcze przejść bolesny zabieg.

Cierpienia czyśćcowe porównywane są do ognia. Ten ogień to miłość Boga, to żar Boskiego Serca tęskniącego za człowiekiem. Ten płomień wypala resztki starego człowieka, aż dusza zapłonie piękną, pełną miłością. Druga prawda dotycząca czyśćca mówi o solidarności pomiędzy żyjącymi i umarłymi. Modlitwa żyjących pomaga duszom czyśćcowym w dochodzeniu do pełnej świętości. Kościół to głosi i praktykuje, ofiarowując Msze św.i modlitwy osobiste.

Czym jest PIEKŁO? Jest stanem wiecznego oddzielenia od Boga. Ewangelia przestrzega przed możliwością ostatecznego samowykluczenia człowieka z jedności z Bogiem i świętymi. Bóg nie może zmusić do miłości. Dar wspólnoty z Bogiem można przyjąć tylko w wolności. Taka jest natura tego daru. Słowa o piekle wypowiadane przez Jezusa są przede wszystkim ostrzeżeniem, by nie lekceważyć danego nam czasu. Są wezwaniem do nawrócenia i odpowiedzialności. Każdy ludzki wybór między dobrem i złem przynosi określone konsekwencje – czyni człowieka lepszym lub gorszym, prowadzi w stronę nieba lub piekła.
Kościół nie ogłosił nikogo potępionym. To znak, że nie wolno myśleć o innych jako o wtrąconych do piekła. Wolno i trzeba przed nim ostrzegać, zaczynając zawsze od siebie. Kościół błaga o miłosierdzie Boga, który nie chce „niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9). Fatimska modlitwa jest bardzo wymowna: „Jezu, odpuść nam nasze grzechy, broń od ognia piekielnego, zaprowadź do nieba wszystkie dusze i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia!”.

Grzech bez szans

Słowa o „odpuszczeniu grzechów” pojawiają się w wyznaniu wiary tuż po słowach o Duchu Świętym i Kościele. To nie przypadek.

Zmartwychwstały Chrystus mówi do Apostołów: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,22–23). To jest sedno. Chrystus pojednał świat z Bogiem przez krzyż i zmartwychwstanie. Raz na zawsze. Ale tego pojednania potrzebuje osobiście każdy z nas, grzesznych. Dlatego Duch Święty „rozdziela” przebaczenie grzechów między poszczególnych ludzi. Czyni to przez pośrednictwo Kościoła: przez Słowo Dobrej Nowiny, przez sakramenty, przez posługę kapłanów.

Kiedy mowa o przebaczeniu grzechów, myślimy od razu o sakramencie pokuty. A to nie całkiem tak. Przytoczone słowa z Ewangelii św. Jana odnoszą się w pierwszym rzędzie do chrztu! To „chrzest jest pierwszym i podstawowym sakramentem przebaczenia grzechów”, jak czytamy w katechizmie (KKK 985). W Credo (nicejsko-konstantynopolitańskim) powtarzamy co niedziela: „wyznaję jeden CHRZEST na odpuszczenie grzechów”. Sakrament pokuty jest w istocie odzyskaniem utraconej chrzcielnej łaski, jest powrotem do czystości serca obmytego wodami chrztu.

Druga deska ratunku

Aby wyjaśnić sprawę, trzeba wrócić na chwilę do historii Kościoła. W Nowym Testamencie czytamy, że chrzest powinien łączyć się z radykalną zmianą życia. Od kandydata do chrztu wymagano dwóch rzeczy: nawrócenia oraz wyznania wiary. W dzień zesłania Ducha Świętego św. Piotr skończył swoją mowę wezwaniem: „Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie waszych grzechów” (Dz 2,38). Chrzest był więc przypieczętowaniem decyzji zerwania z grzechem i woli rozpoczęcia nowego życia z Chrystusem w Kościele.

Pamiętać należy, że chrztu udzielano wtedy ludziom dorosłym. Wymóg zerwania z grzesznym stylem życia przed przyjęciem chrztu traktowano bardzo poważnie. Podczas katechumenatu, czyli okresu przygotowania do chrztu, kandydaci mieli obowiązek nie tylko poznać prawdy wiary. Był to dla nich czas intensywnej pokuty, w którym mieli odnowić się moralnie, zerwać z grzechem i uporządkować swoje życie zgodnie z wymogami Ewangelii. Kościół pierwszych wieków uczył, że po chrzcie człowiek nie powinien już popełnić grzechu ciężkiego, czyli takiego, który by zrywał więź z Chrystusem.

Życie pokazało, że takie podejście było zbyt radykalne. Wielu ochrzczonych upadało. W tej sytuacji Kościół uznał, że możliwa jest pokuta po chrzcie celem odzyskanie łaski. Tak ukształtował się sakrament pokuty. Nazywano go „drugą deską ratunku, po rozbiciu, jakim jest utrata łaski”. Początkowo pokuta miała charakter publiczny i była bardzo surowa. Aż do VI wieku przeważał pogląd, że pokuta po chrzcie jest możliwa tylko raz. Posługiwano się tu analogią do chrztu, którego udziela się tylko raz. Około VII wieku mnisi iroszkoccy rozpowszechnili zwyczaj spowiedzi osobistej przed kapłanem. Ta praktyka ukształtowała drogę do regularnego i częstego przystępowania do sakramentu pokuty. Jest to zasadnicza forma pokuty, którą Kościół praktykuje do dziś. Na przemianę rozumienia sakramentu pokuty wpłynęło i to, że z biegiem czasu powszechnym zwyczajem stał się chrzest dzieci. Kto został ochrzczony jako dziecko, spotykał się z grzechem po raz pierwszy już tylko jako chrześcijanin. Dlatego praktycznie sakramentem nawrócenia stała się spowiedź.

Co z tego wynika dla nas?

Warto żyć na co dzień swoim chrztem. Ten pierwszy sakrament jest bowiem nie tylko początkiem bycia chrześcijaninem, ale również wezwaniem, by STAWAĆ SIĘ chrześcijaninem. Chrzest jest początkiem duchowej przygody, źródłem, wezwaniem do wyruszenia w drogę. Przyjęty chrzest stale wzywa człowieka do walki z pokusą, słabością, grzechem i zaprasza go do duchowego rozwoju. Ojcowie Kościoła nazywali pokutę „mozolnym chrztem”. Pięknie (i poprawnie teologicznie!) pisał też Marcin Luter: „Chrześcijańskie życie nie jest niczym innym jak codziennym chrztem raz rozpoczętym i ciągle trwającym”.

Oczywiście teologia chrztu jest o wiele bogatsza. Chodzi w tym miejscu tylko o przypomnienie, że jest to sakrament nawrócenia. Szansą dla ochrzczonych, którzy popadają w grzech, jest sakrament pokuty. To jest sakrament dla grzeszników w Kościele! Przede wszystkim dla tych, którzy popełnili grzech ciężki i w ten sposób utracili łaskę chrztu i osłabili całą wspólnotę Kościoła. Do autentycznego pojednania z Bogiem konieczne jest wpierw nawrócenie serca, pokuta wewnętrzna. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe.

Przez sakrament pokuty człowiek dostępuje pojednania z Bogiem i z całym Kościołem, a także z sobą samym. Przykazanie kościelne mówi, że trzeba spowiadać się przynajmniej raz w roku. Ten nakaz wynika z pewnego realizmu. Człowiek jest słaby, upada, wymaga wciąż łaski przebaczenia. Wiele osób praktykuje regularną spowiedź, nawet jeśli nie popełniły grzechu ciężkiego. To dobra droga. Byłoby jednak źle, gdyby spowiedź stała się rutyną praktykowaną dla uspokojenia sumienia, bez głębszego przejęcia się wezwaniem: „idź i nie grzesz więcej!”. Dniem pokutnym jest każdy piątek roku, zaś czasem pokutnym jest okres Wielkiego Postu. Liturgia tego czasu nawiązuje do sakramentu chrztu świętego.
Przebaczenie grzechów w Kościele to nie tylko chrzest i spowiedź. Są jeszcze inne drogi: Eucharystia, którą zaczynamy od aktu pokuty (moja wina!), namaszczenie chorych (kiedy chory nie potrafi się już wyspowiadać), osobisty codzienny rachunek sumienia połączony z żalem za grzechy, kierownictwo duchowe, wzajemne ludzkie przebaczanie. Oczywiście jeżeli człowiek popełni grzech ciężki, to zwyczajną drogą pojednania z Bogiem i Kościołem jest indywidualna spowiedź. Cały Kościół jest ze swej istoty miejscem przebaczenia – „przestrzenią”, w której spełnia się wciąż na nowo przypowieść o synu marnotrawnym: zagubieni wracają do domu, słyszą słowa rozgrzeszenia, odnajdują pokój w ramionach miłosiernego Ojca.

Dom i ojczyzna

Na Kościół trzeba patrzeć z wiarą. Tylko ona pozwala bowiem uchwycić, czym on właściwie jest i czym być powinien.

Słowo „Kościół” utraciło dziś sporo ze swego pierwotnego znaczenia. Kiedy słyszymy w mediach, że Kościół coś zrobił lub czegoś nie zrobił, albo coś uważa czy czemuś się sprzeciwia, to prawie zawsze ma się na myśli samych biskupów. W prasie, radiu, telewizji mówi się wciąż o Kościele tylko w kategoriach politycznych lub socjologicznych. Takie postrzeganie Kościoła staje się powszechne także wśród wierzących. Wielu katolików mówi o swoim Kościele z zimnym dystansem: „czego ten Kościół znowu od nas chce?”. Smutne to.
Na Kościół trzeba patrzeć z wiarą. Tylko ona pozwala bowiem uchwycić, czym on właściwie jest i czym być powinien. Wiara pozwala zobaczyć, że Kościół jest Bożym narzędziem, że żyje w nim zmartwychwstały Chrystus, że mimo ludzkiej nędzy działa w nim Duch Święty. Wyznajemy w Credo: wierzę w Kościół. To konsekwencja wyznania wiary w Chrystusa i Ducha Świętego. 
Zwołani przez Boga 

Greckie słowo Ekklesia (kościół) oznacza „zwołanie”. W Starym Testamencie słowo to oznaczało zgromadzenie ludu zwołanego przez Boga np. pod górą Synaj. Pierwsza wspólnota uczniów Chrystusa nazwała siebie „Kościołem”. Już tu kryje się podstawowa odpowiedź na pytanie, czym jest Kościół. Jest zgromadzeniem, wspólnotą zebraną przez Boga ze wszystkich krańców ziemi. Po co? Aby ludzie nie byli sierotami bez ojca, aby nie błąkali się w ciemności grzechu, ale tworzyli jedność z Bogiem i ze sobą nawzajem. Bóg przez Chrystusa chce dać nam zakorzenienie, utworzyć więzy, wyzwolić z egoistycznej narcystycznej samotności. Bóg nie chce zbawiać nas w samotności, ale we wspólnocie.
Pojęcie „Kościół” ma trzy zasadnicze sensy, które łączą się ze sobą. Oznacza: 1] zgromadzenie liturgiczne (zwłaszcza podczas Eucharystii), 2] wspólnotę lokalną (np. parafię), 3] całą powszechną wspólnotę wierzących.

Historię Kościoła można streścić tak: Bóg chciał go od zawsze; przygotowaniem do jego utworzenia było wybranie Izraela jako ludu Bożego; założył go Jezus Chrystus, przy czym nie da się wskazać jakiegoś jednego momentu „ogłoszenia” Kościoła. Chrystus tworzył Kościół całym swoim życiem, czynami i słowami, zaś przede wszystkim śmiercią i zmartwychwstaniem. Zesłanie Ducha Świętego było jak wlanie duszy do uformowanego ciała. Odtąd Kościół wędruje w historii po ludzkich drogach, aż dojdzie do swojego celu: wspólnoty zbawionych w niebie.

Nasze twarze nam pomagają

W Biblii spotykamy mnóstwo obrazów i symboli Kościoła, które mówią nieraz więcej niż uczone definicje: owczarnia, trzoda, pole uprawne, winnica, Boża budowla, rodzina, świątynia, miasto święte, oblubienica Chrystusa, Jeruzalem, nasza Matka. Najważniejsze biblijne określenia to: Lud Boży, Ciało Chrystusa, Świątynia Ducha Świętego. Każde z tych pojęć przybliża tajemnicę Kościoła, ukazuje nieco inny jej odcień. Wskazuje na obecność źródła – Boga w Trójcy. Ta sama miłość, która łączy Ojca, Syna i Ducha Świętego, pulsuje w Kościele, spaja go, oczyszcza, rozlewa się na świat.
Sobór Watykański II (1962–65) postawił pytanie: Kościele, co mówisz sam o sobie. Wypracował coś w rodzaju definicji: „Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. Wyjaśnijmy. Sakramenty (chrzest, bierzmowanie, Eucharystia itd.) to siedem widzialnych znaków, przez które człowiekowi udzielana jest niewidzialna łaska Boga. Tutaj jednak słowem „sakrament” określony jest Kościół jako całość. Wniosek: wszystko w Kościele ma wymiar sakramentalny, czyli to, co widzialne, prowadzi do tego, co niewidzialne. Od materii do ducha. W widzialnej rzeczywistości Kościoła (ludzie, struktury, sakramenty, hierarchia itd.) jest obecna i działa rzeczywistość duchowa, Boska, którą można dostrzec jedynie oczami wiary. Pisał przed wiekami św. Augustyn: „Nasze twarze wzajemnie sobie pomagają. Apostołom oglądany Chrystus pomagał uwierzyć w przyszły Kościół; nam pomaga oglądany Kościół, żebyśmy uwierzyli w zmartwychwstałego Chrystusa”.

Jeden, święty, powszechny, apostolski
Te cztery cechy bywają nazywane znamionami Kościoła. Opisują najważniejsze rysy Kościoła. Wierzymy, że Kościół jest jeden, święty, powszechny i apostolski nie sam z siebie, ale dzięki Chrystusowi. Co to właściwie oznacza?

JEDEN. Chodzi tu o jedność i jedyność Kościoła. W sensie najgłębszym Kościół jest jeden, bo jest jeden Bóg-Źródło, jeden Założyciel (Chrystus) i jedna „dusza” (Duch Święty). Od początku ten jeden Kościół ukazuje się w różnorodności narodów, kultur, w rozmaitości Bożych darów. To zróżnicowane bogactwo nie sprzeciwia się jedności Kościoła, która wyraża się przez: 1/ wyznanie jednej wiary, 2/ sprawowanie tego samego kultu (sakramenty), 3/ władzę sprawowaną przez następców Apostołów, czyli biskupów dbających o braterską jedność wspólnoty. Niestety, widzialny Kościół jest podzielony. Więzy jedności zostały naruszone, ale nie całkowicie zerwane. Konieczna jest modlitwa o jedność i działania ekumeniczne na rzecz pełnego zjednoczenia.

ŚWIĘTY. Kościół jest święty, ponieważ jest z Boga i dla Boga. Żyje w nim i działa Chrystus. Duch Święty prowadzi ludzi do świętości. Kościół jest dla grzeszników i tworzą go ludzie grzeszni, którym przebaczono, których wezwano do nawrócenia. Kościół zawsze potrzebuje oczyszczenia.

POWSZECHNY. Inaczej: katolicki (z gr. kat’holon – dotyczący całości). Chodzi tu o dwa aspekty: 1/ katolicki, czyli obejmujący całość wiary, posiadający pełnię środków zbawienia. 2/ powszechny, ponieważ jest posłany na cały świat (misyjność). W każdej lokalnej cząstce Kościoła (diecezja, parafia) żyje Kościół uniwersalny.

APOSTOLSKI. To słowo ma trzy znaczenia: 1/ Kościół jest oparty na „fundamencie Apostołów”, którym Chrystus przekazał swoją misję 2/ Kościół zachowuje i przekazuje (tradycja – od łac. tradere ozn. przekazywanie) naukę apostolską – depozyt wiary 3/ gwarancją wierności tego przekazu jest urząd apostolski. Sprawują go biskupi, następcy Apostołów, pod przewodnictwem papieża, następcy św. Piotra.

Żywe kamienie

Do Kościoła wchodzi się przez chrzest. Wszyscy ochrzczeni tworzą Kościół. Św. Piotr pisze: „Wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo…” (1 P 2,5). Ostatni sobór przypomniał tę prawdę o wspólnym kapłaństwie ochrzczonych.

Przez chrzest i bierzmowanie wszyscy mamy udział w potrójnym urzędzie (misji) Chrystusa: prorockim (głoszenie Ewangelii), kapłańskim (oddawanie Bogu chwały, modlitwa) i królewskim (władza duchowa = służba innym). To jest podstawa zasadniczej równości osób w Kościele i współodpowiedzialności za niego.

Z postanowienia Chrystusa w Kościele istnieją ludzie powołani do posługi duszpasterskiej: biskupi, prezbiterzy i diakoni. Przez sakrament święceń stają się oni szafarzami sakramentów i urzędowymi głosicielami Słowa Bożego. Św. Augustyn mówił swoim słuchaczom: „Dla was jestem biskupem, z wami chrześcijaninem.

Tamto jest imieniem przyjętego obowiązku, to zaś imieniem łaski...”. Hierarchia nie jest jakąś klasą panująca w Kościele, jest powołana do służby. Benedykt XVI zwraca uwagę, że słowo „hierarchia” nie powinno się tłumaczyć jako „święte panowanie”, ale przekład powinien brzmieć „święte źródło”. Istotą kapłaństwa jest bycie pośrednikiem między niebem a ziemią, zadaniem kapłanów jest budowanie więzi Kościoła z jego Panem, czyli źródłem.

Niektórzy duchowni i niektórzy świeccy decydują się na życie konsekrowane, czyli całkowite poświęcenie swojego życia Chrystusowi przez dobrowolne śluby tzw. rad ewangelicznych (czystości, ubóstwa, posłuszeństwa). Istnieje wiele form życia konsekrowanego (pustelnicy, dziewice, zakonnicy i zakonnice, instytuty świeckie).
Kościół jest wciąż w drodze. Wielokrotnie zawodził. Okazywał się słaby i grzeszny. Ale dzięki Bogu trwa. Upada, ale i oczyszcza się. Ludziom, którzy doświadczają niszczącej pustki, wykorzenienia, braku orientacji, Kościół oferuje duchowy dom, ojczyznę i nadzieję większą niż on sam. Bądźmy w Kościele zawsze u siebie. „Bogu nie są potrzebni pokorni i posłuszni niewolnicy, wiecznie drżący i egoistycznie zajęci sobą. Bogu potrzebni są synowie i córki, wolni i twórczy, miłujący i pełni odwagi” (Bierdiajew).

Miłosierdzie przez sprawiedliwość

Kiedy mówimy o sądzie przy końcu czasów, nasze myśli mkną w kierunku ludzkiego wymiaru sprawiedliwości: sędzia, adwokat, prokurator, materiały dowodowe, paragrafy... itd.

Od półtora roku mam z tym wszystkim wprost do czynienia jako asesor, czyli początkujący sędzia w sprawach cywilnych. Chodzi głównie o rozstrzyganie sporów. Konieczne jest dochodzenie do prawdy, ustalenie, kto ma rację, jaka jest odpowiedzialność stron. Niezbędna jest dbałość o to, by obie strony miały zagwarantowaną równą pozycję wobec sądu, by przestrzegano procedury.

Pokusą sędziego jest pójście na skróty, czyli jakieś uproszczenie, niezbadanie sprawy wystarczająco dokładnie. Pracując w wymiarze sprawiedliwości, nie czuję, że naruszam zasadę miłosierdzia. Jan Paweł II podkreślał, że miłosierdzie nie jest jakąś emocjonalną reakcją na ludzką nędzę, ale jest raczej postawą, która wcale nie unieważnia zasad sprawiedliwości.

Sprawiedliwość wiąże się z prawdą, miłosierdzie z miłością, a prawda i miłość potrzebują siebie nawzajem. Jeśli np. ktoś wziął kredyt, to powinien go spłacić. To wymóg odpowiedzialności za własne czyny. Miłosierdzie nie może tu oznaczać jakiejś amnestii z tego obowiązku. Oczywiście, że zadaniem sądu jest uwzględnienie wszystkich okoliczności danego czynu i sytuacji człowieka. Sprawiedliwość reguluje życie społeczne. Można powiedzieć, że miłosierdzie względem społeczności wyraża się właśnie w przestrzeganiu zasad sprawiedliwości.

A co do Sądu Ostatecznego? Porównywanie go z ludzkim wymiarem sprawiedliwości chyba nie jest do końca właściwe. Sercem Ewangelii jest prawda o Bogu miłosiernym. Spotkanie z Bogiem w wieczności będzie spotkaniem z całą prawdą o Nim i z prawdą o nas. Będzie spotkaniem z Jego miłosierdziem. To spotkanie będzie szczytem Bożej sprawiedliwości właśnie.

W tym świetle wydobyte zostaną wszelkie przejawy naszego miłosierdzia i autentycznej sprawiedliwości, w których tu, na ziemi, byliśmy podobni do Boga. W ogniu miłosierdzia oczyszczona zostanie słabość naszego życia. Czy ktoś odepchnie Boże miłosierdzie – tego nie wiemy. Nieprawdziwe jest zdanie, że Boże miłosierdzie kończy się wraz ze śmiercią człowieka. Miłosierdzie Jego jak On sam jest wieczne.
Przyzwyczajeni jesteśmy do mówienia o Sądzie Ostatecznym. Może trzeba nazywać ten moment raczej spotkaniem, aby nie strach w nas trwał, ale nadzieja.

... który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny

Jaka jest rola Maryi?
Tylko raz w Credo pojawia się Maryja: „narodził się z Maryi Dziewicy”.
Macierzyństwo Maryi, Jej wyjątkowy udział w tajemnicy Jezusa Chrystusa powoduje, że zajmuje Ona wyjątkowe miejsce w naszej wierze. Skoro Maryja wydała na świat Kogoś, kto jest zarazem Bogiem i człowiekiem, należy uznać w Niej zarówno Matkę Jezusa człowieka, jak i Matkę Chrystusa Boga, a więc należy się Jej tytuł „Bogarodzicy” („Bożej Rodzicielki”, „Matki Bożej”).

Takie stanowisko zajął sobór powszechny w Efezie (431 r.). Ten tytuł należy zawsze odnosić do Wcielenia. Nie oznacza on tego, że Bóg jako taki pochodzi od Maryi. Maryja byłaby ostatnią osobą, która chciałaby przesłaniać sobą Boga. Jest Ona wzorem wiary, całkowitego otwarcia na Boże działanie. Widać w Niej całe piękno ludzkiego życia formowanego przez Bożą miłość.

Kościół uznaje jeszcze trzy istotne prawdy (dogmaty) maryjne. Wszystkie one są konsekwencją Bożego macierzyństwa – wyjątkowej relacji między Matką i Synem: Maryja była zawsze dziewicą: przed poczęciem Jezusa, w Jego poczęciu z Ducha Świętego i w narodzeniu oraz po wydaniu Go na świat. Dziewicze macierzyństwo Maryi podkreśla wyjątkowość działania Boga we Wcieleniu. Jezus jako Syn Boży zawdzięcza swoje istnienie jedynie Ojcu w niebie.

Maryja cieszy się wyjątkowym przywilejem niepokalanego poczęcia. Oznacza to, że została Ona od chwili swojego poczęcia zachowana od skazy grzechu pierworodnego ze względu na Chrystusa. Bardzo często pojęcie „niepokalane poczęcie” jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa (patrz punkt wyżej!).
Maryja po zakończeniu ziemskiego życia została wzięta z ciałem i z duszą do nieba. Jako pierwsza po Chrystusie dostąpiła łaski pełni zbawienia.

Objawienia prywatne

Tłumy pielgrzymów z całego świata przybywają codziennie do miejsc najsłynniejszych objawień prywatnych. Każde doniesienie o kolejnych objawieniach wzbudza ogromne zainteresowanie mediów. Wielu wizjonerów szybko gromadzi wokół siebie wiernych wyznawców. Brzmi to niewiarygodnie, ale tylko w latach 1933-1989 naliczono w Kościele katolickim aż 366 objawień przypisywanych samej tylko Matce Bożej.

Objawienia prywatne zdarzały się już w średniowieczu. Najsławniejsze miały miejsce w XIX (La Salette, Lourdes) i na początku XX (Fatima) wieku. Każdy przypadek Kościół bada niezwykle wnikliwie. Czasem łatwo poznać, że "objawienie" jest wynikiem choroby psychicznej lub oszustwa. Wtedy decyzja zapada szybko. Ale nieraz żmudne dochodzenie trwa latami. Tymczasem kult w miejscach prawdziwych bądź fałszywych objawień rozwija się spontanicznie. Niektóre z odrzuconych przez Kościół objawień stają się początkiem założenia nowej sekty. Podobnie dzieje się również w innych religiach. Bo objawienia prywatne zdarzają się nie tylko katolikom.

Kościół katolicki nie nakazuje wiary w objawienia prywatne przez siebie uznane. Wiele innych Kościołów odrzuca wszystkie objawienia prywatne. Mimo to we wszystkich religiach wizjonerów zdaje się być coraz więcej. I coraz więcej gromadzą zwolenników. Dlatego postanowiliśmy pisać o objawieniach prywatnych, zarówno tych uznanych, jak i nie uznanych. Przedstawiamy ich przebieg, okoliczności historyczne, konsekwencje. Korzystając z opublikowanych badań i analiz teologicznych zastanawiamy się także nad wiarygodnością niektórych z nich. Ponieważ wśród wizjonerów najwięcej jest katolików, podzieliliśmy prywatne objawienia na katolickie i pozostałe, a wśród katolickich wyodrębniliśmy jeszcze dodatkowo uznane przez Kościół i nie uznane.

Objawienia w katolicyzmie

Uznane przez Kościół



Guadalupe :.
La Salette :.
Lourdes :.
Prostyń :.
Banneux :.
Fatima :.
Cudowny Medalik :.
Zeitoun :.
Beauraing :.
Licheń :.
Akita :.
Gietrzwałd :.
Kibeho :.
Knock :.
Paray-le-Monial :.
Pontmain :.
Tre Fontane :.
Heede :.
Soufanieh :.
Warszawa-Siekierki :.
Amsterdam :.

Nie uznane przez Kościół

Oława :.
Garabandal :.
Nowra :.
Chotyniec, Okonin, Wykrot :.
Bayside :.
Medjugorie :.
Maria Valtorta :.
Felicja Kozłowska :.
Tolkmicko :.
El Escorial :.
Okołowice :.
Naju :.
Montichiari i Fontanelle :.
Ghiaie di Bonate Sopra :.
Gabriele Bitterlich :.

Objawienia w innych wyznaniach religiach

Ahmedijja :.
Vassula Ryden :.Grigorij Rasputin :.

Interpretacja Pisma Świętego

Pismo święte jest nie tylko podobne do ludzkiej mowy, jest bowiem ludzką mową w najpełniejszym sensie, pozostając przez cały czas słowem Bożym.

Słowo Boga do ludzi

Fakt przemawiania Boga do ludzi pomaga nam zrozumieć przeprowadzona w artykule 19 Konstytucji O objawieniu Bożym paralela między dwoma wcieleniami Słowa Bożego: w ludzką mowę i w ludzkie ciało. Wiemy, że Syn Boży upodobnił się do ludzi we wszystkim z wyjątkiem grzechu (Hbr 4,15); podobnie też możemy stwierdzić, iż pisane słowo Boże jest pod każdym względem podobne do ludzkiej mowy, prócz tego, że nie może zawierać żadnego formalnego błędu. Możemy, a nawet musimy prowadzić dalej tę paralelę. Chrystus jest nie tylko podobny do ludzi; jest bowiem prawdziwie człowiekiem i prawdziwie Bogiem. Pismo święte jest nie tylko podobne do ludzkiej mowy, jest bowiem ludzką mową w najpełniejszym sensie, pozostając przez cały czas słowem Bożym.

Jest zatem sprawą największej wagi, aby ustalić dokładnie, jakie znaczenie miał na myśli natchniony pisarz. Podległy i tak ograniczeniom ludzkiego języka, będzie mówił o rzeczach z jednego tylko punktu widzenia. Warto też pamiętać, że nie wszystko, co autor pisze, jest twierdzeniem kategorycznym. Wyważona egzegeza jakiegoś wyjątku z Biblii ustali w każdym przypadku, jak dalece pisarz ręczy za swe idee, prawda zaś tego, o czym mówi, będzie się mieściła tylko i wyłącznie w tych granicach. Może on zaryzykować jakieś twierdzenie czy też wyrazić nawet wahanie oraz wątpliwości. Wypada nam respektować te zastrzeże nią, ponieważ Bóg, który przez niego przemawia, raczył je uznać. Możemy posunąć się jeszcze o krok i powiedzieć, że pisarz jest w stanie twierdzić coś, czego nie przedkłada jako faktu do wierzenia; innymi słowy, może posługiwać się fikcją. Pisarz natchniony może się posługiwać fikcją, ponieważ fikcja może być narzędziem objawienia Boskiej prawdy. Potwierdzają to przypowieści ewangeliczne; co więcej zaś, istnieją całe fikcyjne utwory w Starym Testamencie, na przykład księgi: Jonasza, Estery, Judyty. Jest oczywiste, że takie pisma należy oceniać zgodnie z intencją autorów, nie zaś według naszych z góry wyrobionych sądów. To jednak przywodzi nas do kwestii form literackich.


Formy literackie

Cała literatura jest ukształtowana z typów czy rodzajów, różniących się od siebie odrębną formą czy strukturą; są to formy literackie. Podstawowe rozróżnienie zachodzi między prozą a poezją; w praktyce jednak dana jednostka literacka nie jest po prostu „prozą” czy „poezją” jako taką, lecz jakimś szczególnym rodzajem jednego lub drugiego gatunku. Istnieje dużo okazji do wielkiej różnorodności i w różnych kulturach oraz różnych wiekach rozwinęły się różne formy. Rozmaitość form literackich, nawet w obrębie danej kultury, wynika z pragnienia, żeby nadać bardziej znaczący wyraz jakiemuś tematowi oraz uwydatnić różne aspekty prawdy. Pojedyncze wydarzenie może śmiało być tematem ujętym w rozmaite formy - na przykład w formę opowieści prozatorskiej, poematu epickiego, dramatu, traktatu filozoficznego; każda zaś forma będzie miała swą własną „prawdę”. „Prawda poezji nie jest identyczna z prawdą dramatu. Wszystkie te formy stanowią różne usiłowania wyrażenia prawdy; lecz ponieważ prawda jest szersza niż jakakolwiek pojedyncza forma, w swym konkretnym wyrazie — choć stanowi ujęcie tej samej rzeczywistości — jest często całkiem odmienna w jednej formie od tego, czym się wydaje w innej.” (J. L. McKenzie, Dictionary o/ the Bible)

Istnienie form literackich jest w praktyce jedną z tych rzeczy, które uznajemy za coś naturalnego. Niemniej jest to fakt, którego zastosowanie do Biblii - właśnie z powodu niedoceniania w pełni jej ludzkiego aspektu - było bardzo ograniczone. Obecnie sytuacja ta uległa wreszcie poprawie i przyjmuje się, że Pismo święte zawiera w istocie różnorodne formy. Pojmuje się zarazem, że form literackich nie można określić a priori; często musimy być dobrze świadomi literackich konwencji epoki, w której ukształtowało się jakieś pismo, zanim będziemy w stanie ustalić jego formę.

Jest rzeczą jasną, że natchnieni pisarze mogli stosować którąś z form literackich będących w użyciu u ich współczesnych, „dopóki nie stanęliby w sprzeczności z Bożą świętością i prawdą”. Niektórzy bibliści sądzili, że musi to wykluczać fikcję - osobliwy wniosek, jeśli się bierze pod uwagę przypowieści. Jedynie bardzo mało form literackich, przeszłych i teraźniejszych, można było z tego powodu wykluczyć, i nawet wtedy nastąpiłoby to chyba ze względu na treść, nie zaś na formę. Ktoś powiedział, że choć moglibyśmy bardzo dobrze wyobrazić sobie Boga budzącego natchnienie u takiego powieściopisarza jak Dostojewski, nie mogłoby się nam nigdy roić, że inspirowałby On powieść pornograficzną. Owszem, lecz uwaga ta nie jest całkiem stosowna, gdyż w obu przypadkach forma mogła być ta sama. Rzadko kiedy możemy rozstrzygnąć - w oderwaniu - co licuje lub nie licuje z Bogiem, gdyż łaskawość Boga sięga głębiej, niż o tym wiemy. Studiując słowo Boże dobrze jest mieć w pamięci surową rzeczywistość wcielenia oraz zgorszenie Krzyża.


Lud Słowa

Przekonaliśmy się, że nie możemy ignorować ludzkiego uwarunkowania słowa Bożego pod groźbą błędnej interpretacji Bożego posłannictwa. Znaczy to, po pierwsze, że powinniśmy się nauczyć rozpoznawać i właściwie oceniać formy literackie stosowane przez pisarzy biblijnych. Ale znaczy to także, iż dokonując poważniejszego posunięcia musimy dążyć do zrozumienia i docenienia semickiej genezy oraz semickiego ukształtowania i tła Biblii - wszystko to bowiem stanowi jej istotną część. Nie możemy mierzyć Pisma świętego naszą zachodnią miarą, lecz powinniśmy raczej próbować zrozumieć mentalność jego autorów. Wymaga to oczywiście pewnej reorientacji. Nasza zachodnia kultura ma swe źródło w Grecji oraz Rzymie, a grecka spuścizna (choć większość z nas jest jej nieświadoma) wywarła szczególny wpływ na nasz sposób myślenia. Używamy - całkiem spontanicznie - abstrakcyjnych pojęć i abstrakcyjnych terminów, lecz pisarze biblijni, i sam Chrystus, używali terminów i obrazów konkretnych. Uznajemy za naturalny nasz sposób myślenia, ale musimy sobie uprzytomnić, że umysł semicki pracuje inaczej, a co za tym idzie, że światopogląd i kultura semicka różnią się od naszych. Kilka przykładów pomoże nam wyjaśnić tę tezę.

Dla nas „poznać” znaczy uchwycić ideę, lecz dla Semity ma to dużo szerszy zakres znaczeniowy. „Poznanie” Boga w języku biblijnym nie jest zasadniczo spekulatywnym pojęciem o Bogu: zawiera ono akceptację wszystkiego, co On akceptuje, zawiera służbę Bogu, wymaga zaangażowania. Człowiek, który „zna” Boga, jest kimś, kto żyje w Jego obecności, kimś, czyja „znajomość” Boga stanowi regułę postępowania. W oczach Semity Bóg nie jest istotą abstrakcyjną, czystym duchem - jest bowiem Stwórcą, Sędzią, Ojcem. Nam sama idea „czystego ducha” coś przecież mówi; rozumiemy - przynajmniej mgliście - że Bóg jest niematerialny. Dla ludzi z Biblii wyrażenie to byłoby bezsensowne, po prostu dlatego, że nie znali oni naszego rozróżnienia (które jest całkowicie greckie) między duchem a materią.
Skłonni jesteśmy uważać Biblię za swego rodzaju podręcznik, w którym upatrujemy pewien zbiór doktryn, i czujemy się trochę nieswojo, ponieważ nauka nie jest zgrabnie ułożona w porządku logicznym. Tymczasem powinniśmy szukać żywego obrazu Boga, który działa, który wkracza w naszą historię i przemawia do naszych serc. Zrozumiemy wtedy, dlaczego Stary Testament może mówić o Bogu jako pasterzu swego ludu: „Ja sam będę pasł moje owce” (Ez 34,15) - słowa, które powtarzają się echem u Syna Bożego: „Ja jestem pasterz dobry” (J 10, 11.14). Uświadomimy sobie, jakim sposobem Bóg może być przedstawiony jako małżonek Izraela: „Bo małżonkiem ci jest twój Stworzyciel, któremu na imię - Jahwe Zastępów” (Iz 54,5) i jak w Nowym Testamencie Kościół jest oblubienicą Chrystusa (Ap 21,9). Skondensowaliśmy doktryny wiary i wyłożyliśmy je ścisłym, technicznym językiem - podczas gdy Jezus nauczał w przypowieściach. Czerpał On uderzające przykłady z życia codziennego i mówił językiem poezji.
Nie chcemy dyskredytować teologii systematycznej, lecz powinniśmy pamiętać, że nasza teologia jako system wyrosła później niż Pismo święte. Ma swe źródło w Biblii, zwłaszcza w Nowym Testamencie, lecz mówi innym językiem; przekłada bowiem frapujące, niekiedy śmiałe, obrazowe wyrażenia semickie na ścisłe, starannie ułożone formuły. Czyniąc to oddaje konieczną usługę, lecz nie powinniśmy się spodziewać, że tę samą naukową terminologię znajdziemy w Piśmie świętym, podobnie jak nie możemy uważać go za traktat teologiczny, mimo że uznajemy, iż wiele twierdzeń teologicznych jest w nim zawartych. Pozbywamy się całego smaku słowa Bożego, jeśli chcemy dopuścić do rozczłonkowania jego nauki na zgrabne, wyraźnie oznakowane szufladki. Krótko mówiąc, musimy dążyć do zrozumienia Biblii takiej, jaka ona jest, a nie próbować wtłoczyć ją w nasze kategorie myślowe.

Ta semicka formacja nie ogranicza się do Starego Testamentu, lecz obejmuje także Nowy Testament. Poza św. Łukaszem autorami Nowego Testamentu byli Żydzi; nawet i on zresztą nie jest właściwie wyjątkiem, gdyż jego pisma są przecież w charakterze zasadniczo semickie. Cechę tę mają zwłaszcza wszystkie cztery Ewangelie. Nie są bowiem pod żadnym względem spekulatywne, lecz okazują się zawsze żywe i konkretne. Czytamy w nich o człowieku, który jest Synem Bożym, który żył pośród nas, nauczał, cierpiał, zmarł i powstał z martwych. Należał do rasy żydowskiej i przyszedł głosić swą naukę Żydom w konkretnym języku kultury semickiej, która była ich oraz Jego kulturą. Tę właśnie kulturę, pogląd na świat oraz sposób wysławiania się musimy uwzględnić od pierwszej księgi Biblii do ostatniej. Jeśli będziemy nadal traktować ją jako dwudziestowieczny wytwór myśli europejskiej, zadamy jej niechybnie gwałt.

Gdy raz to uchwycimy, będziemy już ujmowali Biblię zgodnie z właściwymi zasadami. Jeśli tylko uświadomimy sobie, że mentalność pisarzy biblijnych różni się od naszej, możemy zacząć pojmować wiele aspektów Biblii, które dotąd wprawiały nas w zakłopotanie. Powinniśmy także pamiętać, iż ostatnią część Pisma świętego napisano niemal dwa tysiące lat temu, a najwcześniejsza jego część ukształtowała się jeszcze jakieś tysiąc lat przedtem. Jest to inny widoczny powód, dla którego Biblia może nastręczać trudności; jest ona wytworem swego własnego czasu i nie możemy oczekiwać, że zrozumiemy ją równie łatwo, jak byśmy zrozumieli utwór nowoczesny. Ponadto, zanim nawet będzie można zacząć ją czytać, trzeba ją przełożyć na języki nowożytne, ponieważ nieliczna tylko garstka może mieć należytą znajomość hebrajskiego i greki.

Tak to wszystko wygląda, lecz najbardziej chcielibyśmy podkreślić raz jeszcze podstawową prawdę, że Bóg przemówił do nas ludzkim językiem. Biblia jest nie tylko słowem Bożym, lecz także słowem ludzkim, i ludzki jej aspekt jest czymś, czego nie możemy ignorować. Nasz jedyny sposób poznania, co Bóg miał nam do powiedzenia w swym Piśmie świętym, to przede wszystkim poznanie, co chce oznajmić autor ludzki. Bóg posłużył się nim i pobudził go - mówiąc do ludzi przemawiał przez usta człowieka, którego w tym celu wybrał. I jedynie przysłuchując się uważnie temu ludzkiemu głosowi możemy uchwycić mowę samego Boga.


Biblia w Kościele

Dotąd zwracaliśmy uwagę na ludzki aspekt Biblii. Nigdy jednak nie straciliśmy z oczu jej Boskiego aspektu, gdyż podstawowy fakt natchnienia zakłada Boskie autorstwo Pisma świętego. Jest to moment, którego nie wolno przeoczyć, jeśli mamy zrozumieć Pismo święte. I choć egzegeta katolicki musi stosować metody racjonalnej interpretacji, musi także brać Biblię za to, czym ona rzeczywiście jest, za słowo Boże. „Egzegeta, który pomija ludzkiego autora i racjonalne metody postępowania, niezbędne do jego zrozumienia, naraża się na niebezpieczeństwo pozostania poza Pismem świętym, wprowadzając misterne i arbitralne interpretacje, niezgodne z wolą Boga. Ktoś, kto odrzuca Boskiego autora i środki niezbędne do jego ujęcia - wiarę oraz Kościół, skazuje się na to, że zbada jedynie powierzchowną warstwę świętej księgi, a nawet zada gwałt jej znaczeniu. Egzegeta, który uwzględnia obu autorów i zachowuje ścisłą hierarchię między wskazaniami wiary a wymaganiami rozumu, jest w stanie zgłębiać Pismo święte w sposób harmonijny i naprawdę wszechstronny. Opierając się na solidnym fundamencie naukowej i krytycznej egzegezy, biorąc pod uwagę każdą ludzką cechę księgi, będzie on w stanie stworzyć egzegezę teologiczną i duchową, która odsłoni intencje i nauki Boga z najpewniejszą gwarancją.” (P. Benoit, Prophecy and Inspiration) Ale dla osiągnięcia tego pożądanego rezultatu jest konieczne,aby uczony kierował się nie tylko swą wiedzą, nie tylko swą wiarą w Boskie pochodzenie Pisma świętego, lecz także wskazaniami nauczycielskiego urzędu Kościoła.

Kościół jest autentycznym interpretatorem Pisma świętego, lecz stwierdzenie to musi być właściwie rozumiane. Nie znaczy ono, że Kościół będzie się wypowiadał - autorytatywnie i kategorycznie - w sprawach krytyki oraz szczegółów historycznych, jeśli nie wiążą się one z kwestiami dogmatycznymi czy moralnymi, Kościół bowiem zajmuje się zagadnieniami wiary i moralności oraz sprawami bezpośrednio z nimi związanymi. W istocie rzeczy Kościół rzadko określał sens poszczególnych tekstów w sposób uroczysty i kategoryczny. Częściej interpretuje się jakiś tekst pośrednio, tj. przytaczając go jako zawierający określoną doktrynę lub też odrzucając interpretację, która implikuje formalny błąd w Piśmie świętym; ale w tych przypadkach należy wystrzegać się przesadnego akcentowania wagi danego tekstu. Nasza ocena roli urzędu nauczycielskiego znajduje wyjaśnienie w dyskusji, która doprowadziła do wyboru szczególnego wyrażenia w artykule 23 Konstytucji O objawieniu Bożym: „Pod nadzorem świętego Urzędu Nauczycielskiego” (,,sub vigilantia Sacri Magisterii”). W toku debat wprowadzono - by zastąpić uprzedni termin „sub duetu” - wyrażenie „vigilantia”, a wszystko to dla wyjaśnienia, że funkcja urzędu nauczycielskiego nie polega na prowadzeniu - postęp jest rzeczą wiedzy; urząd nauczycielski ma zasadniczo negatywną funkcję wytyczania granic i wyodrębniania terenów niedostępnych. 

Wynika z tego, że katolicki egzegeta nie jest - czy nie powinien być - krępowany przez nauczycielski urząd Kościoła. Tekst konstytucji posuwa się o wiele dalej głosząc, że trudy egzegetów pomogą w szybszym i pewniejszym wydawaniu przez Kościół orzeczeń w sprawach biblijnych. Prawdę tego stwierdzenia ilustrują dokumenty oficjalne. Tak więc „Divino afflante Spiritus”, uważana słusznie za Magna Carta biblistyki katolickiej, byłaby niemożliwa bez ofiarnej pracy pewnych światłych uczonych, prowadzonej od przełomu stulecia. Opublikowana w 1964 r. Instrukcja Papieskiej Komisji Biblijnej odzwierciedla - w sposób jeszcze bardziej uderzający - pozytywne osiągnięcia uczonych katolickich od 1943 r. (data ogłoszenia „Divino afflante Spiritus”). Najbardziej godna uwagi jest wszakże konsekwentna biblijna orientacja i zabarwienie dekretów i konstytucji Vaticanum II. Urząd nauczycielski Kościoła wyznał w ten sposób swą wdzięczność wobec biblistów i innych teologów, którzy mają ścisły związek z odrodzeniem studiów biblijnych. Hierarchii przypada w rzeczy samej rola kierowania Kościołem, lecz biskupi, indywidualnie i kolektywnie - jak wykazał dramatycznie Sobór Watykański II - muszą być poinformowani o wynikach badań biblijnych, jeśli ich kierująca dłoń ma służyć pomocą. Poza tym Duch - jak wiatr - tchnie tam, gdzie chce. Można słusznie oczekiwać, że ci, którzy studiują natchnione pisma z oddaniem, pokorą i w służbie Kościoła, mogą się z pełnym zaufaniem spodziewać, iż dostąpią jakiejś miary oświecenia ze strony Ducha, wnosząc w ten sposób pewien wkład do właściwej Kościołowi wciąż rosnącej świadomości oraz zdolności rozumienia słowa Bożego. 

H E R M E N E U T Y K A - Wiadomości podstawowe

H E R M E N E U T Y K A

- podaje zasady interpretowania ksiąg biblijnych. Dzieli się na:
1. Noematykę, 2. Heurystykę, 3. Proforystykę.

1. Noematyka - jest to tzw. teoria sensów, wyróżnia się w niej:
- sens wyrazowy (dosłowne znaczenie wyrazu w danym kontekście)
- sens typiczny (dana osoba czy wydarzenie jest znakiem, zapowiedzią, typem osoby, która będzie żyła w przyszłości lub wydarzenia, które dopiero się odbędzie)

2. Heurystyka - zajmuje się odczytywaniem sensu danego tekstu biblijnego. W tym celu stosuje się: a) kryteria literackie, b) kryteria dogmatyczne
a) kryteria literackie - obejmują zasady tzw. interpretacji
literackiej, tzn. zespół kryteriów i pomocy, którymi posługuje się krytyczna analiza naukowa tekstu (nie tylko biblijnego), wspólna całej literaturze starożytnej, a zwłaszcza religijnej. Do kryteriów literackich zaliczamy:
- krytykę tekstu - jest to analiza właściwości danego języka, w celu dotarcia do tej wersji tekstu biblijnego, która najbliższa jest oryginałowi; należy przy tym uwzględnić zniekształcenia tekstu:
niezamierzone
- podobieństwo graficzne (przepisywanie) lub fonetyczne (dyktowanie)
- haplografia (opuszczenie jednej z dwóch liter) lub dittografia (dodanie drugiej takiej samej litery)
- przestawienie liter lub zgłosek (metateza)
- błędne rozwiązanie skrótów
- wpływ kontekstu
zamierzone
- korektury gramatyczne i stylistyczne
- harmonizacja (np. cytaty ze ST w NT dostosowy- - wano do LXX )
- poprawki egzegetyczne
- glosy marginesowe
Kryteria wyboru kopii tekstu biblijnego:
wewnętrzne
- trudniejsza = lepsza
- krótsza = lepsza
- możliwość wyjaśnienia jak doszło do zniekształceń
zewnętrzne
- liczba rękopisów
- wiek rękopisów
- staranność zapisu
- krytykę literacką - uwzględnia ona oryginalne lub przejęte z ówczesnego środowiska kulturowego formy i sposoby wypowiadania się, specyficzne dla autorów biblijnych; w jej skład wchodzi: krytyka form, krytyka rodzajów, krytyka tradycji i krytyka redakcji
- krytykę historyczną - ma ona na celu poznanie szczegółów dotyczących autora tekstu (wykształcenie, mentalność itp.), adresatów (ich potrzeby, środowisko w jakim żyli itp.), a także szczegółów dotyczących samego dzieła (czas i miejsce powstania, cel jego napisania)

b) kryteria dogmatyczne - obejmują tzw. zasady interpretacji autentycznej wynikającej z faktu natchnienia Pisma Św. oraz z tego, że Biblia została powierzona Kościołowi jako depozyt
- zasady wynikające z faktu natchnienia - Bóg jest autorem całego Pisma Św., a więc nie może ono zawierać żadnego błędu ani sprzeczności; całe Pismo Św. stanowi jedność (nie przeszkadza to w rozróżnianiu poszczególnych ksiąg czy tradycji), dlatego też poszczególne jego części czy fragmenty należy odczytywać w świetle całości Pisma Św.
- zasady wynikające z powierzenia Biblii Kościołowi - Pismo Św. jest adresowane do wspólnoty ludu Bożego, i tylko ta wspólnota, przez swoje organy nauczające może właściwie je interpretować. Prawu nieomylnej interpretacji przez Kościół podlegają prawdy ściśle objawione (tj. teksty dogmatyczne) oraz inne prawdy, o ile z dogmatami wiary tak się łączą, że ich zaprzeczenie pociągałoby za sobą negację jakiegoś dogmatu.
Dlatego też przy interpretacji tekstów biblijnych należy uwzględnić:
- postulaty Urzędu Nauczycielskiego Kościoła
- jednomyślność (w sensie moralnym) Ojców Kościoła w ich interpretacji danego tekstu (co do wiary i obyczajów)
- analogię wiary, tj. zgodność interpretacji danego tekstu biblijnego z całością doktryny Kościoła
- sensus Ecclesiae (zmysł Kościoła) czyli zgodność znaczenia dostrzeganego w tekście z tym, co myśli i czuje Kościół, co jest przekonaniem i uczuciem wszystkich wiernych


3. Proforystyka - rozpatruje różne formy wykładu sensu biblijnego, jak np. forma naukowa, pastoralna itp.



E G Z E G E Z A

Jest to stosowanie zasad i reguł hermeneutycznych w celu wydobycia prawdziwego sensu biblijnego. Po przekładzie oraz badaniach filologicznych i literackich, następuje omówienie zawartych w tekście prawd teologicznych oraz wydobycie i ukazanie wartości kerygmatycznych, a także myśli służących pogłębieniu duchowości religijnej. Podstawą tak rozumianej egzegezy biblijnej jest przekonanie o natchnieniu tekstu biblijnego.

Młodzi katolicy wybierają islam

Kościół we Francji boryka się z nowym problemem: konwersją młodych chrześcijan na islam – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. Christophe Roucou. Jest on odpowiedzialny we francuskim episkopacie za relacje z islamem i z tego względu towarzyszy biskupom w ich wizycie ad limina w Watykanie.
Ks. Roucou zaznacza, że w dzisiejszej Francji konfrontacja chrześcijaństwa z islamem dokonuje się przede wszystkim w młodym pokoleniu, bo to właśnie młodzi najczęściej spotykają się w codziennym życiu z muzułmańskimi rówieśnikami. Okazuje się jednak, że nie potrafią sprostać temu wyzwaniu. Mają kompleksy, nie potrafią się przyznać do swej chrześcijańskiej wiary, a jeśli już to uczynią, nie potrafią odpowiedzieć na pytania stawiane im przez muzułmańskich rówieśników.

Jedną z konsekwencji tej sytuacji jest coraz częstsze zjawisko konwersji młodych chrześcijan na islam. „Niektórzy sądzą, że dotyczy to wyłącznie katolików nominalnych, którzy i tak nie praktykowali swej wiary. Tak jednak nie jest – zaznacza ks. Roucou. – Duszpasterze młodzieży z całej Francji opowiadają mi o młodych z ich duszpasterstwa, którzy decydują się na zmianę religii i to na przykład tuż po bierzmowaniu”. Bardzo często konwersja jest związana z poślubienia muzułmanina czy muzułmanki. Islam bowiem nie toleruje małżeństw mieszanych. W takich przypadkach chrześcijanie zazwyczaj wyrzekają się wiary – przyznaje ks. Roucou.

Jednakże do konwersji dochodzi też w innych sytuacjach. „Niedawno rozmawiałem z pewną kobietą, która opowiadała mi, że wszyscy koledzy jej syna chodzą w piątek do meczetu i nie kryją się z tym. Jej syn natomiast chodzi w niedzielę do kościoła, ale nie ma odwagi przyznać się do tego przed kolegami. I pamiętam pytanie tej matki: Co zrobić, aby nasze dzieci były dumne z tego, że są chrześcijanami?” – opowiada ks. Roucou.

W rozmowie z Radiem Watykańskim ujawnił on, że o problemie konwersji chrześcijan na islam dyskutowano podczas ostatniej sesji episkopatu w Lourdes. Biskupi zaproponowali wówczas wypracowanie „nowej apologetyki” na potrzeby konfrontacji młodych chrześcijan z islamem. „Nie po to, by bronić się przeciw muzułmanom, lecz by nie lękać się przyznać wobec nich, że jesteśmy chrześcijanami” – precyzuje ks. Christophe Roucou, przedstawiciel episkopatu Francji ds. relacji z islamem. 

RADIO WATYKAŃSKIE

Księgi deuterokanoniczne i apokryficzne

Gdy porównujemy katolicką i protestancką wersję Starego Testamentu, stwierdzamy, że ta druga obejmuje 39 ksiąg - podobnie jak Biblia hebrajska - podczas gdy katolicy uznają 45 ksiąg (stanowi to różnicę sześciu ksiąg, podczas gdy dalej wymieniamy siedem. Wyjaśnieniem jest fakt, że Lamentacje, dołączane w wydaniach katolickich do Jeremiasza, w Biblii hebrajskiej i protestanckiej stanowią odrębną księgę).

Ta niezgodność - już sama przez się stanowiąca poważny problem - dała także początek chaotycznej terminologii. Ksiągami spornymi są księgi Tobiasza, Judyty, Mądrości, Syracha, Barucha, pierwsza i druga Machabejska oraz, części ksiąg: Estery i Daniela (Est 10,4-16.24; Dn 3,24-90.13-14). Katolicy nazywają je księgami deuterokanonicznymi - jest to niefortunne określenie, wydaje się bowiem zakładać, iż nie mają one tego samego autorytetu, co inne księgi. A naprawdę chodzi o fakt, że z pewnym wahaniem uznawano je powszechnie za księgi kanoniczne, czyli za Pismo święte. W przeciwieństwie do tego protokanonicznymi są takie księgi, których roszczenia do kanoniczności nie budziły nigdy wątpliwości w Kościele. Deuterokanoniczne księgi Starego Testamentu, wraz z trzecią i czwartą księgą Ezdrasza i Modlitwą Manassesa, są zwane przez protestantów apokryfami, czyli „księgami, które - jak się uważa - nie dorównują pismom świętym, niemniej są pożyteczne i właściwe do czytania” (Luter). Pewne księgi Nowego Testamentu (mianowicie list do Hebrajczyków, list Jakuba, drugi list Piotra, drugi i trzeci Jana, list Judy, Apokalipsa), które w pierwszych stuleciach chrześcijańskich budziły tu i ówdzie wątpliwości czy wahanie, są także zwane deuterokanonicznymi; są one jednak teraz akceptowane przez wszystkich chrześcijan.

Nazwą „apokryfy” katolicy obejmują pewne pisma żydowskie i chrześcijańskie, które roszczą sobie prawo do Boskiego autorstwa, nie są jednak w rzeczywistości natchnionym Pismem. Apokryfy starotestamentowe - produkt judaizmu - są przypisywane różnym patriarchom i prorokom i odzwierciedlają religijne oraz moralne pojęcia świata żydowskiego z okresu od II w. przed Chr. do I w. po Chr. Apokryfy nowotestamentowe - to utwory pochodzenia chrześcijańskiego. Przypisywane przeważnie apostołom, odzwierciedlają one wierzenia, doktryny i tradycje pewnych kręgów, zarówno ortodoksyjnych, jak i heretyckich, w pierwszych wiekach Kościoła.

Wzmiankowany wyżej chaos jest tu widoczny: termin „apokryfy” ma inne znaczenie dla katolików, a całkowicie inne dla protestantów. Apokryfy w katolickim sensie tego słowa są nazywane przez protestantów pseudoepigrafami. 

Natura kanoniczności

Z historii tworzenia się kanonu wynika, że ustalając go Kościół po części kierował się działalnością i nauką Chrystusa i Jego apostołów, którzy z pewnością uważali Stary Testament za słowo Boże.

I właśnie Kościół uznał Stary Testament raz na zawsze za kanoniczny. Ale jak mógł Kościół wiedzieć, które księgi Nowego Testamentu są natchnione? Nie sposób - jak się zdaje - tego ustalić dla poszczególnych ksiąg. Nie wydaje się, by pisarze, nieświadomi własnego natchnienia, mogli ujawnić natchnienie jakiejś księgi; a choćby nawet byli świadomi własnego natchnienia, trzeba by wykazać, że istotnie ujawnili natchnienie pewnych ksiąg. Jednakże natchnienie jakiejś grupy pism jest częścią objawionej prawdy, która musi pochodzić z czasów apostolskich, tj. z pierwszego pokolenia Kościoła, z okresu jego powstawania. Badania historyczne wskazują, iż ustalając, które księgi Nowego Testamentu są natchnione, Kościół odwołał się właśnie do zasady apostolstwa. Ale kryterium, do którego odwołują się Ojcowie, to nie zawsze apostolskie pochodzenie ksiąg w ścisłym tego słowa znaczeniu; czasami uważają oni apostołów nie za autorów ksiąg, lecz za pierwsze ogniwo w łańcuchu tradycji, która znajduje wyraz w tych księgach.

Arbitralne jest twierdzenie, że apostołowie, lub jeden apostoł, „zostawili nam formalne i wyraźne stwierdzenie natchnionej natury pism no-wotestamentowych in individuo, w wypowiedzi, która bezpośrednio wyrażała to objawienie", pogląd taki jest nie do przyjęcia - wyklucza go skomplikowana historia kanonu oraz długie wahanie co do pewnych ksiąg. Wynika z tego, iż „natchnienie trzeba pojmować tak, by to wykazywało nieodparcie, jak Kościół poznaje natchnienie ksiąg Nowego Testamentu, bez konieczności uciekania się do jakiejś wypowiedzi na ten temat z czasów apostolskich, która nie ma żadnego historycznego oparcia”. Prawdą jest, że natchnienie jakiegoś pisma można ostatecznie poznać tylko z objawienia; rzecz w tym, jak należy pojmować to objawienie. Ponieważ Pismo święte zrodziło się z Kościoła i wraz z nim, Kościół nie potrzebuje wyraźnego stwierdzenia jakiegoś apostoła, aby móc uznać natchnione księgi: uznaje je w sposób przyrodzony. Wymagane objawienie wynika z faktu, że dane pismo jawi się jako autentyczna ekspresja pierwotnego Kościoła. I może upłynąć pewien okres czasu między objawieniem natchnionej natury pewnych ksiąg a jasnym wyrażeniem tego faktu. Kościół miał przecież w praktyce kanon, zanim pojawiła się teoria kanoniczności czy spis kanonicznych ksiąg. Wyjaśnia to wahanie co do natchnienia pewnych pism.
Niektórzy bibliści Nowego Testamentu, głównie niemieccy, a zwłaszcza E. Kasemann, wysuwali argumenty za „kanonem w kanonie”. Odkrywali oni „wczesny katolicyzm” - początkowe stadium sakramentalizmu, hierarchii, wyświęcania, dogmatu (cechy znamienne katolickiego chrześcijaństwa) - w pewnych pismach nowotestamentowych, szczególnie zaś w listach pasterskich, Dziejach Apostolskich i drugim liście św. Piotra. Te późniejsze na ogół pisma winny uchodzić za drugorzędne, takie zaś pisma jak list do Galatów oraz do Rzymian, które stanowią „centrum Nowego Testamentu”, powinno się uważać za ściśle normatywne dla chrześcijan. Impuls do tego skrajnego - nie do przyjęcia - twierdzenia dała jednak kwestia realna. Faktem jest, że chrześcijanie przejawiali skłonność do selektywności. Rzymscy katolicy woleli akceptować i rozwijać „wczesnokatolickie” tendencje w Nowym Testamencie i ignorowali luźniejszą organizację Kościoła oraz bardziej charyzmatyczną atmosferę pierwszego okresu. Wiele daje do myślenia i jest w pełni uzasadniona następująca uwaga: „Kościół musi z pewnością zrewidować swe praktyki w świetle tych kierunków teologii biblijnej, których nie uwzględniał, aby zyskać pewność, że to, co Bóg chciał mu wyłożyć za pośrednictwem takich poglądów teologicznych, nie zostanie stracone. Jeśli na przykład Kościół postanowił uznać za normatywną strukturę eklezjastyczną poświadczoną w listach pasterskich (biskup - prezbiterzy - diakoni), musi zadać sobie pytanie, czy nadal docenia charyzmatycznego i swobodniejszego ducha wcześniejszego okresu. Wybór między tymi dwoma elementami był konieczny, wyborem zaś kierował Duch Boży; ale struktura nie wybrana ma nadal coś do przekazania Kościołowi i może służyć jako czynnik modyfikujący i korygujący dokonany wybór. Jedynie w ten sposób jest Kościół wierny całemu Nowemu Testamentowi. W czasach nowotestamentowych Kościół był na tyle ekumeniczny, że obejmował tych, którzy podzielając jedną wiarę wyznawali bardzo różne poglądy teologiczne. Dzisiejszy Kościół może być nie mniej ekumeniczny”.

Kanon Nowego Testamentu

Kościół chrześcijański posiadał - od pierwszych dni swego istnienia - kanon natchnionego Pisma: Stary Testament.

Ale dla wczesnego Kościoła ów Stary Testament był - w swym najgłębszym sensie -proroctwem o Chrystusie: uznaniem, że nawet tutaj ostatecznym autorytetem jest sam Chrystus. Chrystus polecił swym apostołom głosić dobrą nowinę i tworzyć chrześcijańską wspólnotę, napełniwszy ich mocą Ducha Świętego. Byli oni naocznymi świadkami Jego czynów i słuchaczami Jego słów, a ich znaczenie jeszcze wzrosło w czasach poapostolskich. Wczesny Kościół miał przeto trzy autorytety: Stary Testament, Chrystusa oraz apostołów. Ale ostatecznym, decydującym autorytetem był Chrystus Pan, który przemawiał bezpośrednio swymi słowami i czynami, pośrednio zaś tym, co mówili o Nim Jego świadkowie.

Z początku słowa Pana i opis Jego czynów relacjonowano i powtarzano ustnie, wkrótce jednak zaczęto je zapisywać. W swej pracy misyjnej apostołowie byli zmuszeni pisać do pewnych wspólnot. Niektóre przynajmniej z tych pism były wymieniane między Kościołami i wkrótce zyskały ten sam autorytet, co pisma Starego Testamentu. Jest jednak zrozumiałe, że dopiero po upływie jakiegoś czasu zbiór tych pism z okresu apostolskiego zajął z niezaprzeczonym autorytetem miejsce obok ksiąg Starego Testamentu, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że wiele z nich było pismami okolicznościowymi, skierowanymi do poszczególnych Kościołów.

Spisane słowa Jezusa, Ewangelie, choć nie są najdawniejszymi pismami Nowego Testamentu, były pierwszymi stawianymi na równi ze Starym Testamentem i uznanymi za kanoniczne. Około 140 r. Papiasz, biskup Hierapolis we Frygii, zna Ewangelie Marka i Mateusza. Justyn (ok. 150) cytuje Ewangelie jako autorytet. Hegezyp (ok. 180) mówi o „Prawie, Prorokach i Panu”. Męczennicy ze Scili w Numidii (180)mieli jako święte pisma „księgi oraz listy Pawła, sprawiedliwego człowieka”; jedynie Stary Testament i Ewangelie zwano „Księgami”, tj. Pismem świętym. Pisma Ojców apostolskich dostarczają pewnych dowodów, że od pierwszych dziesięcioleci II w. wielkie Kościoły posiadały księgę - czy grupę ksiąg - która była ogólnie znana jako „Ewangelia” i którą wymieniano jako dokument autorytatywny oraz powszechnie znany.

Prawdopodobnie już pod koniec I w. lub na początku II w. znano w Grecji, Azji Mniejszej i Italii trzynaście listów Pawiowych (wyłączając list do Hebrajczyków). Wszystkie rękopisy i teksty listów Pawiowych pochodzą z jednego zbioru, który odpowiada naszemu „corpus Pau-linum”. Wczesne zbiory wykazują wprawdzie różnice w porządku listów, lecz ilość pism pozostaje ta sama. Nie ma żadnego cytatu z Pawła, który by nie pochodził z jednego z listów kanonicznych, choćby nawet było pewne, że apostoł pisał inne listy. Tak więc około 125 r. istniały dwie grupy pism, które cieszyły się gwarancją apostolską i których autorytet był uznawany przez wszystkie rozporządzające nimi wspólnoty. Nie było jednak w tej mierze oficjalnego orzeczenia i zbiory różniły się w poszczególnych Kościołach. 

Skąpe są relacje o innych pismach apostolskich z pierwszej połowy II w. Klemens znał list do Hebrajczyków, Polikarp znał pierwszy list Piotra i pierwszy Jana, Papiasz znał pierwszy list Piotra, pierwszy Jana i Apokalipsę. W drugiej połowie stulecia Dzieje Apostolskie, Apokalipsa oraz przynajmniej pierwszy list Jana i pierwszy Piotra uchodziły za kanoniczne: zajmowały miejsce obok Ewangelii i listów Pawiowych. Możemy wymienić cztery czynniki, które wpłynęły na tworzenie się kanonu Nowego Testamentu:

1) liczne apokryfy, które Kościół odrzucał,
2) herezja Marcjona, który utworzył swój własny kanon, składający się z okrojonej Ewangelii Łukasza i dziesięciu listów Pawła (z wyłączeniem listów pasterskich oraz listu do Hebrajczyków),
3) heretycy montaniści, którzy rościli sobie prawo do dalszych objawień od Ducha Świętego,
4) zalew pism gnostyckich.

Przyjmuje się powszechnie, że w początkach III w. kanon Nowego Testamentu obejmował większość - jeśli nie wszystkie - ksiąg kanonicznych. Najwcześniejsza posiadana przez nas lista to tzw. fragment Muratoriego - dokument odkryty w bibliotece „Ambrosiana” w Mediolanie w 1740 r. Podaje on księgi uznawane w Rzymie około 200 r. Nie wspomina się tu o liście do Hebrajczyków, pierwszym i drugim liście Piotra, trzecim Jana i liście Jakuba. Papirusy Chester Beatty (P45, P46, P47) - pierwsza połowa III w. - zawierają wszystkie pisma nowotestamentowe z wyjątkiem listów powszechnych. Można zauważyć, że listy: Jakuba, drugi Piotra, drugi i trzeci Jana oraz list Judy nie zostały od razu uznane, natomiast list do Hebrajczyków i Apokalipsa napotkały pewien sprzeciw: list do Hebrajczyków na Zachodzie, Apokalipsa zaś na Wschodzie.
Stwierdzamy w istocie rzeczy, że postawa wobec tych ksiąg różniła się w wielkich Kościołach: greckim, łacińskim i syryjskim. Grecy skłaniali się ku odróżnianiu ksiąg „przyjętych przez wszystkich” od ksiąg „kwestionowanych”, zaliczając do tych ostatnich listy: Jakuba, Judy, drugi Piotra oraz drugi i trzeci Jana. Podawano często w wątpliwość Janowe autorstwo - a więc i kanoniczność - Apokalipsy. Jednakże w drugiej połowie IV w. Cyryl Jerozolimski, synod w Laodycei i Grzegorz z Nazjanzu poświadczają pełny kanon, jedynie bez Apokalipsy, podczas gdy Bazyli, Grzegorz z Nyssy i Epifaniusz włączają także tę ostatnią. Atanazy w 367 r. wylicza wszystkie dwadzieścia siedem ksiąg, i można powiedzieć, że od tego czasu kanon został ustalony. Kanoniczność Apokalipsy, choć dyskutowana przez niektórych teologów w V i VI w., została w końcu uznana bez zastrzeżeń, częściowo pod wpływem Zachodu, gdzie nigdy nie budziła wątpliwości.

Kościoły zachodnie trzymały się na ogół wiernie ksiąg, które im powierzono jako pochodzące od apostołów, ale robiły pewne trudności w uznaniu za kanoniczne tych ksiąg, których apostolski rodowód nie był widoczny. Od Cypriana i Tertuliana dowiadujemy się, że list do Hebrajczyków, list Jakuba i drugi list Piotra nie należały do zbioru Kościoła afrykańskiego około połowy III w. Ponadto nasz materiał dowodowy potwierdza pogląd, że taki sam stan rzeczy istniał wówczas w całym łacińskim świecie chrześcijańskim. Świadectwa wskazują, że w IV w. na Zachodzie uznawano coraz bardziej autorytet listu do Hebrajczyków oraz listów powszechnych - podczas gdy Apokalipsa była przedmiotem dyskusji w Kościele greckim. Kanon łaciński został - jak widzieliśmy - zatwierdzony w Afryce przez synody w Hipponie i Kartaginie, w Italii zaś przez list Innocentego I do Eksuperiusza.

Kościół syryjski pierwszych wieków był po części grekojęzyczny. z ośrodkiem w Antiochii, po części zaś syryjskojęzyczny, z ośrodkiem w Edessie; postawa wobec pism Nowego Testamentu nie była bynajmniej ta sama w każdym z tycłi rejonów. W Antiochii do końca II w. zbiór ksiąg nowotestamentowych obejmował wszystkie pisma oprócz drugiego listu Piotra, drugiego i trzeciego Jana oraz listu Judy. W sto lat później zakwestionowano autorytet Apokalipsy; a w pochodzącym z V w. kanonie antiocheńskim nie występują listy: drugi Piotra oraz drugi i trzeci Jana, a także Apokalipsa. W VI w. zmieniono zdanie co do Apokalipsy, później zaś uznano krótsze listy. Św. Jan Damasceński (zm. 754) rozporządzał kompletnym kanonem. W Edessie sytuacja była odmienna. Pod koniec II w. Tacjan, uczeń Justyna, sporządził harmonię ewangeliczną z czterech Ewangelii w języku greckim: „Diatessaron” - to „dia tessaron (euaggelion)” - które przełożył na syryjski około 172 r. Była ona przyjęta w Edessie jako tekst urzędowy i pozostała nim, póki nie została wyparta przez Peszitto. Na początku V w. Peszitto stało się tekstem urzędowym; listy Jakuba, pierwszy Piotra i pierwszy Jana weszły do kanonu syryjskiego. Gdy po soborze efeskim (431) i chalcedońskim (451) Kościół syryjski rozpadł się na dwa odłamy heretyckie, nestorianie pozostali wierni niekompletnemu kanonowi Peszitto, mono-fizyci natomiast przyjęli także drugi list Piotra, list Judy, drugi i trzeci list Jana oraz Apokalipsę.
Chociaż kanon Kościoła łacińskiego został ustalony w V w., w pewnych stronach podnoszono wątpliwości w kwestii apostolskiego pochodzenia wielu pism Nowego Testamentu (listów: do Hebrajczyków, Jakuba, drugiego listu Piotra, drugiego i trzeciego listu Jana). Dyskusje w sprawie listu do Hebrajczyków utrzymywały się aż do wieków średnich, a końcowe wątpliwości rozproszyły się dopiero wobec autorytetu Tomasza z Akwinu i Mikołaja z Lirę, którzy opowiadali się za autorstwem Pawła. W XVI w. podniesiono jeszcze raz ten problem. Erazm (zm. 1536) został skrytykowany przez teologów z Sorbony za kwestionowanie apostolskiego pochodzenia listu do Hebrajczyków, listu Jakuba, drugiego listu Piotra, drugiego i trzeciego listu Jana oraz Apokalipsy — choć nie zaprzeczał ich kanoniczności. Kardynał Kajetan (zm. 1534) wyznawał bardzo podobny pogląd. Dzisiaj niemal wszyscy uczeni zgadzają się, że list do Hebrajczyków i drugi list Piotra nie wyszły spod pióra apostołów i że autorem listu Jakuba nie jest apostoł o tym samym imieniu; autentyczność zaś Ewangelii Jana, Apokalipsy i niektórych listów Pawiowych budzi w wielkiej mierze wątpliwości.

Kanon Starego Testamentu

W I w. po Chr. Żydzi posiadali zbiór świętych ksiąg, które były w ich przekonaniu natchnione przez Boga i w których widzieli wyraz Boskiej woli, regułę wiary i moralności.

Decydujące jest tu świadectwo Józefa (Contra Apionem 1,8), czwartej księgi Ezdrasza (14,37-48) oraz Talmudu. Księgi te, podzielone na trzy grupy: Prawo, Proroków i Pisma, obejmują wszystkie nasze księgi protokanoniczne. Cennym świadectwem jest tu także Nowy Testament, zawiera on bowiem odwołania się do większości tych ksiąg lub cytaty z nich; jego milczenie w stosunku do innych jest bez znaczenia, gdyż nie istnieje żaden powód, dla którego powinny być cytowane wszystkie księgi starotestamentowe. Cytaty świadczą o potrójnym podziale: „Mojżesz i Prorocy” (Łk 24,27), „Mojżesz, Prorocy i Psalmy” (Łk 24,44).
Tradycyjny podział na Prawo, Proroków i Pisma - w tym porządku - oznacza też prawdopodobnie chronologiczną akceptację każdej grupy ksiąg. Pentateuch przybrał ostateczny kształt w piątym stuleciu a od czasów Ezdrasza Żydzi przyjęli i oficjalnie uznali zbiór ksiąg Mojżeszowych za święty kodeks. Większość ksiąg składających się na drugą grupę („Pierwsi Prorocy”: księgi od Jozuego do Królewskich i „Późniejsi Prorocy”: Izajasz, Jeremiasz, Ezechiel oraz dwunastu proroków mniejszych) musiano przyjąć mniej więcej w tym samym czasie. Niemniej zbiór ten został ostatecznie skompletowany dopiero w jakiś czas po ostatnim z proroków (autorze Za 9-14), gdzieś pod koniec IV w. Syrach (46,1-49,10) poświadcza, że lista ta została zamknięta przed 180 r. Możemy śmiało wnosić, że zbiór Proroków został ustalony w pierwszej połowie II w. i od tego już czasu stanął w jednym rzędzie z Prawem Mojżeszowym. Trzecia grupa jest złożona i wyrosła - jak się zdaje -wokół zbioru Psalmów. Pięć ksiąg, megilloth (zwoje) - Pieśń nad pieśniami. Rut, Lamentacje, Kohelet i Estera - odczytywano w liturgii wielkich świąt. Dzieło kronikarzy (księgi Kroniki, Ezdrasza, Nehemiasza) zamyka całą listę. Grupa ta ukształtowała się między czwartym a końcem drugiego stulecia (por. l Mch 1,59 n.; 2 Mch 3,14).

Należy zauważyć, iż żaden z tych trzech zbiorów nie został ustalony mocą decyzji urzędowej, tj. umieszczony pośród ksiąg, które już w praktyce uznawano. Nic dziwnego zatem, iż zachodzą różnice poglądów. Stanowisko, które rozważaliśmy, ograniczające kanon do starszych i uznawanych przez tradycję ksiąg, jest stanowiskiem faryzeizmu. Wiemy, że saduceusze uważali tylko Pięcioksiąg za kanoniczny. Z drugiej zaś strony, w Aleksandrii i w Qumran odczuwano, że Bóg nie wyrzekł jeszcze ostatniego słowa i że można jeszcze jakieś posłannictwo uznać za natchnione. W diasporze (diaspora [rozproszenie] była to społeczność Żydów, którzy żyli poza Palestyną, „rozproszeni” po całym cywilizowanym świecie) więc nasze księgi deuterokanoniczne cieszyły się prawdziwym autorytetem, i wydaje się, że gmina z Qumran przypisywała podobny autorytet pewnym swym sektanckim pismom.

W czasach Chrystusa nadal nie było całkowitej pewności co do kanonu i kanoniczności pewnych ksiąg. Dopiero po zburzeniu Jerozolimy (70 po Chr.) grupa żydowskich doktorów, usiłując zachować to, co pozostało z przeszłości, zebrała się około 90 r. w Jamni ( = Yavne, około 48 kilometrów na zachód od Jerozolimy) i oficjalnie uznała ścisły kanon faryzejski. Z różnych względów - łącznie z faktem, że Biblia grecka została zaadoptowana przez chrześcijan - odrzucono pewne księgi stanowiące część tej Biblii (ściśle mówiąc, nasze księgi deuterokanoniczne). Orzeczenie synodu w Jamni obowiązywało wyłącznie Żydów, którzy odtąd uznawali krótszą listę. Nie mogło mieć powszechnej ważności, ponieważ obecnie Synagogę zastąpił Kościół. W czasach Reformacji protestanci, chcąc dokonywać tłumaczeń bezpośrednio z hebrajskiego, uświadamiali sobie szczególnie ostro tę rozbieżność; kończyło się na tym, że za jedynie autentyczny uznawali kanon żydowski.

Kościół chrześcijański rozwijał się w środowisku diaspory. Biblia Kościoła była w praktyce Biblią grecką; stąd fakt, że cytaty w Nowym Testamencie są regularnie czerpane z LXX (Septuaginty) - są tu wyraźne cytaty z przynajmniej trzech ksiąg deuterokanonicznych: Syra-cha, drugiej Machabejskiej i Mądrości. Większość Ojców apostolskich przyjmowała Stary Testament w jego postaci z LXX lub też w wersjach starołacińskich, opartych na tekście greckim. Na Wschodzie jednak pamiętano o różnicach między księgami uznanymi w Palestynie i w Aleksandrii; czynnik ten odgrywał ważną rolę w sporze z palestyńskimi Żydami. Stąd Justyn (II w.) w polemice z Trytonem, Meliton, biskup Sar-des (II w.), w spisie uznanych ksiąg oraz Orygenes (III w.) stosowali się do kanonu palestyńskiego, podobnie zresztą jak Euzebiusz, Atanazy, Cyryl Jerozolimski, Epifaniusz i Grzegorz z Nazjanzu (IV w.). Podzielali też to stanowisko niektórzy Ojcowie łacińscy, ulegający wpływom greckim, szczególnie zaś Rufin i Hieronim (V w.).

Sześćdziesiąty kanon synodu w Laodycei (ok. 360) podtrzymuje wrażenie, iż Wschód niezbyt przychylnie odnosił się do ksiąg deuterokanonicznych; co do Starego Testamentu, wymienia on jedynie księgi Biblii hebrajskiej. Trzeba jednak zauważyć, że w opinii Ojców księgi te mogą być czytane dla zbudowania wiernych oraz są przydatne w nauczaniu katechumenów. Ponadto wyrażali oni często wielki szacunek dla tych ksiąg, dopuszczając je w jednym rzędzie z innymi do obrzędów liturgicznych, a nawet cytowali je opatrując formułą: „Jest napisane”, „Bóg mówi w Piśmie”.

Postawę Ojców wschodnich (wraz z Rufinem i Hieronimem) mogą wyjaśnić dwa główne czynniki: 1) w sporze z Żydami, aby mieć wspólną płaszczyznę argumentacji, Ojcowie ograniczali się do przyjętego kanonu żydowskiego; 2) w obiegu były żydowskie apokryfy, roszczące sobie prawo do kanonicznośei; wszystkie więc księgi musiały być starannie zbadane, a dowody wiarogodności ksiąg deuterokanonicznych nie wydawały się tak bardzo przekonujące jak pozostałych.
W Kościele zachodnim wszakże nie rozróżniano między księgami protokanonicznymi a deuterokanonicznymi. Pod wpływem św. Augustyna - w reakcji na postawę św. Hieronima i Ojców wschodnich - synody w Hipponie (393) i Kartaginie (397 i 419) uznały sporne księgi za kanoniczne; papież Innocenty I uczynił to samo w liście do Eksuperiusza z Tuluzy (405). Kompletny przeto kanon - taki, jaki miano później ustalić na soborze trydenckim - można datować od św. Augustyna. Późniejsi Grecy zaadoptowali pogląd zachodni i synod trullański (692) przyjął cały kanon.

Kanon i kanoniczność Pisma Świętego

Wyraz kanon pochodzi od greckiego słowa oznaczającego: łodygę trzciny, pręt trzcinowy, trzcinę. W sensie przenośnym m.im.: miarę, regułę, normę moralną, katalog, spis.

Ojcowie używali słowa „kanon” na oznaczenie „reguły wiary”, kanon Pisma zaś uchodził za spisaną regułę wiary. Od poł IV w. kanonem biblijnym określano oficjalny spis ksiąg natchnionych. - przeważyła idea kanonu jako określonego zbioru pism tworzących regułę wiary. Tak więc kanon Pisma to:

Zbiór natchnionych przez Boga ksiąg, przyjętych przez Kościół i uznanych przezeń za nieomylną regułę wiary i moralności z racji ich Boskiego pochodzenia.


Możemy zauważyć, że stosowany do Pisma świętego termin „kanoniczne” można ujmować w sensie czynnym lub biernym:

1) czynnym - Biblia jako reguła wiary i moralności,
2) biernym - Biblia jako Pismo urzędowo przyjęte przez Kościół.


Księgi protokanoniczne - jednomyślnie uznane za natchnione
Księgi deuterokanoniczne - przez jakiś czas były co do nich wątpliwości.


Kościół katolicki przyjmuje jako święte 73 księgi: 46 pism ST i 27 pism NT


STARY TESTAMENT

Podział:
PRAWO (Tora)
- Rdz, Wj, Kpł, Lb, Pwt
PROROCY (Nebijm)
- pierwsi: Joz, Sdz, 1-2 Sm, 1-2 Krl;
- późniejsi: Iz, Jer, Ez, Oz, Jl, Am, Ab, Jon, Mi, Nah, Hab, Sof, Agg, Zach, Mal
PISMA (Ketubim)
- Pisma Wielkie: Ps, Prz, Hi;
- Pięć zwojów: Pnp, Rut, Lm, Koh, Es;
- oraz: Dn, Ezdr, Neh, 1-2 Kr

Księgi deuterokanoniczne ST:
Tb, Ju, Ba, 1-2 Mach, Syr, Mdr

Co do Prawa i Proroków nie było wątpliwości, gorzej było z jednomyślnością w stosunku do Pism. Spory zostały zakończone na pewno przed LXX, która zawiera wszystkie księgi wchodzące w skład tzw. Pism (również deuterokanoniczne).

Początek ery chrześcijańskiej:
- kanon palestyński (Hebrajczycy palestyńscy): tylko księgi protokanoniczne
- kanon aleksandryjski (Żydzi pochodzący z diaspory, zwłaszcza egipskiej):również księgi deuterokanoniczne

Obecnie:
Księgi historyczne Rdz - 2 Mach
Księgi dydaktyczne Hi - Syr
Księgi prorockie Iz - Mal


NOWY TESTAMENT

Pierwsze uznano listy Pawłowe
Pocz. II w. - Ewangelie i inne (cytowane u Ojców Kościoła)
I/II w. - Klemens Rzymski: uznaje (cytując) Hbr, Jk
- św. Polikarp: 2J
- Klemens Rzymski, Justyn: 2P
- św. Polikarp: Jud
- Justyn, Papiasz: Ap
(Jedynie 3J nie jest w tym okresie nigdzie cytowany)

Do końca II w. - brak spisu ksiąg kanonicznych.
Koniec II w. - pierwszy spis dla potrzeb Kościoła (ze względu na dużą liczbę apokryfów i pism heretyckich)

Najstarszy spis jaki mamy:
Kodeks Muratoriego z ok. 170-180 r. (odkryty w 1740 r.), brak w nim ksiąg deuterokanonicznych [ Hbr, Jk, 2P, 2-3 J, Jud, Ap]

IV/V w. Synody w Rzymie, Laodycei, Kartaginie i Hipponie potwierdzają kanon
692 r. synod Trullański - zakończenie dyskusji o kanonie
1546 r. Sobór Trydencki - dogmat o kanonie (jako reakcja na wystąpienie Lutra) SW I i II potwierdzenie kanonu

Nauczanie Kościoła

Objawienie Boże zawarte w Piśmie świętym staje się dostępne w Kościele: Kościół głosi Objawienie, tłumaczy je i chroni przed błędnym rozumieniem.

Objawienie Boże nie zostało dane każdemu człowiekowi z osobna, lecz ludzkiej wspólnocie: najpierw narodowi izraelskiemu - Ludowi Bożemu Starego Przymierza, a następnie wyznawcom Chrystusa - Ludowi Bożemu Nowego Testamentu. Świadkami i przekazicielami Objawienia byli w Starym Testamencie patriarchowie, prorocy, mędrcy, a w Nowym - sam Syn Boży, Jezus Chrystus, którego świadkami i głosicielami stali się Jego uczniowie, po nich zaś ci wszyscy, którzy dzięki ich świadectwu uwierzyli w Jezusa.

Zarówno w narodzie izraelskim, jak później w Kościele, ustne nauczanie Objawienia, Słowa Bożego, jest pierwsze. Dopiero z biegiem czasu zostaje ono spisane. We wspólnocie narodu izraelskiego powstaje w ten sposób Biblia, Pismo święte Starego Testamentu, we wspólnocie Kościoła powstają Ewangelie, Dzieje Apostolskie, Listy apostołów... - Pismo święte Nowego Testamentu. Kościół ma zatem jakby naturalne prawo do nauczania i wyjaśniania Pisma świętego, podobnie jak każdy autor ma naturalne prawo do wyjaśniania tego, co sam napisał.

To, co głosili prorocy, a później to, co głosili apostołowie, nie pochodziło jednak od nich samych: głosili Objawienie Boże. Prorocy głosili to, co im nakazywał Bóg, apostołowie to, co widzieli i słyszeli od Jezusa Chrystusa. Zostało to, jak wierzymy, spisane pod natchnieniem Ducha Świętego. Jest zatem nie tylko słowem ludzkim, ale jest przede wszystkim Słowem Bożym: zachowanym na piśmie Bożym Objawieniem. Z tej racji Kościół, nauczając i wyjaśniając Pismo święte, chce mu się w pełni poddawać, kierować się nim, nie odstępując od jego sensu ani na jotę, rozumiejąc, że jest to powierzony mu przez Boga depozyt. Wierzy też, że zgodnie z obietnicą Chrystusa, który zapewnił swoim uczniom „Ducha Prawdy” (J 15,26-27), ten sam Duch Święty, dzięki któremu Słowo Boże było wiernie głoszone, a później spisane, dziś czuwa nad jego wiernym nauczaniem i wyjaśnianiem przez Kościół.
Kościół tworzą wszyscy wyznawcy Jezusa Chrystusa. Wszyscy też, w miarę jak sami wierzą, słowem i życiem dają o Nim świadectwo. Decydująca rola przypada w tym biskupom, którzy jako pasterze w Kościele i następcy apostołów są jedynymi autorytatywnymi nauczycielami wiary. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje biskup Rzymu, papież, jako następca św. Piotra. Na św. Piotrze jako opoce Chrystus chciał zbudować swój Kościół (Mt 16,18) i św. Piotrowi kazał utwierdzać w wierze swoich braci (Łk 22,32). 

Tradycja Apostolska

Tradycję jako przekazywane w Kościele Objawienie Boże nazywa się tradycją apostolską. Dlaczego?

Objawienie Boże, które rozwijało się w dziejach wybranego narodu izraelskiego, osiągnęło swą pełnię w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Świadkami Jego życia, śmierci, a szczególnie zmartwychwstania, świadkami Jego zbawczego posłannictwa byli apostołowie. Powołani imiennie przez Jezusa, byli z Nim przez cały czas, „począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty do nieba” (Dz 1,21-22). Posłał On ich na cały świat, by nauczali wszystkie narody, ucząc je zachowywać wszystko, co im sam przykazał (Mt 28,19-20). Wyrazem apostolskiego świadectwa o Jezusie jest Nowy Testament.

Przekazywane przez apostołów świadectwo, a więc tradycja apostolska, wyraża się nie tylko w głoszeniu, że zbawienie dokonało się przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, lecz także w kształtowaniu życia pierwszych wspólnot Jego wyznawców zgodnie z posiadaną przez apostołów świadomością woli Jezusa. Ta tradycja apostolska - to, czego oni nauczali i co stanowili - jest dla chrześcijan zawsze obowiązującą i definitywną normą wiary i życia.

Nie znaczy to, by tradycja apostolska, wyrażająca dokonaną w Chrystusie pełnię Objawienia Bożego, nie miała się w Kościele rozwijać. Wzrasta jej rozumienie w świadectwie, jakie Kościół daje w każdym czasie każdemu ludzkiemu pokoleniu - tak jak to najpierw czynili apostołowie, że Jezus jest jedynym posłanym przez Boga Zbawicielem wszystkich ludzi. Ów rozwój apostolskiej tradycji dokonuje się, jak wierzymy, pod opieką tego samego Ducha Świętego, który na początku został zesłany na apostołów. Tradycja apostolska jest tradycją żywą.

Od tradycji apostolskiej - normatywnej i zawsze obowiązującej - odróżnić trzeba tradycje różnych Kościołów chrześcijańskich, a nawet różnych Kościołów lokalnych. Tradycje te, choćby inspirowane Ewangelią, wielowiekowe i ważne dla chrześcijańskiego życia, jak: sposób sprawowania liturgii, kształt teologii, życie zakonne i jego formy, celibat duchownych, organizacja życia kościelnego itp. mogą różnić się między sobą i podlegać zmianom. 

Tradycja

Tradycja - wyrażenie dobrze znane w języku i kulturze polskiej. Tradycja - to zarówno przekazywanie jakichś wartości z pokolenia na pokolenie, jak i same te przekazywane wartości: przekonania, sposoby zachowań, instytucje...

W wierze chrześcijańskiej Tradycja to przekazywanie Bożego Objawienia od jego pierwotnych głosicieli, zwłaszcza od Jezusa Chrystusa i apostołów - po dziś dzień. To również przekazywane Boże Objawienie - zarówno w swej całości, jak i w poszczególnych elementach.

Źródłem tak rozumianej Tradycji jest sam Bóg, który objawia się wybranym przez siebie ludziom, ci zaś z kolei mają obowiązek przekazywania Bożego Objawienia tym, do których jest ono adresowane: w Starym Testamencie - narodowi izraelskiemu, w Nowym - wszystkim ludziom. Przekazywanie Objawienia posiada zatem charakter społeczny i zarazem kształtuje życie religijne jako społeczne. Tworzy Kościół.

Jeżeli Tradycją nazwać trzeba całość Objawienia Bożego, przekazywanego najpierw z pokolenia na pokolenie w narodzie izraelskim, a później - od Chrystusa i apostołów przez wieki - w Kościele, to Pismo święte należy do Tradycji. Jest spisywaną z biegiem czasu Tradycją we wszystkim, co dla niej istotne. Na pytanie zatem, gdzie znaleźć można świadectwo żydowskiej i chrześcijańskiej tradycji, odpowiedzieć trzeba, że świadectwem tym jest Pismo święte Starego i Nowego Testamentu.

Z powodu swego pisemnego, tzn. zobiektywizowanego i trwałego charakteru, a jednocześnie z racji obecnej w Izraelu i w Kościele wiary w powstanie Pisma świętego pod natchnieniem Ducha Świętego, nie tylko cieszy się ono czcią należną Bożemu Objawieniu i Bożemu Słowu, lecz jest normą całej Tradycji, a więc normą wiary.
Niekiedy Pismo święte odróżnia się od Tradycji, mówiąc np. że „święta Tradycja i Pismo święte stanowią jeden święty depozyt Słowa Bożego powierzony Kościołowi” (Konstytucja o Objawieniu, 10). Nie znaczy to, że Pismo święte i Tradycja stanowią dwa odrębne źródła Objawienia Bożego, lecz znaczy, że Pismo święte wyraża wcześniejszą od niego Tradycję we wszystkim, co dla niej istotne, a jednocześnie dzięki niej zostaje rozpoznane i uznane za Słowo Boże. 

Polowanie na polowanie

Gdy władza broni ludu przed nierealnym wrogiem, lud za „obronę” zapłaci realnie.

Premier Donald Tusk na Radzie Krajowej PO w Warszawie zagrzmiał: „Dzisiaj, kiedy słyszymy o tym, że ktoś chce polować na mniejszości, na homoseksualistów albo na Żydów, albo na nie-Polaków, (...) jeśli ktoś mówi, że kobieta zgwałcona ma obowiązek rodzenia dzieci, jeśli ktoś mówi, że do więzienia trafią ci, którzy nie wierzą w zamach smoleński, to ja dzisiaj, w pięciolecie naszych rządów, chcę powiedzieć: jesteśmy po to, aby te groźby nigdy nie stały się faktem”.

Ciekawostka: premier słyszy, że ktoś chce polować (a nie chodzi o prezydenta!) i od razu odgraża się na całą Polskę, że na to nie pozwoli. Skoro mówi tak szef rządu, to pewnie na próby homopolowań ma liczne i mocne przykłady.

Panie premierze, kto chce robić krzywdę homoseksualistom? Niech pan się podzieli swoją wiedzą, ale konkretnie, bo przecież z powodu paru typów w kominiarkach, wrzeszczących jakieś idiotyzmy, nie podnosiłby pan takiego rabanu. A może pan premier oglądał jakiś serial (bo w każdym serialu musi być szlachetny gej, którego prześladują źli ludzie) i myślał, że to wiadomości?

Ale dobrze, zostawmy tę sprawę i przejdźmy do Żydów. Gdzie pan słyszał, panie premierze, że ktoś chce polować na Żydów? Ale znów konkrety by się przydały, bardzo proszę. No dobrze, Jedwabne. Aha, pogrom kielecki też – niech będzie. Ale to stare rzeczy, wie pan? W dodatku te sprawy nie są tak oczywiste, jak w książkach Grossa. Ale pan słyszy „dzisiaj”, że ktoś chce polować na Żydów. Więc kto? Ma pan służby, pewnie już go namierzyli – czemu jeszcze nie siedzi? Ale nawet gdyby było dziesięciu takich – czy to wystarczy, żeby z powodu paru pomyleńców deklarować z wypiętą klatą: „Platforma obroni wolność i Rzeczpospolitą przed każdym, kto będzie chciał zagrozić jej zamachem”?

Ale idźmy dalej. Ktoś chce polować na nie-Polaków. Kto? To dla mnie ważne, bo mam paru przyjaciół nie-Polaków, i boję się, żeby się im co złego nie stało. Nie zauważyłem, co prawda, żeby im kto groził, a i oni sami się nie skarżą, ale skoro pan mówi, że sprawa jest, no to prosiłbym o ochronę dla nich.

Przyłączam się natomiast do pana oburzenia na to, że ktoś mówi, iż „kobieta zgwałcona ma obowiązek rodzenia dzieci”. Zgwałcona kobieta nie ma obowiązku rodzenia dzieci. Musi urodzić tylko wtedy, gdy wskutek gwałtu dziecko się poczęło. Bo to dziecko, wie pan, to człowiek. Taki jak ja i pan, tylko trochę młodszy. Ale, wie pan, ja nie uważam, że młodzież należy zabijać. Niezależnie od tego, kto jest ojcem – nie należy. No i nie ma powodu, żeby kobiecie zgwałconej zadawać kolejny gwałt przez robienie z niej chodzącej trumny. Zgoda natomiast, że kobieta zgwałcona nie ma obowiązku wychowywać takiego dziecka – kolejki chętnych do adopcji czekają.

No i co tam jeszcze… Aha – do więzienia trafią ci, którzy nie wierzą w zamach smoleński. Nie słyszałem o tym, ale to dla mnie ciekawe, bo ja też w to nie wierzę. A to, mówi pan, zamkną nas? To wie pan, niech mi pan nie odpowiada na wcześniejsze pytania. Może się spotkamy, to będziemy mieli dość czasu, żeby pogadać.

PS. Felieton był już w druku, gdy władza odpaliła sensację o zamachowcu (co prawda niedoszłym, ale zawsze) z Krakowa. Wygląda więc na to, że premier deklarował obronę narodu i „mniejszości” przed Brunonem K., zwłaszcza, że człowiek ten łączy w sobie cenną propagandowo nienawiść do władzy z jakże poszukiwanymi przez rzeczone władze antysemityzmem i ksenofobią. Tak przynajmniej wynika z pierwszych danych ze śledztwa. Być może znajdą się w nim także inne pożądane cechy: homofobia i obowiązkowość w zakresie rodzenia dzieci z gwałtu.

Franciszek Kucharczak

ROK WIARY

Wyznanie wiary

Benedykt XVI zachęca, by jego tekst stał się częścią codziennej modlitwy każdego wierzącego. Odmawiane w duchu pobożności pozwala ugruntować podstawy.
Wierzę w jednego Boga,
Ojca Wszechmogącego,
Stworzyciela nieba i ziemi,
wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.

I w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami.

Bóg z Boga,
Światłość ze Światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony, a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.

On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba.
I za sprawą Ducha Świętego
przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem.

Ukrzyżowany również za nas
pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.
I zmartwychwstał trzeciego dnia,
jak oznajmia Pismo.

I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca.
I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych,
a królestwu Jego nie będzie końca.

Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela,
który od Ojca i Syna pochodzi.
Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę;
który mówił przez Proroków.

Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.
Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów.
I oczekuję wskrzeszenia umarłych
i życia wiecznego w przyszłym świecie.
Amen.

Sobór w Nicei i Konstantynopolu

Pismo Święte

Natchnienie, kanoniczność, autentyczność dzisiejszego tekstu Pisma Świętego i jego zgodność z tekstem pierwotnym, hermeneutyka biblijna obejmująca naukowe i teologiczne zasady interpretacji tekstu.

Zajmuje się on kwestiami wspólnymi dla wszystkich ksiąg biblijnych. Takimi zaś są: natchnienie, kanoniczność (i w związku z tym również sprawa apokryfów), autentyczność dzisiejszego tekstu Pisma Świętego i jego zgodność z tekstem pierwotnym, hermeneutyka biblijna obejmująca naukowe i teologiczne zasady interpretacji tekstu (wraz z historią egzegezy).
NATCHNIENIE
Św. Paweł i św. Piotr mówią z czcią o Piśmie świętym jako natchnionym przez Boga (2Tm 3,16). „Nie z woli bowiem ludzkiej zostało przyniesione kiedyś proroctwo, ale kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” (2 P 1,21).

Wiara, że Pismo święte powstało pod natchnieniem Bożym nie znaczy, że autorzy ksiąg biblijnych pozostawali biernymi narzędziami piszącymi pod dyktando Ducha Świętego. Bóg, oddziaływując na człowieka, nie niszczy jego świadomości i wolności, jakie mu dał. Przeciwnie - uaktywnia je i rozwija. Powstanie każdej z ksiąg Pisma świętego związane było z widoczną dla ich autorów potrzebą najpierw narodu izraelskiego, później - nowego Ludu Bożego, Kościoła. Autorzy ci starali się jak najzgodniej z prawdą przedstawić opisywane wydarzenia czy pouczenie, jak św. Łukasz, który w pierwszych zdaniach swej Ewangelii wyznaje, że postanowił „zbadać dokładnie wszystko... i opisać po kolei”, by chrześcijański czytelnik „mógł się przekonać o całkowitej pewności nauki”, której mu udzielono (Łk 1,34). Stąd każda księga Pisma świętego, choć - jako natchniona - Boga ma za autora i jest nieprzemijającym Słowem Bożym, posiada zarazem piętno wyciśnięte na niej przez jej autora ludzkiego. Słowo ludzkie staje się Słowem Bożym. Historycznoliterackie badania ksiąg biblijnych, pozwalając odkryć myśl ich ludzkich autorów, prowadzą jednocześnie do odkrycia myśli Bożej.

Działanie Ducha Świętego w przedstawionej w Biblii historii zbawienia jest jednak wcześniejsze od jej spisania. Duch Boży kieruje wybranymi ludźmi w ich istotnym dla tej historii działaniu - jak Abrahamem, Mojżeszem, wielu innymi, a przede wszystkim samym Jezusem, na którego zstąpił (Łk 3,22), później zaś apostołami, na których przez Jezusa, uwielbionego Pana, został zesłany (Dz 2,1-4). Duch Święty każe mówić prorokom, każe głosić Ewangelię apostołom, zanim jeszcze ich pouczenia i wezwania zostaną spisane. Stąd można mówić o natchnieniu Bożym do określonego działania, o natchnieniu do głoszenia Słowa Bożego oraz natchnieniu do spisania wydarzeń historii świętej i głoszonych w imieniu Bożym słów. Natchnienie biblijne jest jednym z momentów realizowanej przez Boga (i poddających Mu się ludzi) historii zbawienia świata. 
OBJAWIENIE BOŻE
Bóg objawia się człowiekowi, tzn. zwraca się do człowieka jako do istoty zdolnej Go zrozumieć i odpowiedzieć na Jego wezwanie, czyli uwierzyć Mu.

Bóg objawił się człowiekowi od początku jego dziejów, by uczynić go swym dzieckiem, przyjacielem i powołać do życia wiecznego (tzw. objawienie pierwotne). Człowiekowi, który popadł w niewolę grzechu i śmierci, objawia się, żeby go zbawić (objawienie historyczne). Tak objawił się patriarchom wybranego przez siebie narodu izraelskiego, tworząc sobie lud Starego, czy raczej Pierwszego Przymierza, nosiciela obietnicy zbawienia całej ludzkości. Wybawia ten lud z niewoli egipskiej, a później z niezliczonych niebezpieczeństw, objawiając w ten sposób swoją zbawczą wolę i moc. Przemawiał później do tego ludu przez proroków, nawołujących do wiary w jedynego Boga, Pana i Zbawiciela i do przestrzegania Jego przykazań, zwłaszcza zachowania sprawiedliwości w stosunkach między ludźmi.

Gdy nadeszła zamierzona przez Boga „pełnia czasu”, zesłał On swego Syna, Jezusa Chrystusa, narodzonego z Maryi Panny. Głosi On Dobrą Nowinę o zbawieniu, umiera na krzyżu i zmartwychwstaje, objawiając w ten sposób Bożą ojcowską miłość do człowieka i Jego wolę wyzwolenia go z grzechu i śmierci. Nie tylko jednak słowa i czyny Jezusa, lecz po prostu On sam stał się objawieniem Ojca: jest jedno z Ojcem tak, że kto Jego widział, widział i Ojca.

Wzywając wszystkich do wiary w siebie i w Tego, który Go posłał, tworzy Jezus Lud Boży Nowego, Drugiego Przymierza. Tym ludem jest Kościół Chrystusowy - ci, którzy uwierzyli. Powołani do tego nowego Ludu Bożego są jednak wszyscy ludzie, wszystkich bowiem chce Bóg zbawić i doprowadzić do poznania prawdy.
Boże Objawienie przekazywane było przez tych, którzy uwierzyli, z pokolenia na pokolenie - najpierw w narodzie izraelskim, później w Kościele. Dlatego w związku z Objawieniem mówi się o Tradycji. Przekazywane z pokolenia na pokolenie Objawienie spisane zostało w księgach uznawanych przez tę Tradycję za natchnione przez Boga. Tworzą one Pismo święte. 
WIARYGODNOŚĆ
Wiara zwraca człowieka ku Bogu. Człowiek oddaje Mu się w absolutnym przekonaniu, że znajduje w Nim nieskończoną Prawdę i niezawodną Miłość. Wierzy w Niego i w Jego Objawienie, ponieważ jest On Prawdą i Miłością, a nie dlatego, by Bóg i Jego zbawcze działanie stało się dla niego czymś oczywistym i zrozumiałym. A przecież mimo to wiara jest postawą rozumną.

Można się tu odwołać do wiary występującej w stosunkach między ludźmi. Bardzo wiele wiadomości przyjmuje się od innych ludzi, którym się wierzy. Najczęściej nie sprawdza się tego, a nawet - praktycznie biorąc - nie można tego sprawdzić. Wierzy się drugiemu człowiekowi, podejmując z nim razem jakieś ważne sprawy, tym bardziej zawierając z kimś przyjaźń, a najbardziej - podejmując wspólne życie w małżeństwie. Wówczas rzeczywiście zawierza się siebie drugiemu: składa się swój los w jego ręce. Czy jest to postawa rozumna? Jeśli wierzy się komuś godnemu wiary (wiarygodnemu) - to tak. Jeśli wierzy się komuś niegodnemu wiary - jest to nierozumne i naiwne.

Bóg jest absolutną Prawdą i niezawodną Miłością. Ale objawia się człowiekowi przez pośrednictwo ludzi. „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg... przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówi! do nas przez Syna” (Hbr 1,1-2). Przekonanie, że wierząc postępuje się z sensem, płynie nie z wiarygodności Boga (ta nie może być kwestionowana), lecz z wiarygodności wysłanników Bożych, przez których Jego Objawienie dociera do innych ludzi.
Jedni z nich - to autorzy ksiąg biblijnych i ci, o których one mówią, jak Mojżesz, prorocy, mędrcy Starego Testamentu, a przede wszystkim sam Jezus Chrystus i Jego uczniowie. Inni - to nasi poprzednicy w wierze (czyli Kościół), którzy przekazywali wiarę kolejnym pokoleniom aż do naszych czasów. Jeszcze inni - to ci, których sami znamy: Kościół dzisiejszy. Wśród nich i ci, którzy swoim świadectwem kształtują naszą wiarę... 

Najważniejszy dogmat o Jezusie Chrystusie

Dogmat o Chrystusie - w sensie ścisłym - zaczął się rozwijać w czasie, gdy Kościół zakorzenił się już w greckiej kulturze. Zastanawiano się wtedy, w jaki sposób mówić o Chrystusie poprawnie - z ks. prof. Łukaszem Kamykowskim, teologiem, pisarzem, rozmawiają Urszula Jagiełło i Sławomir Rusin.

Księże Profesorze, czym są dogmaty?


Samo słowo "dogmat" chrześcijanie zaczerpnęli z języka greckiego, nazywając tak krótkie twierdzenia wyjaśniające to, w co wierzą. Od samego początku Kościół pierwotny miał przeświadczenie, że życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, trzeba postrzegać w szerszym kontekście. Historia zbawienia jest bowiem o wiele dłuższa i rozpoczyna się jeszcze na kartach Starego Testamentu. Same tylko określenia osoby Jezusa, takie jak Chrystus, Mesjasz czy Syn Boży, są zrozumiałe dopiero w odniesieniu do tradycji biblijnej, żydowskiej. W pewnym momencie stało się dla Kościoła jasne, że aby dotrzeć z Dobrą Nowiną do ludzi spoza tej kultury, trzeba z jednej strony sformułować jej treść jak najprościej, a z drugiej wyjaśnić, o co w niej tak naprawdę chodzi.

Powstawały więc krótkie formuły, które później zostały nazwane dogmatami. Pierwsze z nich związane były z chrztem, udzielanym od początku w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Przyjmującym chrzest próbowano jak najprościej wyjaśnić, o jakiego Ojca, Syna i Ducha chodzi.

W tym samym czasie powstały Ewangelie, listy św. Pawła, listy katolickie, Piotra, Jana, Jakuba, które przybliżały postać Jezusa. Czytając dzisiaj Nowy Testament zauważamy, że już jego autorzy odwołują się do czegoś, co można nazwać zalążkiem tzw. dogmatu chry. Przykładowo św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy, oraz jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy (1 Kor 8,6).

To był pierwszy dogmat?

Nie w naszym współczesnym rozumieniu. Przytoczony fragment pokazuje jednak, że historia tego dogmatu sięga jeszcze Starego Testamentu. Święty Paweł nawiązuje bowiem do żydowskiego wyznania wiary, opartego na słowach zaczerpniętych z Księgi Powtórzonego Prawa: Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem-Panem jedynym (Pwt 6, 4). Nie można zrozumieć wymiaru Pawłowego wyznania bez świadomości tego, jakie znaczenie miały dla Żydów użyte przez Pawła sformułowania. To były słowa, z którymi pobożny Żyd się nie rozstawał, bo tak nakazywało mu Pismo: Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach (Pwt 6,6-9).

Dogmat o Chrystusie - w sensie ścisłym - zaczął się rozwijać w czasie, gdy Kościół zakorzenił się już w greckiej kulturze. Zastanawiano się wtedy, w jaki sposób mówić o Chrystusie poprawnie. Stałym punktem odniesienia było pytanie, co prawda o Jezusie oznacza dla życia i zbawienia człowieka; jak poszczególne sformułowania oddają naszą nadzieję na życie wieczne i wiarę w zbawienie przez Chrystusa.

Tak zapewne pojawiło się trudne dziś do zrozumienia sformułowanie "współistotny Ojcu"...

Przez cztery i pół wieku chrześcijanie spierali się o to, jak poprawnie ująć w słowa to, że Jezus jest naprawdę człowiekiem i naprawdę Bogiem, że nie są to dwie różne osoby, ale - w dwóch naturach. Chodziło o to, by jakoś wyrazić, że Chrystus należy do ludzkości i może coś zrobić w jej imieniu, a z drugiej strony, że ma moc Boga, który może człowieka zbawić. Chrystus jest jedno z nami i jedno z Bogiem. Od początku było bardzo trudno to wyrazić, dlatego że rzeczywistość, której uczniowie doświadczyli, w którą uwierzyli i którą przekazywali, rozbijała przyjęte schematy ludzkiego myślenia i działania.

Ojciec Augustyn Jankowski, benedyktyn, stwierdził kiedyś, że Bóg stał się człowiekiem, żeby poznać ludzki los, żeby zrozumieć, jak ciężko jest czasem człowiekowi słuchać Boga. Czy Bóg przez Wcielenie czegoś się nauczył?

Pismo Święte mówi wyraźnie, że tak. W Liście do Hebrajczyków czytamy: Chrystus nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. Stał się przyczyną wzgardzenia na wszystkie czasy. Bo takiego nam potrzeba było arcykapłana, doświadczonego we wszystkim, na nasze podobieństwo (Hbr 5,8).

A czy Bóg w Chrystusie też cierpiał, gdy Jezus umierał na krzyżu?

Trzeba mieć świadomość, że wszystkie ludzkie pojęcia są tutaj nieadekwatne. Teolodzy mówią, że Bóg wprawdzie cierpieć nie może, ale może współcierpieć. Ojciec współcierpiał z Synem.

Konsekwencją przyjęcia dogmatu chrystologicznego jest tzw. wymiana orzekań (communicatio idiomatum). Polega ona na tym, że cechy Boże orzeka się o Chrystusie nazwą wziętą z Jego ludzkiej natury, a cechy ludzkie nazwą wziętą z Jego Boskiej natury. Dlatego można powiedzieć, myśląc o Chrystusie, że Bóg cierpiał, że Bóg umarł na krzyżu, tak samo jak można powiedzieć, że człowiek jest w Ojcu, jest obecny w Trójcy. To są te paradoksy, które Kościół napotyka od początku swego istnienia.

Ewangelia niezwykle oszczędnie opisuje to, co czuł (w sensie psychologicznym) Jezus, umierając na krzyżu. Mimo to o siedmiu ostatnich słowach Chrystusa napisano tomy medytacji.

I żadnego dogmatu...

Żadnego. Na pewno Jezus przeżywał dramat ludzkiego losu w jakiejś niesłychanej intensywności, doświadczając bliskości Boga i jej utraty. Wołanie: Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił? jest na pewno o wiele bardziej dramatyczne w Jego ustach niż w ustach jakiegokolwiek innego człowieka, który tak ę nie wie, kim jest Bóg. W tym cierpieniu Chrystus miał jednak paradoksalnie świadomość Bożej obecności, tzn. był przekonany, że do końca idzie drogą, którą pokazał Mu Ojciec. Widać to u mistyków: odczuwają pokój i radość, a zarazem przeżywają wewnętrzne dramaty. Cierpienie i radość wcale nie muszą być rozłączne.

Czy można powiedzieć, że dogmaty to nauczanie Kościoła w pigułce?

Nic nie jest w stanie w pełni ująć prawdy o Bogu. Wyrażanie prawd wiary w dogmatach można porównać np. do światełek po bokach szosy. One pokazują, jak należy jechać, żeby nie wpaść do rowu albo na drzewo. Jeśli się pomiędzy nimi mieścimy, otwiera się przed nami droga, która teoretycznie prowadzi w nieskończoność.

Kościół nigdy nie uważał swoich dogmatów za wyczerpanie prawdy, ale za postawienie pewnych granic, poza którymi przestaje brać odpowiedzialność za głoszone poglądy. Każdy może mieć swój pogląd na to, jaki jest Bóg i świat. Kościół za pomocą dogmatów pokazuje, które z tych poglądów mieszczą się w obrębie głoszonej przez niego Ewangelii, przekazanej od Apostołów, a ostatecznie także od Jezusa Chrystusa.

Oczywiście w historii zdarzało się, że znacznie częściej odwoływano się do dogmatów niż do Pisma Świętego. Przykładowo XIX-wieczna teologia prawie wyłącznie rozwijała się wokół wyjaśniania dogmatów. Zareagował na to Sobór Watykański II, przypominając, że pierwszym źródłem, z którego należy czerpać, jest Słowo Boże zawarte w Biblii, dogmaty natomiast spełniają rolę pomocniczą i niejako rozwijająto, co jest w Piśmie Świętym.

Trudno chyba w Piśmie Świętym znaleźć podstawy dogmatu o nieomylności papieża.

Niektórzy mówią żartobliwe, że dogmat o nieomylności miał bronić wszystkich innych dogmatów. Mówiąc poważnie, z każdym dogmatem było tak, że w pewnym momencie przychodziła pora, żeby prawdę, którą Kościół żył zawsze, którą podskórnie wyczuwał, wypowiedzieć oficjalnie i jednoznacznie, ponieważ była ona jakoś zagrożona.

Przez dogmat Kościół wyraża to, co uważa za zawarte niejako wirtualnie w źródłach objawienia: w Piśmie Świętym oraz najstarszej apostolskiej tradycji. Dla laika rzeczywiście może to być trudne do pojęcia, zwłaszcza kiedy sformułowania odbiegają bardzo daleko od tego, co wprost można znaleźć w Piśmie Świętym.

Podobnie było z dogmatami maryjnymi? Nowe dogmaty dotyczą głównie Maryi. Osoba Chrystusa nie wzbudza już dzisiaj takich dyskusji jak w starożytności?

Trzeba podkreślić, że każdy dogmat maryjny ostatecznie ma w tle Chrystusa. Maryja funkcjonuje zawsze jako zaczątek tego, co ma stać się udziałem całego Kościoła. Tak też mówi o niej Sobór Watykański II w rozdziale poświęconym Bogarodzicy.

W teologii mówi się też o pewnej hierarchii dogmatów: jedne są podstawowe, a inne wyjaśniają prawdy wiary w mniej znaczących . W samym centrum nauczania jest prawda: Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie (Rz 10, 9). Dla św. Pawła "Pan" - Kyrios, zastępuje Imię Boże Ja Jestem. W samym centrum nauczania jest więc prawda o Bogu w trzech Osobach; Syn jest równy Ojcu, równocześnie jednak Syn może się zwrócić do Ojca, a Ojciec może się zwrócić do Syna. Obaj w tej relacji obdarowują się Kimś trzecim - Duchem, który też ma wszystkie cechy Boga Osoby, ale w jakiś inny sposób niż Ojciec i w inny niż Syn. Dlatego przyjęcie prawdy o Chrystusie współistotnym Ojcu, Duchowi Świętemu, a także człowiekowi jest sprzężone ściśle z prawdą o Trójcy Świętej. I to jest samo centrum nauczania Kościoła.

A pozostałe dogmaty to tylko komentarz?

Sformułowania pomocnicze, uściślające, precyzujące. Wiele dogmatów nie zostało nigdy uroczyście ogłoszonych. Są takie twierdzenia w powszechnym nauczaniu Kościoła, które nigdy nie zostały w chrześcijaństwie zakwestionowane, np. to, że Bóg stworzył świat. Nie ma żadnej definicji dogmatycznej na ten temat, ale przecież wierzymy, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo.

Ojciec André Gouzes, francuski dominikanin, uważa, że być może nadszedł czas, by prawdy wiary zostały wypowiedziane nowym językiem. W Credo np. jest wiele treści, których nie zauważamy, bo inaczej rozumiemy te słowa, niż rozumieli je starożytni. Nowy język mógłby te ukryte dla nas znaczenia jakoś przybliżyć?

Być może. Trzeba jednak uważać, by przekładając jakąś formułę na nowy język, nie wyć dziecka z kąpielą. Można na dwa sposoby wprowadzać ludzi w chrześcijaństwo: przekładać do pewnego stopnia dawne wyrażenia na język współczesny, ale ze świadomością, że w języku z telewizji i Internetu wszystkiego się nie wyrazi, albo wprowadzać ludzi w znaczenie tradycyjnego języka Kościoła i sens jego sformułowań. Analogicznie - przekłada się Biblię na coraz więcej języków, a równocześnie mówi się, że jeżeli chcesz ją naprawdę zrozumieć, naucz się hebrajskiego i greki. Podobnie też dobry profesor fizyki potrafi bez skomplikowanych równań opowiedzieć gimnazjaliście o głównych ideach teorii względności Einsteina, ale jeżeli ktoś chce ją naprawdę poznać, musi się nauczyć równań różniczkowych.

Nie da się wyrzucić i zastąpić czymś zupełnie nowym formuł, o które chrześcijanie spierali ę przez wieki. Nie można się łudzić, że nagle użyje się nowych pojęć, nie sięgając do starych. Trzeba do nich wracać, wnikać w ich sensy i powiązania, choćby dlatego, żeby zobaczyć, czy czegoś nie zgubiliśmy.

Człowiek chciałby wiedzieć jak najwięcej. Dopóki jego dociekania służą zbawieniu - wszystko w porządku, gorzej, jeśli fałszywe poszukiwanie "prawdy" służy poróżnieniu ludzi. Zawsze też trzeba pamiętać, że w kwestiach wiary nie można poznać wszystkiego. Jeśli człowiek nie rozumie, że jest ograniczony, nie zrozumie niczego innego. 

ks. prof. Łukasz Kamykowski, teolog, dyrektor Międzywydziałowego Instytutu Ekumenii i Dialogu UPJPII w Krakowie, kierownik Katedry Chrystologii, autor publikacji naukowych i książek dla dzieci.

Słowo Pasterskie Księdza Arcybiskupa Metropolity do odczytania w kościołach Archidiecezji w niedzielę, 18 listopada br.

Wymuszanie pokoju

Pokój nie jest skutkiem starań o pokój, lecz o sprawiedliwość

 

Jak co roku przed Świętem Niepodległości nasiliła się propaganda miłości. Miłością zionęły głównie „czołowe media”, z góry ustawiając władzę w roli sprawcy zgody, życzliwości wzajemnej i jedności, którą chcą zakłócić faszyści. Bo faszyści to wszyscy ci, których władza nie lubi i do nielubienia ludowi podaje. Poznaje się ich po tym, że noszą moherowe kominiarki. I to przez nich my, Polacy, tylko się kłócimy i kłócimy. A przecież my, Polacy, jesteśmy tymi kłótniami już bardzo zmęczeni.

Pokojowy jazgot jest tak podawany, żeby przeciętny odbiorca uznał, że brak sporu jest najwyższą wartością, a bycie wypoczętym jest szczytem ludzkich dążeń.

O tak, spokój ma u nas wielkie tradycje. „Imperatorowa i państwa ościenne przywrócą spokojność obywatelom naszym, przeto z wolnej woli dziś rezygnujemy z pretensji do tronu i polskiej korony” – napisał nasz ostatni król w akcie abdykacji. Na co komu taka „spokojność”? Jeśli dziś mamy wolność, to dzięki tym, którzy nie ulegli pokojowej gadaninie. Także tej peerelowskiej, z hasłami rozwieszonymi na co piątym murze, że „zgoda buduje”. Otóż nie buduje – jeśli jest to zgoda na zło. Nie można się zgadzać z tym, co po ludzku niedopuszczalne. Sprzeciw jest wtedy moralnym obowiązkiem i nie ma żadnego znaczenia, jak bardzo to elitom się nie podoba i jak mocno kogo męczy.

Co z tego na przykład, że prezydent wzywa do spokoju i zgody, skoro wskutek jego (choć nie tylko jego) „kompromisowej” polityki wciąż giną ludzie? Czy dla komfortu władzy mamy milczeć nad ciałkami kilkuset dzieci rocznie? Czy mamy siedzieć cicho wobec niszczenia i mrożenia ludzi w procedurze in vitro? I co z tego, że prezydent szeroko się uśmiecha i z ojcowskim wejrzeniem apeluje o zgodę? Jeśli zgadza się na taką niesprawiedliwość, jego apele są puste.

A tak, elity nie chcą słuchać „wiecznie o tym samym”: o aborcji, o związkach partnerskich, o in vitro i tym podobnych szaleństwach. Właśnie to najbardziej męczy „autorytety”. Bo chcą przepchnąć to wszystko w spokoju. Chcą rozwalić rodzinę po cichu, niepostrzeżenie zdemoralizować dzieci urodzone, a nieurodzone zabić bez krzyku lub bez problemów wyprodukować i sprzedać jak towar na zamówienie. Tego wszystkiego chcą, i wielu innych zgubnych rzeczy, w których pławi się postchrześcijańska cywilizacja. Dlatego na użytek pseudochrześcijańskiej propagandy odkurzają zeszyty z religii i pouczają: „Jezus kazał nadstawiać drugi policzek”. Tak, kazał nadstawiać, ale własny – nie cudzy. Gdy biją, a nawet zabijają kogoś innego, uczniowi Chrystusa nie wolno patrzeć na to bezczynnie. Nie gadajcie o belce w moim oku, gdy wyrzucacie do śmietnika oczy dziecka, razem z jego ukręconą głową. Nie mówcie „nie sądźcie”, gdy na jaw wychodzą fakty o tym, coście zrobili – a nie opinie o was. Nie jazgoczcie o rzucaniu kamieniami, gdy was przygniatają argumenty. Prawdziwy pokój jest skutkiem sprawiedliwości, a nie wymuszonej ciszy.


FRANCISZEK KUCHARCZAK

Przyjaźń małżeńska? – a tego nikt nie przyrzekał...

Czy da się przenieść doświadczenie przyjaźni między mężczyznami, czy też kobietami na relacje łączące kobietę i mężczyznę?

W całej liturgii małżeństwa i związanej z nią teologii nie znajdziemy pojęcia „przyjaźni małżeńskiej”, określającej jakąś istotną cechę tej fundamentalnej relacji mężczyzny i kobiety. Poszukując odniesień pośród współczesnych, najbardziej popularnych skojarzeń opisujących tę rzeczywistość, najłatwiej znaleźć pytanie: czy możliwa jest przyjaźń między kobietą i mężczyzną, która mogłaby zachować jakąś aseksualną, poza-erotyczną formę? Innymi słowy, czy da się przenieść doświadczenie przyjaźni między mężczyznami, czy też kobietami na relacje łączące kobietę i mężczyznę? Oczywiście jest to skojarzenie, które uwidacznia, jak bardzo odeszliśmy dzisiaj w definiowaniu pojęcia „przyjaźń” od klastycznych wzorców, które postrzegały ją jako najbardziej wyrazistą formę miłości. Jan Pazdan zauważa, że:


Do tej formy relacji nazywając ją „miłością przyjacielską”, odwołał się św. Tomasz z Aquinu omawiając istotę chrześcijańskiej miłości caritas, która jest miłością nadprzyrodzoną. Akwinata jest przekonany co do możliwości relacji przyjacielskiej z Bogiem, która jest udziałem w Boskiej chwale dzięki łasce Bożej. Wyraża ten pogląd jasno w słowach: „Jest rzeczą ewidentną, że miłość nadprzyrodzona (caritas), jest przyjaźnią człowieka z Bogiem”

(J. Pazdan, Przyjaźń w refleksji filozoficznej, „Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne” 2003, nr 1, s. 160).



Platońska wizja przyjaźni, która, w daleko idącym uproszczeniu, może być postrzegana jako „wspólnota między podobnymi” umożliwiająca poszukiwanie mądrości przez filozofów, ale również pozwalająca na budowanie ładu i sprawiedliwości, to rzeczywistość, która wynosi to, co naturalne w relacjach, do tego, co filozof nazywa pierwszym i absolutnym Dobrem. Każda przyjaźń ludzka nabiera prawdziwego sensu w odniesieniu do Pierwszego Przyjaciela (por. Platon, Lizys). Zatem przyjaźń, mając w swych fundamentach dobro, łączy ludzi podobnych sobie, zakładając jednoczenie wzajemność owej relacji. Owa wzajemność pozostaje dla Platona integralną cechą przyjaźni. Tak rozumiana przyjaźń możliwa jest w ściśle określonych warunkach, tam, gdzie nie zostaje skażona impulsem zmysłowym, bądź też obecnością zła pośród przyjaciół.

Dla Arystotelesa przyjaźń – jak pisze dalej Pazdan – „jest pewną cnotą lub czymś z cnotą związanym, a ponadto jest czymś dla życia najkonieczniejszym, bo bez przyjaciół nikt nie mógłby żyć, chociażby posiadał wszystkie inne dobra” (Arystoteles, Etyka Nikomachejska VIII 1, 1155, cyt. za: J. Pazdan, dz. cyt., s. 165). Koncepcja ta zakłada, że przyjaźń czyni zdolnym do utrzymywania twórczych relacji potrzebnych dla osiągnięcia celu, jakim jest dobro poznawania i kontemplacji najwyższych prawd. Stagiryta wymienia warunki zaistnienia przyjaźni, pośród których do najistotniejszych należą: podobieństwo lub jedność, życzliwość czyli pragnienie dobra dla przyjaciela, wzajemność relacji. Ciekawym elementem tej koncepcji jest definiowanie przyjaciela, jako alter ego podkreślające, w jaki sposób indywidualności łączą się ze sobą, dążąc do zrozumienia przyjaciela jako „drugiego siebie”. Owo „przenikanie” – będąc naturalnym wobec krewnych, natomiast dla osób niespokrewnionych pozostając warunkiem przyjaźni – staje się owocem wyboru i formowania relacji.

Świat chrześcijański przynosi w tej materii zasadniczą zmianę w jej punkcie wyjścia. Mianowicie mamy do czynienia nie tylko z rzeczywistością naturalną, która dla filozofów stanowiła przedmiot doskonalenia, ale rozpoznajemy rzeczywistość miłości, jako dar ofiarowany bezinteresownie człowiekowi ze strony Stwórcy i Odkupiciela, a zatem dar łaski, niebędący li tylko przedmiotem doskonalenia dla osiągnięcia jakiś celów (chociażby ukształtowania idealnego obywatela). Objawienie, które otrzymaliśmy w Chrystusie, prowadzi nas do rozpoznania prawdy, iż miłość, a w tym rozumieniu i przyjaźń, staje się ważniejsza niż jakikolwiek cel, ważniejsza nawet niż życie, które należy poświęcić – na wzór Chrystusa, jeżeli miłość tego wymaga. Ta koncepcja miłości nie wyklucza naturalnych uczuć człowieka, lecz je przemienia i zaprasza do wzrastania ku ideałowi. Historia myśli chrześcijańskiej często podkreślała za św. Augustynem, że przyjaźń między ludźmi możliwa jest tylko w Bogu.


Koncepcja ta przynosi owoc najbardziej dojrzały w myśli przywoływanego na początku św. Tomasza z Aquinu, który tłumaczy istotę miłości nadprzyrodzonej przy pomocy pojęcia przyjaźni. Jak zaznacza cytowany przez nas wcześniej J. Pazdan:


przyjaźń, w kontekście św. Tomasza zakłada nie tylko dzielność etyczną, ale także współpracę z łaską nadprzyrodzoną […] przyjaźń to przestrzeń dobrego spotkania, to przestrzeń miłości polegającej na wzajemnym pragnieniu dobra wśród ludzi. Tym dobrem jest ich szczęście, kulturalny rozwój, radość, zbawienie i samorealizacja, dlatego „kto znalazł przyjaciela, skarb znalazł”. Przyjacielem jest nam Bóg, ale jest i człowiek. […] Prawdziwi przyjaciele rozwijają się nieustannie i razem osiągają szczęście (tamże, s. 172-173).


Przypomnienie owej klasycznej wizji „miłości przyjacielskiej”, nie roszcząc sobie pretensji do całościowego ujęcia i korzystając z cytowanej pracy innych, pomóc nam może w przyglądaniu się relacjom małżeńskim które nazwać możemy przyjaźnią z perspektywy duszpasterza i teologa małżeństwa i rodziny.

O przyjaźni między małżonkami

Zarysowana wyżej klasyczna wizja przyjaźni prowadzi nas do równie klasycznego ujęcia relacji małżeńskiej jako ikony miłości Boga. Wyniesienie przymierza kobiety i mężczyzny do godności sakramentu sprawia, iż ludzka i piękna więź zostaje nie tylko zaproszona, ale wręcz zobowiązana do dążenia do świętości, a w konsekwencji do stawania się obrazem Tego, który jest prawdziwe Święty. Bez ryzyka przesady możemy powiedzieć, że w sakramencie małżeństwa realizuje się wspomniana wcześniej idea ludzkiej przyjaźni możliwej tylko w Bogu. Małżonkowie postawieni wobec siebie w jasno i precyzyjnie sformułowanym celu, aby stawać się jednością – dwoje, jednym ciałem – realizują ten cel na konkretnej drodze, jak to precyzował Jan Paweł II, ofiarując się w bezinteresownym darze drugiemu, pragnąc dla współmałżonka dobra. Decyzja o miłości małżeńskiej, wyrażona i potwierdzona w przysiędze małżeńskiej, w duchu wiary odwołuje się do mocy łaski Boga będącego źródłem tej miłości. To właśnie przez wolną decyzję człowieka – który ofiarowuje siebie, swoje życie, swą wolność drugiemu i jednocześnie powierza swój wybór wszechmocy Boga: „[…] tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący” – dokonuje się wspomniane wcześniej przekroczenie tego, co naturalne, ku nadprzyrodzoności. Miłość mężczyzny i kobiety, nie przestając być w pełni ludzką i piękną, staje się obrazem tej Miłości, która przekracza ludzkie możliwości percepcji. Oczywiście uczciwość nakazuje nam trzeźwo zaznaczyć, że kobieta i mężczyzna ślubując sobie miłość, wierność i uczciwość aż do śmierci, stają przed zadaniem ukazania światu prawdziwej Miłości, a że jest to zadanie niezwykle trudne, nie trzeba chyba nikomu tego specjalnie tłumaczyć.

Schodząc jednak na ziemię, warto spojrzeć na to wzniosłe zadanie stające przed małżonkami z perspektywy nieco zwyklejszej. Chciałbym przez chwilę zatrzymać się na jednym tylko elemencie więzi małżeńskiej, który wydaje się być najbardziej charakterystyczny dla zarysowania rzeczywistości przyjaźni między małżonkami. Mianowicie miłość małżeńska postrzegana w kategoriach zaufania. W liturgii sakramentu małżeństwa jest pewien gest, który przepięknie symbolicznie zarysowuje prawdziwe znaczenie zaufania między małżonkami. Tuż przed wypowiedzeniem słów przysięgi małżeńskiej, kapłan – świadek urzędowy, zwraca się do narzeczonych z przedziwnym w gruncie rzeczy wezwaniem: „podajcie sobie prawe dłonie”. Nie ma tam wezwania do okazania sobie uczuć, do przytulenia się czy podobnych gestów, ale właśnie w takich słowach wybrzmiewa w liturgii publicznie oświadczenie, które oznacza: „jestem blisko, jestem na wyciągniecie ręki, możesz na mnie liczyć, ale nie krępuję twoich ruchów, pozostawiam ci twoją wolność, ofiarując jednocześnie własną” (bo przecież trzymając za rękę „nie mogę” iść tam, gdzie sobie wymyślę). Mówimy w gruncie rzeczy o istocie małżeńskiej miłości, w którą wpisuje się pełne ufności powierzenie się sobie. Dla autentycznego realizowania takiej postawy konieczne jest zaufanie. Nikt przecież nie powierzy przypadkowo swej wolności (może ona zostać odebrana, ale nie powierzona). Potwierdzeniem tego gestu w liturgii jest przekazanie sobie obrączek, uważanych za znak miłości i wierności. Chciałoby się powiedzieć – znak mówiący, że małżonek, choć może nawet nie być blisko, to jednak ufa danemu słowu.


Postawy opisywane przez te symboliczne, liturgiczne gesty wpisują się jednoznacznie w zadane małżonkom powołanie do kształtowania swej miłości, stanowiąc jednocześnie czytelną ilustrację więzi rozumianej jako przyjaźń między nimi.

Przyjaźń małżonków

Obraz ten byłby jednak zafałszowany gdyby, mówiąc o małżeńskiej przyjaźni, zatrzymać się tylko na relacji między małżonkami. Bowiem we wzajemnej relacji powołani są oni do takiego kształtowania związku, aby ten będąc budowany na silnym fundamencie miłości małżeńskiej stanowił dla innych prawdziwy i autentyczny „dom otwarty”, tzn. promieniujący miłością na otoczenie. Oczywiście może to pozostać jedynie pobożnym życzeniem ze ślubnych kazań, jednakże nie zmienia to faktu, iż owo wezwanie wpisane jest w istotę sakramentu małżeństwa wraz ze związaniem miłości małżeńskiej z powołaniem do płodności związku. „Czy chcecie z miłością przyjąć […]” – jest to w sposób oczywisty pytanie o płodność pary małżeńskiej i zgodę małżonków na przyjęcie daru życia, ale byłoby zbyt wielkim uproszczeniem, żeby nie powiedzieć ograniczeniem, wizji miłość do jakiej Pan Bóg zaprasza mężczyznę i kobietę, gdybyśmy zechcieli tę niezwykle ważną jej cechę sprowadzić li tylko do biologicznej płodności. Mam wrażenie, że właśnie w tym fragmencie liturgii małżeńskiej zapisane jest również pytanie o „cały świat” mężczyzny i kobiety wnoszony przez nich do wspólnego życia, jak i „nowy świat” budowany przez nich od pierwszego dnia wspólnego życia. Bo przecież w małżeństwo wnoszą cały ładunek doświadczenia relacji, jakie budowli w swoim życiu, a także dodają ciągle nowe więzi, które angażują w pełni oboje małżonków, w imię wezwania do „stawania się jednym ciałem”. Dlatego wydaje się, że ważną perspektywą mówienia o małżeńskiej przyjaźni jest to, co promieniuje z ich wzajemnej miłości. Chciałbym zwrócić uwagę na dwa zasadnicze elementy tej przyjaźni.

Element pierwszy: zachować to, co cenne

To właśnie doświadczenie osobistych przyjaźni małżonków, to coś, co wnoszą do tego wyłącznego związku, jakim jest małżeństwo. Komunia małżeńska nie wyklucza przecież osobistej historii każdego z nich. Gdy narzeczeni przygotowują się do zawarcia małżeństwa, w czasie tzw. protokołu, kilkukrotnie zadaje się im pytania o ewentualne tajemnice, jakie mogliby zachowywać wobec siebie. Pyta się narzeczonych o stan ich zdrowia psychicznego, o stan majątkowy, ewentualne nałogi czy nawet długi. Nieczęsto jednak zwraca się uwagę, że jedną z tych istotnych tajemnic, jakie mogą wpłynąć na wspólne życie, są osoby zajmujące ważne miejsce w dotychczasowej historii. A przecież te właśnie wcześniejsze więzi decydują niejednokrotnie w sposób zasadniczy o formacji i przygotowaniu narzeczonych. Ich indywidualne przyjaźnie, które w żaden sposób nie muszą ulec zapomnieniu, stają się jednak istotnym elementem wspólnego życia. Zobowiązania wobec dotychczasowych przyjaciół pozostają nadal aktualne, choć dokonuje się w momencie podjęcia decyzji o małżeństwie zasadnicza zmiana. Przyjacielem staje się przede wszystkim małżonek. To właśnie ta więź staje się rzeczywistością fundamentalną dla wszystkich decyzji podejmowanych od momentu zawarcia małżeństwa.

Z praktyki pracy w Archidiecezjalnej Poradni Rodzinnej w Poznaniu wynika bardzo wyraźnie, jak często właśnie zlekceważenie owej koniecznej przemiany perspektyw doprowadza do konfliktów. Dostrzega się to najwyraźniej na płaszczyźnie zachowań, gdy zwłaszcza młodzi małżonkowie usiłują za wszelką cenę zachować dotychczasowy model życia, nie licząc się ze zmianami wynikającymi z małżeńskich zobowiązań. Ta perspektywa patrzenia na przyjaźnie małżonków wydaje się być niezwykle istotna zwłaszcza dla formacji narzeczonych i młodych małżeństw. To, co najważniejsze, to fakt, iż doświadczenie więzi przyjacielskiej zadzierzgnięte na przedmałżeńskim etapie życia musi podlegać transformacjom, a nie zanikowi.

Istnieje jeszcze jedna perspektywa, którą warto odnotować mówiąc o przyjaźni małżeńskiej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że jest to perspektywa najważniejsza, przynajmniej z punktu widzenia oddziaływania małżeństwa na otaczający ich świat.


Element drugi: otwarte sanktuarium

Tego, że istnieją przestrzenie zarezerwowane dla relacji małżeńskich i rodzinnych nikomu nie trzeba chyba wyjaśniać. Natomiast wydaje się uzasadnionym wskazanie, iż owej przestrzeni, którą bez zbytniej przesady można by nazwać „sanktuarium”, każde małżeństwo może wyznaczyć dowolne granice i są to granice niepodlegające żadnej negocjacji. A jednocześnie każde małżeństwo i każda rodzina posiada przywilej zapraszania do swego „sanktuarium” tych, których zaszczyca przyjaźnią. Wydaje się, że to właśnie w akcie wolnego otwarcia owych granic można wyznaczyć najczytelniejszy znak przyjaźni.

Dla mnie jako księdza – duszpasterza rodzin – jednym z niezapomnianych doświadczeń tego typu było zaproszenie do wspólnej rodzinnej modlitwy. Właśnie zaproszenie do wspólnej modlitwy, a nie zachęta do jej przewodniczenia. Klęcząc z tą rodziną, dyskretnie obok nich, miałem poczucie ogromnego przywileju, oto zostałem wpuszczony tam, gdzie zazwyczaj nikt nie wchodzi. Tego typu zaproszenie wiąże się oczywiście z ogromną odpowiedzialnością ze strony zaproszonego, odpowiedzialnością, która polega na umiejętności wyjścia w odpowiednim momencie i nieprzekraczania wyznaczonych granic. Bo przecież to, że wpuszcza się kogoś do środka nie oznacza, że może wejść, gdzie mu się podoba.

Pięknym znakiem przyjaźni w znaczeniu „otwierania sanktuarium” jest też gest nieco bardziej publiczny, ale w gruncie rzeczy również niezwykle intymny. Chodzi o gest błogosławieństwa rodziców w czasie różnych rodzinnych uroczystości, od Pierwszej Komunii po błogosławieństwo młodej pary przed ślubem czy syna – kapłana przed Mszą Świętą prymicyjną. Oczywiście w wielu wypadkach jest to gest tradycyjny, wykonywany schematycznie, przynajmniej w swej zewnętrznej formie, ale przyglądając się towarzyszącym mu emocjom mam często wrażenie uczestniczenia w czymś niezwykle intymnym, gdzie ktoś z zewnątrz jest zaledwie dopuszczony na mocy szczególnego przywileju (to chyba nie przypadek, że szczególnie błogosławieństwo młodej pary zazwyczaj dokonuje się w gronie najbliższych).

Tego typu znaki przyjaźni zdają się być najwymowniejszymi, a przez to najskuteczniejszymi formami autentycznego duszpasterstwa rodzin, rozumianego jako zaangażowanie odpowiednio przygotowanych rodzin w formację i prowadzenie innych osób żyjących w małżeństwie. Bowiem to właśnie przez świadectwo osobiste, niesformalizowane, autentyczne, a przede wszystkim zaangażowane, dokonuje się najbardziej głębokie spotkanie pozwalające na wzajemne obdarowywanie się i wyrastanie z niego owoców, do których w pierwszym rzędzie trzeba zaliczyć wspólne zbliżanie się do Boga, który jest Miłością.

Na zakończenie tej próby sformułowania myśli o przyjaźni małżeńskiej, muszę przede wszystkim wyrazić wdzięczność tym małżeństwom, które zaszczycają mnie swoją przyjaźnią, pozwalając uczestniczyć w tajemnicy małżeństwa, ubogacać się świadectwem ich miłości, dopuszczając niekiedy do niesienia wraz z nimi cząstki ich wspólnego trudu. Bowiem to właśnie jedynie takiemu doświadczeniu nie umyka najistotniejszy element zjawiska przyjaźni, jakim jest osobiste spotkanie.

ks. Paweł Pacholak 

Co się z nami dzieje po śmierci

Śmierć dotyczy ciała człowieka, jego materialnej części. Duchowe centrum samoświadomości i pamięci (dusza) żyje dalej. „Umieramy w Bogu", wobec Niego stajemy w momencie śmierci.

Pierwsze pokolenia chrześcijan żyły w przekonaniu, że Pan przyjdzie wkrótce, najprawdopodobniej jeszcze za ich życia (por. 1 Tes 4,15-17), a nawet jeśli ktoś umrze wcześniej, to jego czas oczekiwania na zmartwychwstanie będzie bardzo krótki. Z tego też powodu najwcześniejsza teologia chrześcijańska prawie zupełnie nie zajmowała się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o to, co właściwie dzieje się ze zmarłymi po śmierci, a przed zmartwychwstaniem

Chrześcijaństwo narodziło się ze zmartwychwstania Chrystusa, a więc z wydarzenia, którym ludzka śmierć została przezwyciężona mocą Bożą. Znaczenie tego wydarzenia stanowi rdzeń chrześcijańskiej nadziei: kresem życia nie jest śmierć, bo w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15, 23). Zgodnie z zapowiedzią samego Jezusa (por. J 14, 3), dokona się to przy Jego powtórnym, pełnym chwały przyjściu (paruzja), które zaowocuje także odnowieniem całej stworzonej rzeczywistości; 2 List św. Piotra mówi o nowym niebie i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość (3,13).

Trzy intuicje

Lata mijały i wyglądane z niecierpliwością powtórne przyjście Chrystusa nie następowało. Dla wielu musiał to być powód do sporego niepokoju, to z kolei prowokowało reakcje ze strony odpowiedzialnych za wspólnoty. Nowy Testament zarejestrował pierwsze próby wyjaśniania przyczyn „opóźnienia": Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia (2 P 3, 9). Pytania o los zmarłych nie można było jednak ignorować, dlatego w kolejnych wiekach zaczęły się pojawiać pierwsze próby odpowiedzi. Jako fundament teologiczny służyły przede wszystkim trzy intuicje obecne w tradycji Starego Testamentu.

Pierwsza dotyczyła pytania analogicznego do tego, przed jakim stanęli chrześcijanie: co się dzieje ze zmarłymi przed Dniem Sądu? Żydzi posługiwali się koncepcją szeolu - otchłani, która była czymś w rodzaju magazynu zmarłych. Udawał się do niego każdy, bez względu na to, jak żył, by oczekiwać na sąd. W szeolu przebywały niejako „cienie" ludzi – nie była to kraina życia, ale też nie piekło w rozumieniu „miejsca" kary. Egzystencja trwała, ale jakby w stanie uśpienia (nawet nie wychwala się tam Boga – por. np. Ps 6, 6, Ba 2,17).

Druga intuicja nie jest oryginalnie żydowska, stanowi zapożyczenie ze świata greckiego; chodzi o ideę nieśmiertelności duszy. Dzięki niej można było wskazać na rację ciągłości ludzkiej egzystencji pomiędzy śmiercią a oczekiwanym w dniu Pańskim zmartwychwstaniem ciała.

Intuicja trzecia pochodziła natomiast z praktyki pobożności: Żydzi modlili się i składali ofiary za zmarłych, a więc wierzyli, że możliwe jest przekazywanie dobra także tym, którzy nie żyją, oraz że można w jakiś sposób wpłynąć na ich pośmiertny los, wszystko bowiem zależy od miłosiernego Boga, który nie jest głuchy na modlitwę swego ludu.

Chrześcijanie w naturalny sposób odziedziczyli te trzy intuicje, przy czym poważnej modyfikacji ulec musiała idea szeolu. Już z bardzo wczesnymi interpretacjami zmartwychwstania Chrystusa wiązało się przekonanie, że wyprowadził On stamtąd sprawiedliwych, którzy już od momentu powstania z martwych Syna Bożego cieszą się owocami zbawienia. Nie jest to jeszcze absolutna pełnia, która przyjdzie wyłącznie ze zmartwychwstaniem ciała w dniu powtórnego przyjścia Chrystusa, ale jest to już stan jasno i definitywnie określony (do „dobrego łotra" Jezus mówi: dziś ze mną będziesz w raju – Łk 23, 43).

Zbawieni po śmierci przebywają tam, gdzie Chrystus przygotował im miejsce – u Ojca. Oczywiście takie przekonanie miało też swą „ciemną" stronę – dla nieprawych nie ma miejsca w domu Ojca, muszą oni zatem iść „na zewnątrz – w ciemności", gdzie jest „płacz i zgrzytanie zębów" (por. Mt 25, 30).


Czyściec – jeden czy kilka?

Wydawać by się mogło, że nie ma tu już właściwie miejsca na najbardziej charakterystyczny dla szeolu stan niedookreślonego oczekiwania, zdecydowana polaryzacja pośmiertnego losu na niebo i piekło na pierwszy rzut oka go wyklucza. Żywa wśród chrześcijan praktyka modlitwy za zmarłych przypominała jednak – i nie mogło to ujść uwadze Ojców Kościoła pierwszych wieków – że przecież nie każdego śmierć zastaje w stanie absolutnej sprawiedliwości, czyli pełnej gotowości na wejście do domu Ojca.

Jeśli modlimy się za zmarłych, to dlatego, że wierzymy, iż nasza modlitwa może im jakoś „dopomóc" także po śmierci. Zatem albo stan oddalenia od Boga jest jakoś odwracalny, albo oprócz stanów definitywnych – zbawienia i potępienia (nieba i piekła) – trzeba zakładać możliwość istnienia jeszcze jednego stanu „pośredniego" na drodze do zbawienia, stanu, w którym człowiek jakoś dojrzewa, dzięki modlitwie i ofierze żyjących sióstr i braci, do pełni jedności z Bogiem.

Idea „czasowego" tylko potępienia (zwana apokatastazą), które Bóg ostatecznie przezwycięży, tak że wszyscy, z szatanem włącznie, zostaną zbawieni na końcu czasów, pojawiała się w refleksji niektórych Ojców Kościoła, nigdy jednak nie zyskała powszechnej akceptacji. Uznanie jej za pewnik byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem, że grzech nie jest w stanie definitywnie oderwać człowieka od Boga. To z jednej strony stawiałoby pod znakiem zapytania rzeczywiste istnienie ludzkiej wolności, z drugiej – podważałoby sens poszukiwania Boga i wszelkiego moralnego wysiłku w życiu (po co mam się starać, jeśli i tak będę zbawiony?).

Natomiast druga z możliwych interpretacji, zakładająca istnienie „stanu przejściowego", systematycznie zyskiwała na znaczeniu w teologii łacińskiej i z czasem rozwinęła się w naukę o czyśćcu. Sama nazwa pojawiła się wprawdzie dopiero na początku XII w., ale główne intuicje znaleźć możemy już na przykład u św. Augustyna, czyli na początku wieku V.

Starotestamentalny wątek szeolu był jeszcze wykorzystywany przez Ojców Kościoła przy próbie odpowiedzi na inne pytanie. Co mianowicie z tymi, którzy umierają bez chrztu, ale nie popełnili przed śmiercią żadnego grzechu? Chodziło zwłaszcza o dzieci. Z jednej strony panowało przekonanie, że chrzest z wody jest konieczny do zbawienia, z drugiej – trudno było przyjąć możliwość potępienia kogoś, kto żadną wolną decyzją Boga nie odrzucił.

Niektórzy teologowie postulowali zatem możliwość istnienia jeszcze jednego stanu pośredniego, tym razem trwałego, do którego miałyby trafiać takie osoby (zwanego zwykle limbus puerorum). Otchłań ta nie byłaby ani miejscem potępienia, ani pełnego zbawienia. Inni szli jeszcze dalej, sugerując istnienie oddzielnego stanu także dla świętych Starego Testamentu (limbus patrum). Jeszcze w średniowieczu i w późniejszej scholastyce hipotezy te były mocno rozpowszechnione, nie stały się jednak częścią oficjalnego nauczania i współcześnie nie odgrywają już żadnej roli (Katechizm Kościoła Katolickiego mówi jedynie o niebie, czyśćcu i piekle).

Decyzja

Jeżeli jednak – jak zakładają omówione powyżej intuicje – rozstrzygnięcie co do ostatecznego i losu człowieka dokonuje się zaraz po śmierci, a nie dopiero w momencie powszechnego zmartwychwstania, pojawia się kolejny problem. Boży Sąd, w ramach którego jawne staną się czyny wszystkich ludzi i zło zostanie ostatecznie unicestwione, związany jest wyraźnie z ponownym przyjściem Chrystusa i końcem czasów. Założyć więc trzeba, że zaraz po śmierci także dokonuje się coś na kształt sądu, dotyczy jednak wyłącznie jednej osoby. Z tej intuicji rozwinęła się z czasem nauka o dwóch sądach: szczegółowym, zaraz po śmierci, oraz ostatecznym, towarzyszącym paruzji.


Spróbujmy zatem usystematyzować nasze współczesne rozumienie losów człowieka po śmierci. Przede wszystkim śmierć dotyczy ciała człowieka, jego materialnej części. Duchowe centrum samoświadomości i pamięci (dusza) żyje dalej. „Umieramy w Bogu", wobec Niego stajemy w momencie śmierci. Chwila ta (sąd szczegółowy) ma decydujące znaczenie – dokonuje się tu bowiem ostateczne, nieodwracalne, uwarunkowane oczywiście całym naszym życiem, wszystkimi wcześniejszymi wyborami, rozstrzygnięcie co do tego, czy chcemy przyjąć Bożą miłość, Jego przebaczenie, czy też je odrzucić; czy chcemy żyć we wspólnocie z Nim, czy bez Niego.

Odrzucenie Boga równa się stanowi piekła – wypowiedziane wówczas: „nie chcę Twojej miłości", staje się treścią „życia". Piekło można zatem opisać jako radykalną, wieczną odmowę przyjmowania i dawania miłości, absolutną samotność nienawiści. Możemy mieć nadzieję, że niewielu dokonuje takiego wyboru, że wobec Boga takiego, jakim jest, topnieją serca najbardziej zatwardziałych złoczyńców (wyrazem tej nadziei jest modlitwa Kościoła za wszystkich zmarłych bez wyjątku), lecz raczej nigdy nie będziemy mieli pewności, że nikt w stanie piekła się nie znalazł.

Dusza na kuracji

Losem zaś tych, którzy Bożą miłość przyjęli, jest pełna wspólnota z Nim (niebo, zbawienie), która zaczyna się albo bezpośrednio po sądzie szczegółowym, albo za pośrednictwem oczyszczenia (czyściec). W stan czyśćca wchodzą ci, którzy w momencie śmierci nosili w sobie ślady grzechu lub jego dalszych skutków (każdy grzech upośledza jakoś naszą zdolność do miłowania). Chodzi o przywrócenie człowiekowi stanu, jaki Bóg dla niego zamierzył, bo tylko wtedy będzie mógł w pełni doświadczać zbawienia.

To tak jakby czyściec chronił nas przed niepełnosprawnością w niebie – jest on rekonwalescencją, rehabilitacją po wypadku (wypadkach), jakim jest grzech. Tym boleśniejszą, że człowiek nic już sam dla siebie uczynić nie może – miłość musi być weń „wpompowana" przez modlitwę i ofiarę żyjących sióstr i braci, którzy spełniają rolę rehabilitantów odpowiedzialnych za rozruszanie sparaliżowanych grzechem kończyn...

Teologia scholastyczna posługiwała się czasowym wyobrażeniem czyśćca, dusza miała w nim pokutować w cierpieniu określoną liczbę lat, w zależności od stopnia skażenia grzechem. Dziś raczej skłaniamy się do myślenia w kategoriach intensywności: im więcej w człowieku trzeba odbudować, tym bardziej dojmujące jest to doświadczenie. Nie mamy jednak wystarczających podstaw w Objawieniu, by precyzyjniej określić ten stan.

Pewne jest natomiast, że z czyśćca prowadzi tylko jedna droga: do stanu, który zwykliśmy nazywać niebem, a którego istotą jest pełnia zjednoczenia z Bogiem. Stajemy się do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest (1 J 3, 2). Oczywiście, jest to jeszcze stan jakoś nie – dopełniony, o tyle o ile - z jednej strony – nie uczestniczy w nim ciało, materia (które włączone zostaną w dniu paruzji), z drugiej – nie zrealizowała się jeszcze pełna wspólnota między ludźmi, ponieważ część jest jeszcze w drodze. Można już jednak mówić o pełni, ponieważ na płaszczyźnie osobowej relacji z Ojcem, Synem i Duchem miłość osiągnęła swoją dojrzałą, ostateczną postać. Człowiek miłuje tak intensywnie, jak to tylko jest dla niego możliwe, i tak też intensywnie doświadcza bycia miłowanym. Jedność z Bogiem, za którą tak tęsknimy w tym życiu, staje się faktem. Więcej – treścią życia. Życiem samym.

ks. Grzegorz Strzelczyk

Krzyż się niesie, nie przestawia

Gdyby tak przeprowadzić sondaż wśród osób wierzących i zapytać, co ich zdaniem jest najważniejsze w życiu, przypuszczam, że na pierwszym miejscu uplasowałoby się zdrowie, potem rodzina i stabilność finansowa. Chrystus chyba musiałby się zadowolić dalszymi pozycjami.

Podczepić do orszaku, bo anuż coś skapnie...

Czytając dzisiejszą Ewangelię (Łk 14, 25-33), odnoszę wrażenie, jakby Jezus nie popierał idei chrześcijaństwa masowego. Widząc wielkie tłumy, kroczące za Nim, Nauczyciel zaczyna je odstręczać; mówi o niełatwych wymaganiach, które czekają Jego naśladowców; zmusza do zbadania intencji tych, którzy idą Jego śladami do Jerozolimy.

Czy Chrystus rzeczywiście nie chce, aby jak najwięcej ludzi stało się Jego uczniami? Sądzę, że chce, a nawet bardzo Mu na tym zależy. Tyle że chce mieć prawdziwych, a nie przyszywanych uczniów, którzy dołączają do Niego pod wpływem chwilowej euforii, oczarowania, spodziewanych zysków, szybko gasnącego zapału. Niewątpliwie, część z owych ludzi zapewne myślała sobie, że skoro Jezus – Mesjasz zmierza do Jerozolimy, to dlaczegóżby się nie podczepić do orszaku, bo anuż coś skapnie. Inni może po prostu ruszyli się ze swoich domów, bo zauważyli, że dzieje się coś ciekawego. Jeszcze inni żywili nadzieję, że w końcu Mesjasz zrobi porządek z Rzymianami, uwolni od płacenia podatków, i poprowadzi cały naród ku świetlanej przyszłości.

Nie zadowolić się przeciętnością

Najwyraźniej Jezus nie jest zainteresowany taką rzeszą pseudo-uczniów. A dzisiaj powiedzielibyśmy, że Chrystus nie poszczyciłby się tzw. chrześcijanami z nazwy, wierzącymi – niepraktykującymi lub niewierzącymi – praktykującymi, którzy wprawdzie przyznają się do Niego (kiedy nic im z tego powodu nie grozi), ale niewiele robią, żeby wzrastać w miłości do Boga i bliźnich. Zadawalają się przeciętnością; ograniczają religię do murów kościoła, oddzielając ją od codziennego życia lub kierują się jedynie społecznymi względami (bo co inni powiedzą, jeśli nie pójdę do kościoła).

Chrystus liczy na ludzi zdecydowanych, którzy wiedzą co i dlaczego wybierają i są konsekwentni w działaniu. Tak właśnie postrzegam główne przesłanie wyłaniające się z obrazu niesienia krzyża oraz dwóch przypowieści o budowniczym wieży i królu przygotowującym się do wojny.

Co tak naprawdę znaczy być uczniem Chrystusa?

Dla mnie ta Ewangelia jest zaproszeniem do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę znaczy być uczniem Chrystusa. Takie pytanie może okazać się bardzo niewygodne, gdyż można odkryć coś, o czym z pewną nutą ironii pisał w swoim dzienniku portugalski pisarz, Fernando Pessoa: „Urodziłem się w czasach, w których większość młodych ludzi straciła wiarę w Boga z dokładnie tego samego powodu, dla którego ich rodzice ją mieli: nie wiedząc dlaczego”.

Większość z nas została ochrzczona w wieku dzięcięcym, bo nasi rodzice czy opiekunowie wyznali za nas wiarę w Chrystusa. Ale czy był w naszym życiu taki moment, w którym z całą powagą zdaliśmy sobie sprawę, co tak naprawdę znaczy wierzyć w i iść za Chrystusem? Czy rzeczywiście podjęliśmy świadomą decyzję pójścia za Chrystusem, ważąc argumenty za i przeciw? Czy usiedliśmy kiedyś jak ów budowniczy i zastanowiliśmy się poważnie, czy chcemy i możemy dokończyć dzieła, które rozpoczęliśmy?

O autentyczności Jezusa świadczy to, że On nikogo nie mami, ani nie obiecuje gruszek na wierzbie. Gdyby tak przeprowadzić sondaż wśród osób wierzących i zapytać, co ich zdaniem jest najważniejsze w życiu, przypuszczam, że na pierwszym miejscu uplasowałoby się zdrowie, potem rodzina, stabilność finansowa itd. Tego zresztą najczęściej sobie życzymy podczas świąt i urodzin.

Tymczasem Chrystus prezentuje chrześcijaństwo przede wszystkim jako żywą relację z Nim samym, relację, która przewyższa wszystkie wartości tej ziemi: małżeństwo, rodzina, zdrowie, dobre imię, życie fizyczne, posiadłości. Jezus nie twierdzi, że to są śmieci. Nie odrzuca ich. Jednakże w porównaniu z Nim stają się one dobrami drugorzędnymi. Jeśli ktoś za bardzo się z nimi zwiąże, w chwili wyboru między Ewangelią a utratą określonego dobra, opowie się po stronie tego, z czym jest najbardziej związany.

Żądanie totalnej wyłączności

Równocześnie, pójście za Jezusem nie może być czymś, co czynimy po godzinach, w ramach hobby i wolnego czasu. Syn Boży żąda totalnej wyłączności, która czasem wymaga nawet naruszenia więzi rodzinnych, narażenia się innym, utraty zdrowia lub życia w imię prawdy i miłości A to nie jest łatwe.


Chrystus objawia, że jeśli ktoś chce pozostać Jego uczniem, musi być gotowy na poniesienie straty. Dlatego pośród warunków bycia Jego towarzyszem nie pojawia się przede wszystkim chodzenie na mszę św. w niedzielę, czy spełnianie jakichś pobożnych praktyk religijnych. To wszystko można wykonywać nie mając wiary.

Jezus odwołuje się do niezwykle wymownego, zwłaszcza w tamtych czasach, obrazu krzyża jako narzędzia kaźni. Przede wszystkim, widok nieszczęśnika niosącego poprzeczną belkę krzyża przypomina niechciany ciężar, który ktoś wtłacza człowiekowi na barki. Ukrzyżowanie polega również na długim i powolnym umieraniu. Mimo tych „niekomfortowych” skojarzeń, Chrystus używa tego obrazu, by wyrazić rzeczywistość o wiele głębszą.

Dźwigać swój własny krzyż

Wnikając bardziej w wypowiedź Jezusa, zauważmy, po pierwsze, że chodzi tutaj o niesienie krzyża, co zakłada pewien proces, bycie w drodze, ćwiczenie się dzień po dniu, mozolne i stopniowe dojrzewanie. Po drugie, Jezus nie oczekuje, abyśmy dźwigali Jego krzyż, lecz swój własny, przez co każe nam przyjrzeć się sobie. Po trzecie, istnieje pokusa, aby własny krzyż zbyt szybko utożsamić z każdym rodzajem cierpienia: chorobą, powtarzającymi się słabościami, czy sytuacjami po ludzku beznadziejnymi. Niewykluczone, że czasem i te przypadłości mogą stać się nieznośnym balastem i środkiem oczyszczającym ducha. Niemniej wydaje się, że Chrystusowi chodzi o bardzo specyficzny „ciężar”, który gdzie indziej nazwany jest „zapieraniem się siebie”, „wyrzekaniem się siebie”, a u św. Jana określony jest terminem „obumieranie”.

Znamy zapewne wypowiedź Jezusa z Ewangelii św. Jana, w której pada porównanie życia do ziarna wrzuconego w ziemię. Żadne nasienie nie wyda źdźbła, kłosu i ziarna, jeśli wpierw nie obumrze (Por. J 12, 24-26). Pójście za Jezusem, które polega na „wydawaniu owocu” (J 15,16) musi zawierać w sobie zgodę na obumieranie. Co to konkretnie oznacza? Jeśli każdy z nas niesie swój krzyż, każdy z nas ma różne obszary obumierania.

Dla mnie obumieraniem jest chociażby codzienne poświęcanie czasu na modlitwę, która nie zawsze jest przyjemna, nieraz oschła. Oddaję czas Bogu, ponieważ ciągle go od Niego otrzymuję. Modlitwa staje się wówczas wdzięcznością. Równocześnie zdaję sobie sprawę, że kiedy jestem w ten sposób dla Boga, tracę czas, gdyż mógłbym zrobić wiele innych rzeczy. Jednak decyduję się na rezygnację z tego, bo ufam, że Bóg cieszy się z mojej uwagi skierowanej ku Niemu, nawet jeśli wygląda to bardzo nieudolnie.

Obumieram również wtedy, kiedy codziennie zabieram się do tej samej pracy, robiąc to, co do mnie należy. Obecnie jest to studiowanie, pisanie, nieraz zmaganie z białą kartką i myślową pustką, które często konfrontują mnie z własnymi intelektualnymi i emocjonalnymi ograniczeniami w obliczu boskiej i ludzkiej mądrości. Obumieram, kiedy staram się nie uciekać przed tymi nieprzyjemnymi uczuciami w inne zajęcia, może łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące. Ale kiedy „przecierpię” ten stan i nie pierzchnę jak dezerter z linii frontu, przychodzi światło, pokój, wzmocnienie.

A co z innymi?

Myślę, że w podobny sposób obumierają narzeczeni, którzy decydują się na sakramentalny ślub, by razem iść przez życie i dojrzewać do pełniejszej miłości. Sam wybór jednej osoby jako towarzysza do śmierci jest rezygnacją, bo przecież wokół tyle innych pięknych kobiet i mężczyzn. Podjęcie odpowiedzialności za inną osobę jest też ogołoceniem siebie, bo nie można już sobie hasać jak jelonek na polanie i tańcować na wszystkich weselach. A następnie, codzienne życie małżeńskie jest praktycznie niemożliwe bez obumierania, czyli bez słuchania, chociaż często niewłaściwe słowo ciśnie się na usta; bez ustępowania, chociaż ma się rację; bez przebaczania, chociaż zranienia i urazy bolą; bez modyfikacji własnych oczekiwań, chociażby wydaje się że bez ich spełnienia życie rozpadnie się na kawałki.

Obumierają rodzice, którzy decydują się na poczęcie dziecka, co zrazu zakłada rezygnację z wielu przyjemności, ograniczenie swobody wyjazdów i imprez, nieprzespane noce, zakłócenie dotychczasowego porządku dnia. A potem długi i cierpliwy proces wychowywania, pełen niespodzianek, rozczarowań, wspólnych smutków i radości.

Paradoks Ewangelii

Ale paradoks Ewangelii polega na tym, że obumieranie nie jest sztuką dla sztuki. Bóg każe nam mówić „nie” jedynie temu, co nas wewnętrznie blokuje i skupia na sobie, by wydobyć to, co w nas najcenniejsze. W ten sposób pozbawia nas egoizmu, a zarazem uczy przekraczania siebie, które podobne jest do śmierci. Coś musi umrzeć, by zrodziło się nowe. Obumieranie, o którym mówi Chrystus, przynosi życie, plon obfity, wewnętrzną przemianę tego, kto obumiera ze względu na Chrystusa, czyli również dla dobra żony, męża, dziecka, parafian, bliźnich w potrzebie.

I na koniec jeszcze jedno. Wiemy doskonale, że jeśli deszcz nie nawodni ziemi, ziarno w glebie nie rozpocznie nawet procesu obumierania. Uschnie na kamień. Owym deszczem jest to, co teologicznie nazywamy łaską, czyli Bogiem udzielającym się człowiekowi.

Często zapominamy, że Eucharystia nie polega jedynie na przemianie chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, że na Mszy nie dokonuje się jedynie śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, ale w tym sakramencie chodzi również o naszą ciągłą przemianę, o naszą śmierć i zmartwychwstanie. Nie obumrzemy siłą naszej woli, bez pomocy Chrystusa, ale i nie przyniesiemy owocu, bo „bez Niego nic nie możemy uczynić” (J 15,5). Dlatego „chodzenie do kościoła”, aktywne uczestnictwo we mszy św., przyjmowanie Słów i Ciała Chrystusa, jest też obumieraniem, które przygotowuje nas do tego, by po wyjściu z kościoła obumierać w życiu codziennym. I przynosić owoce.

Dariusz Piórkowski SJ

Krzyżyk na śmierci

Układanie się ze śmiercią bierze się z braku nadziei na życie.

 

Różowy? Blee! – krzywi się dziewczynka z pierwszej klasy, gdy na lekcji omawiane są kolory. Ożywia się przy czarnym. Klasa podziela jej fascynacje. Nic dziwnego – wszystkie dzieci bawią się laleczkami Monster High lub im podobnymi wyrobami. Upiorki, wampirki – najlepiej z krwią cieknącą z ust, potworki, anorektyczne panienki z bladą cerą, nożem w ręce i czarnym makijażem na twarzy. Jak laleczka, to pewnie i łóżeczko? Jakie łóżeczko, ty ramolu! Trumienka!

Trupie akcesoria bardzo dobrze się sprzedają. Zeszyty szkolne, plecaki, piórniki, koszulki – truposze królują. To dziecięca wersja tego, czym ekscytują się tłumy dorosłych, ogłuszonych stosowną muzyką, ubranych w czarne wdzianka z czaszkowym szlaczkiem i radosnych jak upiór na urlopie.

Oni ponoć „oswajają śmierć”. A tak, są tacy naiwni, którym się wydaje, że śmierć można oswoić jak zwierzę. Widać jednak wyraźnie, że gdy człowiek obcuje z mroczną symboliką śmierci, to właśnie ona go oswaja i czyni z niego psa łańcuchowego. Fascynacja całym tym czarnym badziewiem – i to już u dzieci! – oznacza, że dzieje się coś nienaturalnego. To nie jest normalne, żeby człowiek miał upodobanie w tym, co ze swojej natury jest odpychające.

Gdy o tym myślałem, trafiłem na fragment z Księgi Mądrości: „Sprawiedliwość nie podlega śmierci. Bezbożni zaś ściągają ją na siebie słowem i czynem, usychają, uważając ją za przyjaciółkę, i zawierają z nią przymierze, zasługują bowiem na to, aby być jej działem” (Mdr 1,15-16).

Czy to tak nie jest? Gdzie wzrasta bezbożność, wzrasta upodobanie do grobowych klimatów. Rosnące w siłę czeredy głupawych halloweenowych truposzy w wigilię Wszystkich Świętych to znak czasu. To logiczne. Ta sama Księga Mądrości mówi przecież jasno: „Śmierci Bóg nie uczynił”. Fascynacja śmiercią jest więc fascynacją tym, czego Bóg nie uczynił. A jeśli czegoś nie uczynił, to tego nie ma.

Kult śmierci jest kultem pustki. Jest hołdem złożonym nicości. Bo śmierć to nie jest coś, lecz brak czegoś. To brak życia. To dziura w tym, co miało być całe.

Ktoś powie, że Kościół też posługuje się motywem śmierci. W kościołach atrybuty śmierci pojawiają się przecież bardzo często, zdarzają się obrazy i rzeźby szkieletów, a pod posadzką nieraz spoczywają zmarli. A „memento mori” kartuzów, a czaszki na stołach dawnych mnichów – czy to nie oswajanie śmierci?

Przeciwnie! Kościół stawia na grobach krzyże, bo Bóg postawił na śmierci krzyżyk. Śmierć jest skończona dla tego, kto wybiera życie. Jeśli w Kościele występuje śmierć, to tylko w charakterze trofeum albo przestrogi: skoro otwarto ci prawdziwe życie, nie bądź głupi, nie wybieraj prawdziwej śmierci. W Kościele nie ma żadnych wampirów, nie ma zombie i innych chodzących trupów, jakimi ekscytują się nihiliści spod czarnej gwiazdy. W Bogu nie ma żadnej ciemności. Używanie symboli mroku oznacza wybór mroku, a ten przyciąga władcę ciemności. Jeśli ktoś koniecznie chce się w to bawić, trudno mu zabronić. Jeśli jednak bawią się w to dzieci, to gdzie są ich rodzice?


Franciszek Kucharczak

Zaduszki morskie

Zaproszenie do piekła

Jak co roku tysiące klubów, szkół, a nawet przedszkoli w całej Polsce organizuje pod koniec października obchody Halloween, pogańskiego obrzędu o jednoznacznie okultystycznym charakterze. Imprezy reklamuje się jako niewinne maskarady z lekkim dreszczykiem emocji. Nikt nawet nie zająknie się, że w istocie to niebezpieczne igranie ze złymi duchami.

W internecie wręcz roi się od anonsów zapraszających do udziału we wszelkiego rodzaju halloween party. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że chodzi tylko o zabawę, głupią, niekiedy ostrą, „bez trzymanki”, ale tylko o zabawę. Kiedy jednak uważnie wczyta się w treść „halloweenowych ogłoszeń”, ogarnia niepokój. Na pewno nie są to niewinne przebieranki.

Zrób lapdance i chlej z nami


Poznański klub „Pod Minogą” zdecydował się w tym roku na zorganizowanie „halloween party” 1 listopada – w dzień Wszystkich Świętych, co samo w sobie ma już odpowiednią wymowę. Imprezę reklamuje się jako „najbrutalniejsze «halloween party» w historii”. Organizatorzy starają się na różne sposoby zachęcić do udziału w imprezie: „robisz lapdance (rodzaj wyuzdanego tańca), wchodzisz za friko – przynosisz flachę, chlasz ją z nami”. Jak widać, oferta wyjątkowo dopasowana charakterem do dnia Wszystkich Świętych, kiedy miliony Polaków modlą się na cmentarzach za swoich bliskich. Równie interesująco zapowiada się impreza o nazwie Vicious Night Halloween w warszawskim Club Rock. Tam, jak zachwalają pomysłodawcy, „po północy poleje się absynt w postaci darmowych drinków podawanych w strzykawkach”. Wrocławski klub „Od zmierzchu do świtu” zaprasza na Metal Halloween Party, gdzie obok występów death- i trashmetalowych kapel atrakcją będzie „erotyczny pokaz w wykonaniu dwóch pań”. I tak jak Polska długa i szeroka, zaprasza się na ten wyjątkowy wieczór: „wiedźmy i wilkołaki, wampiry i zombie”, oswajając w ten sposób z piekielną rzeczywistością tysiące bezrefleksyjnych uczestników takich zabaw. Zresztą to oswajanie z piekłem zaczyna się o wiele wcześniej. W „kultowej” dla milionów dzieci na całym świecie powieści Joanne Rowling Harry Potter, Halloween jest jednym z najważniejszych świąt, celebrowanym uroczyście jako Noc Duchów. Według znanego demonologa o. Aleksandra Posackiego, oznacza to jednocześnie propagandę spirytyzmu, otwierającego na opętanie.

Piekło w wersji soft


Halloween party to nie tylko demoniczne imprezy w klubach dla młodzieży, lecz także swoiste warsztaty adresowane do dzieci. Klub Cafe Bebe z Poznania zaprasza w ostatni weekend października na imprezę halloweenową dzieci z rodzicami. Wśród rozmaitych atrakcji znajdziemy w programie zajęcia o wdzięcznej nazwie „Upiorne lampiony”, skierowane do dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Animatorzy zajęć zapowiadają stworzenie wspólnie z malcami „lampionów, które będzie można sobie postawić w pokoju w tę długo wyczekiwaną noc. Dzieci same wybierają, jaki kolor i jaki motyw będzie znajdował się w lampionie: czarownica, duch, a może upiorna twarz?”.

Tylko współczuć maluchom, których rodzice zdecydują się zaciągnąć na takie warsztaty. Zdumiewa bezrefleksyjność pomysłodawców i organizatorów imprez z okazji Halloween dla dzieci. Poraża bierność rodziców. Przecież udział w takich mniej lub bardziej zakamuflowanych rytuałach grozi straszliwymi zranieniami duchowymi. O pomstę woła ignorancja władz oświatowych, które bez oporów zgadzają się na imprezy halloweenowe w szkołach i przedszkolach. Przetrawiona przez popkulturę wersja Halloween sprawia wrażenie całkowicie niegroźnej. Ba, przez swoje przerysowanie i komiksowość jest atrakcyjna dla dziecięcej percepcji. To pierwszy krok do otwarcia na satanistyczne treści, już nie w wersji soft.


Święto satanistów


Warto pamiętać, że Halloween wywodzi się wprost z pogańskiego celtyckiego święta ku czci boga śmierci Samhaina. Pochodzi ono z czasów druidów. Według przekazów rzymskich druidzi mieli przewodzić mrocznym rytuałom, w trakcie których pod ogromne kukły z przeplatanych gałęzi, których kończyny wypełnione były żyjącymi ludźmi, podkładano ogień. Anton La Vey, założyciel Kościoła Szatana, pisze w Biblii Szatana, że zaraz po dniu własnych urodzin najważniejszymi świętami (dla czcicieli Szatana) są: przypadająca 30 kwietnia Noc Walpurgii i właśnie Halloween. Według niego, w tym czasie duchy, czarownice i demony mają szczególną moc. Cytowany już w tym tekście o. Aleksander Posacki podkreśla w opublikowanym w 2008 r. w „Naszym Dzienniku” artykule, że owa moc, o której pisze La Vey, może zaistnieć, jeśli złe duchy będą przywoływane w wigilię 1 listopada. Raporty amerykańskiej policji potwierdzają wzrost liczby gwałtów dokonywanych w Halloween, powiązanych z odbywającymi się wówczas imprezami kostiumowymi i narkotykami. „Diabelskiej nocy” towarzyszy fala przestępstw, przemocy i wandalizmu. Ze świadectw nawróconych na chrześcijaństwo satanistów wynika wprost, że ostatniego dnia października lub w nocy z 31 października na 1 listopada składane są rytualne ofiary z małych dzieci. 

O. Posacki pisze, że sataniści łączą te zbrodnie z celebracją tzw. czarnych mszy i orgii seksualnych, związanych z inicjacyjnym łączeniem się z demonami. Liberalne media wyśmiewają taki przekaz. Dla nich to jakieś „średniowieczne zabobony”, które upowszechnia Kościół, obrażające inteligencję współczesnego człowieka. Tymczasem Kościół katolicki głosem swoich hierarchów niejednokrotnie przestrzegał przed złymi skutkami zabaw towarzyszących Halloween. Jednoznacznie wypowiadali się na ten temat także polscy biskupi. Niestety, wielu katolików bagatelizuje te ostrzeżenia. Co wynika z szeroko rozpowszechnionej niewiary w Sąd Ostateczny, piekło i realne istnienie szatana.

Diabeł mile widziany


Odrzucenie dogmatu o istnieniu piekła i szatana skutkuje znieczuleniem i obojętnością na satanistyczne i okultystyczne treści, którymi wypełniona jest współczesna popkultura i media. Tolerujemy zatem perwersyjne show Madonny na Stadionie Narodowym, nie zauważamy czarnoksięskich amuletów w swoim domu, słuchamy telewizyjnych wróżek jak wyroczni albo uczestniczymy gorliwie w seansach jogi, bo to w modzie. Trudno się dziwić, że w takim krajobrazie duchowym nawoływania przeciwko organizowaniu imprez Halloween w szkołach i przedszkolach trafiają w próżnię. Albo traktowane są jako dziwactwa nawiedzonych, katolickich oszołomów.

W rezultacie, jak trafnie zauważa o. Posacki w swoim tekście dla „Naszego Dziennika”, „zamiast wołania do Boga o zbawienie dusz mamy wywoływanie duchów, zamiast modlitwy – mamy zaklęcia. Zamiast religii – magię. Zamiast łaski Bożej Ducha Świętego – narażanie się na agresję i niełaskę duchów nieczystych. Zamiast poważnych duchowych decyzji mamy niepoważne igranie z zabójczym ogniem zwodniczych duchów”. Mówimy o realnym zagrożeniu. Jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce było czterech egzorcystów, dziś jest ich 120. Dramatycznie rośnie liczba ludzi poranionych duchowo, którzy szukają u nich pomocy. Nie musieliby tego robić, gdyby wcześniej nie ulegli bałwochwalstwu. Halloween to także przejaw zgubnego bałwochwalstwa. Pamiętajmy o tym, kiedy nasze dzieci oznajmią kategorycznie, że koniecznie muszą się przebrać za czarnoksiężników na wieczorną imprezę w szkole.



Ryszard Gromadzki

Warunki albo życie

Warunki do życia ma każdy, kto się począł – inaczej by się nie począł.


A ty – ile założyłeś ośrodków dla niepełnosprawnych dzieci? Ile odpisów zrobiłeś na głodujące dzieci z rodzin patologicznych? Ile pieniędzy przeznaczyłeś na dzieci chore? Co robisz dla niepełnosprawnych, którzy żyją z twojego powodu, bo ich matki przejęły się twoim prolajferskim gadaniem i urodziły? Czy zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką wziąłeś za ich cierpienie? Czy wiesz, ile kosztuje utrzymanie takich dzieci?

I tak dalej. Takimi hasłami bombardują obrońców dzieci poczętych bojownicy o wolność damskich brzuchów od rosnących w nich dzieci. Popis takiej obłudnej retoryki dała niedawno w programie Tomasza Lisa feministka Anna Dryjańska. – Ile lat opiekował się pan ciężko chorym, niepełnosprawnym dzieckiem i czy wie pan, ile wynosi zasiłek pielęgnacyjny na takie dziecko? – atakowała posła Żalka, który ośmiela się konsekwentnie sprzeciwiać mordowaniu dzieci.

To dość sprytna strategia, bo gdy zagdakiwany prolajfer zabiera się za tłumaczenie, co też on zrobił, albo czego nie zrobił i dlaczego, ucieka istota sprawy. Bo to, co robimy dla dzieci niepełnosprawnych, jest ważne, ale w zupełnie innym porządku. To nie ma żadnego związku z tym, czy dziecko może się urodzić, czy nie. Sprawą podstawową jest OBOWIĄZEK urodzenia człowieka, który się począł. Właśnie tak, pani Nowicka, pani Czubaszek, pani Senyszyn i inne panie, zakręcone na punkcie fałszywego prawa kobiet do zabicia swego dziecka. Właśnie tak, panowie-tchórze, wieczni chłoptasie, którzy dzieci płodzicie tylko wtedy, gdy prezerwatywa była wadliwa albo „partnerka” się nie „zabezpieczyła”.

Szokująca wiadomość: seks jest po to, żeby były dzieci, wiecie? Jesteście już rodzicami z chwilą, gdy wasze dziecko się poczęło. Od tego momentu nie ma gadania o wyborze, boście wybierali, gdyście się do siebie dobierali. Jest człowiek i jest obowiązek troski o niego dokładnie tak samo, jak trzeba troszczyć się o noworodka, niemowlę, a czasem i dorosłego, który sam się troszczyć o siebie nie może. I to WASZ obowiązek, bo to WASZE dziecko.

Nie dajmy się nabierać na kłamliwą retorykę, wedle której dziecko musi mieć warunki, żeby się urodzić, i w dodatku obrońcy życia muszą te warunki stworzyć. Otóż nie muszą. Jeśli to robią – a robią często – to chwała im za to. Ale nie mają takiego obowiązku. Nie wolno nam ulegać szantażowi: „dawajcie kasę, bo zabiję dzieciaka”. Czy społeczeństwo to zbieranina dzieciuchów, robiących co chcą, bez żadnego myślenia o konsekwencjach, a potem oczekujących, że inni za nich wezmą odpowiedzialność?

Ludzie lewicy często mówią: „Wam zależy tylko na tym, żeby dziecko się urodziło, a potem nic już was nie obchodzi”. Ich „poczucie odpowiedzialności” polega na tym, żeby dzieci „niechciane” zabić, zanim ktoś je zobaczy. A od nas, „nieodpowiedzialnych”, domagają się wykazu osobiście wybudowanych żłobków dla kalekich dzieci i podania liczby osób z wodogłowiem, którymi się opiekujemy. Nic z tego. Nie należy chwalić się swoimi uczynkami miłosierdzia. Jezus mówi: „Niech nie wie lewica, co czyni prawica”. Więc się lewicy nie tłumaczmy.

Klepanie modlitw

Gdy Jezus przekazywał uczniom słowa „Ojcze nasz…”, zapewne chciał, by często je powtarzali. I rzeczywiście, pierwsi chrześcijanie odmawiali tę modlitwę głośno kilka razy dziennie. Stanowiła ona centrum ich modlitewnego życia. Już wtedy przeczuwali, że takie powtarzanie może przerodzić się w czynność automatyczną. Dlatego dbali o to, by ciągle zgłębiać ich treść, na nowo odczytywać znaczenie wypowiadanych słów i wyrażeń, ożywiać użyte w modlitwie obrazy. Pisali więc komentarze do modlitwy Pańskiej. Tacy Ojcowie Kościoła, jak: Tertulian, Cyprian, Orygenesem omawiali szczegółowo każde, nawet najmniejsze słówko tej modlitwy wyciągając jakiś duchowy pożytek.

Przykładowo, Tertulian w swoim komentarzu do słowa „Ojcze” zauważa, że w „Ojcu wyznawany jest Syn, bo powiedział „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Nie pomija się tu nawet Matki-Kościoła, jako że w Synu i Ojcu wyznaje się i matkę. Tak wiec równocześnie jednym słowem oddajemy cześć Bogu z Tymi, którzy do niego należą, pamiętamy o przykazaniach i wspominamy tych, którzy zapomnieli o Ojcu.” A św. Cyprian podkreśla znaczenie słowa „nasz”. Chrystus, „Mistrz jedności nie chciał, aby modlono się pojedynczo. Nie mówimy bowiem: „Ojcze mój, któryś jest w niebie” ani, „chleba mojego daj mi dzisiaj”. (…) gdy się modlimy, prosimy nie za jednego, lecz za cały lud, ponieważ jako cały lud jesteśmy jedno.”

Zdrowaś Maryjo

W październiku tysiące razy powtarzamy krótką modlitwę: „Zdrowaś Maryjo”. Z czasem zauważymy, że możemy odmawiać „Zdrowaś Maryjo” i myśleć o całkowicie innych rzeczach niż modlitwa. Strofujemy się wtedy, wymuszamy na swoich myślach powrót do słów. Ale po chwili znowu uciekają one do spraw, którymi żyjemy. I co więcej, w miarę, jak monotonnie odmawiamy modlitwę, wyciszamy się, zaczynają wyłaniać się coraz mocniejsze uczucia, wyobrażenia, gwałtowniejsze myśli – budzi się nasza podświadomość, to wszystko, na co nie mieliśmy czasu, by przeżyć, przemyśleć, wypowiedzieć. Mamy poczucie, że odklepujemy modlitwę: bezwiednie wypowiadamy słowa, które wydają się nic dla nas nie znaczyć.

Co zrobić, by mimo niezliczonych powtórzeń,”Zdrowaś Maryjo” zachowywało dla nas wciąż żywe znaczenie, ciągle na nowo porywało serce, myśli i wyobraźnię? Jedną z możliwości jest pójście w ślady Ojców Kościoła: pisać komentarz do każdego słowa. Ale oni zanim o czymś pisali, długo to omadlali. Pragnęli być prowadzeni w swojej refleksji przez Ducha Świętego. Więc zanim zaczniemy pisać komentarz, warto zastosować sposób modlitwy opisany przez św. Ignacego z Loyoli w jego Ćwiczeniach Duchownych.

Drugi sposób modlitwy

Chodzi o tzw. drugi sposób modlitwy (ĆD 249-257). Poprzedza go kilka wprowadzających, prostych „duchowych ćwiczeń”. Pomagają one lepiej wejść w modlitewę nad tekstem. Pierwsze to: “Zanim wejdę w modlitwę, mam uspokoić swojego ducha siedząc lub chodząc, jak uznam za lepsze…” (ĆD 239). Dobrze jest wybrać sobie stosowne miejsce i pozycję ciała, tak by pomagały w skupieniu przez ok. trzydzieści minut. Należy też uspokoić myśli, uczucia i wyobraźnię. Następnie “… rozważyć, dokąd się udaje i po co…” (ĆD 239). A więc uświadomić sobie, że chcę się modlić, spotkać z Bogiem, otworzyć na Jego miłość i działanie. I ostatnie wprowadzenie: “Prosić np. Pana Boga, Pana naszego, o łaskę” (ĆD 240), czyli o dar, którego pragnę.

I teraz następuje drugi sposób modlitwy. Polega on “na kontemplowaniu znaczenia każdego słowa [danej] modlitwy” (ĆD 249), a mianowicie “że osoba modląca się… wymówi słowo «Ojcze», i zatrzyma się w rozważaniu tego słowa tak długo, jak długo będzie znajdować [różne] znaczenia, porównania, smak i pociechę w rozważaniach odnoszących się do tego słowa” (ĆD 252). Innymi słowy: istotna jest “nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne odczuwanie i smakowanie rzeczy zadawala i nasyca duszę” (ĆD 2).

Smakowanie i odczuwanie

Św. Ignacy używa jako przykładu modlitwy Pańskiej. Ale drugi sposób modlitwy można zastosować do wszystkich modlitw ustnych, wezwań, aktów, litanii, oraz tekstów liturgicznych mszy świętej. Także „Zdrowaś Maryjo” można medytować w ten sposób. Każdy zrobi to na swój sposób; każdy ma swoje indywidualne i niepowtarzalne skojarzenia z poszczególnymi słowami tej modlitwy, skojarzenia dotyczące uczuć, wyobraźni, myśli.

Tak więc, po odpowiednich wprowadzeniach wypowiedz najpierw słowo „Zdrowaś” albo całe „Zdrowaś Maryjo”. Staraj się wyciągnąć wszystkie sensy tego słowa, które ci się nasuwają. Może wyłoni się taka modlitwa: „Bądź pozdrowiona, albo lepiej: raduj się, ciesz się Maryjo. Z czego Maryja ma się cieszyć? Z objawienia Boga, z Jego zmiłowania, z tego, że podjął wielki plan zbawienia, że jest dobry, że dostrzega nic nie znaczących. Z czego ja się cieszę? Jaka jest moja radość? Czy doświadczam radości duchowej? Czy potrafię ją odróżnić od radości takiej ludzkiej... itd.”. Gdy po jakiejś dłuższej lub krótszej chwili dojdziesz do przekonania, że na razie to wszystko, co jesteś w stanie powiązać z tym słowem, przejdź dalej. Pamiętaj jednak, aby się nie spieszyć, nie kierować się jakimś przymusem. Niech prowadzi serce i łagodny powiew Ducha.

Jacek Poznański SJ

Kompromitacja kompromisu

Kompromis między złem a dobrem to ciągle zło – i ani trochę dobra.

 
Nazajutrz po tym, jak kilkudziesięciu posłów PO zagłosowało tak, jak powinien głosować człowiek (bo nie tylko katolicy mają obowiązek sprzeciwu wobec zabijania ludzi), na pierwszej stronie w „Wyborczej” napisali: „Czeka nas piekło o aborcję”. To chyba literówka. Prawdopodobnie miało być „Czeka nas piekło ZA aborcję”.

W sumie dobrze, że to zauważyli, szkoda, że nie wyciągnęli wniosków. Nawet przeciwnie: jeszcze mocniej zaangażowali się w walkę o utrzymanie kultu „kompromisu aborcyjnego”. Wszystkie tuskolubne siły się skrzyknęły i dalejże bronić dziejowego i nienaruszalnego osiągnięcia, jakim jest zgoda na zabijanie sześciuset Polaków rocznie. Bo to „tylko” sześćset. Bo wcześniej były setki tysięcy. I to były w większości zdrowe dzieci. Więc cieszcie się, że łaskawi abortofile zrezygnowali z zabijania wszystkich jak leci i ograniczyli się do likwidacji śmieci. Bo to, wiecie, nie ludzie. To wybraki jakieś. Chore to, uszkodzone, upośledzone. Nie, my nie możemy brać moralnej odpowiedzialności za ich cierpienie, gdyby się to urodziło.

Dokładnie tak! Obrońcy Przenajświętszego Kompromisu kreują się już na dobroczyńców ludzkości! Twierdzą, że pozwolić choremu nienarodzonemu człowiekowi żyć oznacza pozwolić mu cierpieć! W takim razie niech idą do Centrum Zdrowia Dziecka i niech nie pozwolą cierpieć leżącym tam pacjentom.

Oburza to kogoś? Słusznie! Bo to szokujące. To przecież myślenie eutanazistowskie, które każe akceptować selekcję ludzi wedle ich przydatności. Dobre jest to, co zdrowe i ładne, łatwe i przyjemne, a to co chore i wymagające, jest złe i trzeba się tego pozbyć, zanim wyda pierwszy krzyk.

I co z tego, że nie zabija się jeszcze w Polsce tych, co krzyk już wydali? Skoro można zabić z powodu choroby przed urodzeniem, nie ma logicznego powodu, żeby nie zrobić tego po urodzeniu. Abortofile nie potrafią obronić się przed logiką, więc chwytają się argumentu „strategii”. Bo to, wiecie, musimy pozwolić na aborcję chorych „płodów”, żeby się tamci zadowolili. W innym wypadku wahadło odbije w drugą stronę i wprowadzą aborcję na życzenie.

Jakie wahadło? Najnowsze badania wykazują ogromny wzrost liczby przeciwników aborcji, a tym samym spadek liczby jej przeciwników. Ludzie ci kilkakrotnie próbowali ustawę zmienić, a jeśli tego nie zrobili, to tylko dlatego, że zwyczajnie nie mają po temu możliwości. Świadczy o tym choćby los projektu ustawy Ruchu Palikota. Przewidywał on aborcję na życzenie, a jego zadaniem było pokazanie, że „patrzcie, naruszacie kompromis i lewacy odbijają wahadło w drugą stronę”. I co? Projekt przepadł z wynikiem równie żałosnym jak sama partia. Teraz znowu SLD zgłasza podobny projekt. Oni wiedzą, że powtórzą klęskę palikotowców, ale robią to dla idei i dla Donalda Tuska – żeby mógł dalej straszyć efektem wahadła.

O tak, strategia wymaga ofiar. „Lepiej, żeby tych sześciuset rocznie zginęło za naród, niż żeby miał zginąć cały naród” – coś w tym stylu, prawda panie premierze?


Franciszek Kucharczak...

Jak bronić wiary?

Potrzeba nowej apologii

Potrzebujemy nowej apologii wiary katolickiej, czyli spokojnej, inteligentnej, przekonującej obrony wiary przed dzisiejszymi zarzutami. Taka „amunicja” jest potrzebna na duszpasterskim froncie.

Galeria apologetów (od lewej): św. Justyn (II w.), Blaise Pascal (XVII w.), bł. John H. Newman (XIX w.), G.K. Chesterton (XIX/XX w.), C.S. Lewis (XX w.), bp Fulton Sheen (XX w.), Vittorio Messori (XX/XXI w.), Szymon Hołownia (XXI w.)

Kolega, ksiądz katecheta pokazał mi podręcznik do religii dla szkoły zawodowej. – Powiedz mi, jak ja mam uczyć z czegoś takiego? – rzucił z rozżaleniem. Rzeczywiście, ten podręcznik to zbiór mdłych pogadanek bez pomysłu, bez ognia, zero pasji zdobywania uczniów dla Chrystusa. Nie chcę rozwodzić się nad poziomem podręczników do religii, być może są lepsze. Ale śmiem twierdzić, że słabość katechetycznych materiałów ma głębsze źródło. To w jakiejś mierze skutek odejścia Kościoła od apologetyki, czyli nauki o obronie wiary przed zarzutami stawianymi jej przez ateistów, deistów lub ludzi negujących potrzebę Kościoła. Rok Wiary jest dobrym momentem, aby upomnieć się o nową apologetykę, czyli wypracowanie przekonujących odpowiedzi na argumenty tych, którzy podważają dziś katolicką wiarę. Kard. William Levada, poprzedni szef Kongregacji Doktryny Wiary, mówił w 2010 r., że nowa apologetyka wiąże się ściśle z nową ewangelizacją. W Pierwszym Liście św. Piotra czytamy: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony (pros apologian) wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia (gr. logou, dosłownie „słowa”) tej nadziei, która w was jest” (3,15). Autor dodaje, że należy to czynić z delikatnością, respektem i czystym sumieniem (3,16). To klasyczny tekst biblijny, który zwraca uwagę, że wiara potrzebuje obrony i uzasadnienia, zwłaszcza gdy jest kwestionowana. Apologia to właśnie mowa obrończa, odpowiedź na zarzuty, zestaw rozumnych argumentów, które usprawiedliwiają określoną postawę czy wybór. Od słowa „apologia” wywodzi się „apologetyka”, nazwa dyscypliny filozoficzno-teologicznej zajmującej się obroną i uzasadnianiem podstaw wiary chrześcijańskiej.

Badać i przekonywać

Pierwszą autoapologię przeprowadził sam Jezus. Wobec własnego narodu uzasadniał swoją mesjańską godność Syna Bożego i posłannictwo. Nastawienie apologetyczne towarzyszyło także autorom Ewangelii i innych pism Nowego Testamentu. Chcieli oni budzić wiarę w Jezusa jako Zbawiciela, ale jednocześnie mocno akcentowali historyczność wydarzeń, które opisują, ich obiektywny charakter. Mówi o tym prolog Ewangelii św. Łukasza: „Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono” (Łk 1,1–4). Zwróćmy uwagę, jakie są intencje św. Łukasza. Chce on „zbadać wszystko po kolei” i przekonać adresata o „całkowitej pewności nauk”. Wiara chrześcijańska ma racjonalną podstawę, nie jest oparta na mitach, ale na faktach związanych z Jezusem Chrystusem. Od II do V wieku wielu pisarzy chrześcijańskich podejmowało się obrony wiary wobec pogaństwa i judaizmu. Apologeci wczesnochrześcijańscy byli w większości wykształconymi konwertytami. Nowa wiara rozwijała się w konfrontacji z pogańską filozofią i religią. O chrześcijaństwie krążyło wiele fałszywych opinii.

Oskarżano chrześcijan o ateizm, niemoralne życie, burzenie porządku społecznego. Te zarzuty przybierały często formę pisemnych paszkwilów. Apologeci zbijali te oskarżenia, demaskowali niedorzeczności i niemoralność politeizmu, wykazywali, że antyczna filozofia zawiera tylko część prawdy i podprowadza do pełni prawdy przyniesionej przez Chrystusa.


Apologetami kierowała dwojaka troska: zależało im na obronie chrześcijaństwa, a z drugiej strony kierowali się intencją misyjną, chcieli przedstawić treści wiary w języku i kategoriach myślowych zrozumiałych dla ludzi swojej epoki. Wielu z tych starożytnych pisarzy potwierdziło swoje przekonania śmiercią męczeńską. Jednym z najsłynniejszych apologetów był św. Justyn (100–165). Został ścięty mieczem za panowania Marka Aureliusza, cesarza i filozofa, do którego św. Justyn kierował jedną ze swych „Apologii”.

Poprawność polityczna?

Na przestrzeni wieków Kościół musiał nieraz konfrontować swoją wiarę z różnymi nurtami religijnymi i filozoficznymi (judaizmem, islamem, filozofią arabską). W okresie reformacji teologowie-apologeci koncentrowali się na obronie Kościoła katolickiego przed zarzutami protestantów. W epoce oświecenia akcent padał na obronę nadprzyrodzonego charakteru chrześcijaństwa. Apologeci wykazywali, że Bóg nie jest tylko odległym Wielkim Budowniczym Wszechświata, jak chcieli deiści, ale żywą Osobą działającą w historii. Ciekawy wkład do apologetyki katolickiej wniósł Blaise Pascal (1623–1662). Ten wielki matematyk i fizyk zakwestionował przydatność czysto racjonalnych argumentów na rzecz wiary i zwrócił uwagę na tzw. racje serca. Pascal pracował nad wielkim dziełem – „Apologią religii chrześcijańskiej”. Śmierć przerwała jego prace. Zostały tylko zapiski, intuicje, okruchy, które poskładano w „Myśli”, jedno z najbardziej wpływowych dzieł teologicznych wszech czasów. Pascal podkreślał, że problem Boga dotyczy każdego człowieka. Nikt nie może się uchylić od wyboru. Każdy musi poddać się Wielkiemu Zakładowi: albo obstawia Boga, albo nie. Ryzyko jest zawsze, choć – jak wykazywał Pascal – obstawiając ateizm, ryzykujesz znacznie bardziej, niż wybierając wiarę. Na fali odnowy związanej z Soborem Watykańskim II modna stała się krytyka apologetyki jako nauki anachronicznej, konfrontacyjnej, defensywnej. Kościół nie może widzieć wszędzie wrogów, powiadano. Musi rozmawiać ze światem, patrzeć pozytywnie, nie powinien się bronić, ale dialogować. Dokonało się więc przekształcenie apologetyki w teologię fundamentalną, która miała być pozytywnym, niepolemicznym wykładem dawnych treści apologetycznych. Byłoby ciekawe prześledzenie tego procesu. Niestety, przypominał on trochę kościelną wersję „poprawności politycznej”. Oczywiście, że miłość i dialog są czymś ważnym, ba, najważniejszym w chrześcijaństwie, ale nigdy nie kosztem prawdy. O tym jakby zapomniano. Efektem tych przemian było pozbawienie lub przynajmniej stępienie ostrza teologii skierowanego w stronę świata. Doszło do paradoksu. Teologia posoborowa bywała momentami bardziej krytyczna wobec Kościoła niż świata. Niektórzy reprezentanci „postępowej” teologii ulegli złudzeniu, że dzisiejszy świat to „raj na ziemi” i można głosić w nim Ewangelię bez napięć czy konfliktów. Dobra Nowina nie jest tylko leczeniem świata, ale także egzorcyzmowaniem. Ewangelia to również walka z mocami ciemności. To jest ogień, który pali. Sól, która momentami piecze. Postawa krytyczna wobec ciemności w świecie jest elementem chrześcijańskiego świadectwa. „To nieprawda, że trzeba szanować poglądy wszystkich, jak tego chce biblia współczesnego konformisty, który pragnie pozyskać względy wszystkich i ze wszystkim żyć dobrze. Są idee, którym trzeba się sprzeciwiać, a nawet zacięcie je zwalczać” – zauważa Vittorio Messori. W ostatnich latach coraz częściej słychać głosy, że apologetyka jest wciąż potrzebna Kościołowi. Jan Paweł II w przesłaniu do teologów fundamentalnych z 2001 r. stwierdził: „Podejmując pozytywny wysiłek, nie można jednak zapominać o apologetyce. (…) Również chrześcijanin początku trzeciego tysiąclecia oczekuje z jednej strony przekonujących uzasadnień wiary dla samego siebie – ad intra, aby mógł budować na nich pewność własnej tożsamości religijnej, z drugiej zaś przepełnionych duchem dialogu i apostolstwa argumentów niezbędnych do jej obrony ad extra”.


Na konieczność apologetyki wskazał Benedykt XVI podczas wizyty w USA (2008), gdy tamtejsi biskupi pytali go, jak stawić czoła sekularyzacji i relatywizmowi. W podobnym duchu wypowiadał się kard. William Levada w artykule pt. „Konieczność nowej apologetyki dla Kościoła XXI wieku”. W wywiadzie dla GN stwierdził: „Katolicy, także ci piastujący wysokie stanowiska w społeczeństwie, wykazują się pewną nieśmiałością, gdy zapytamy ich o to, czym jest ich wiara, jaka jest jej wartość we współczesnym świecie. Właśnie dlatego sądzę, że potrzebujemy nowego przyjrzenia się apologetyce. Jesteśmy dziś w nowej sytuacji, pojawiają się nowe pytania, na które trzeba odpowiadać, i wierni muszą być na to przygotowani. W tym sensie uważam, że potrzebujemy nowej apologetyki”.

Zaopatrzenie w amunicję

Współczesne duszpasterstwo, kaznodziejstwo i katecheza potrzebują nowej apologetyki podanej w popularnej formie, w języku zrozumiałym dla czytelnika gazet. Wiara bywa dziś kwestionowana i ośmieszana. Neopogańska kultura z szyderczym uśmiechem szerzy mnóstwo fałszywych informacji o historii Kościoła. Pojawiło się zjawisko tzw. nowego ateizmu, który usilnie pracuje nad pełnym „wyzwoleniem” ludzi od wpływów religii (R. Dawkins, C. Hitchens i inni). Z tego typu postawami nie zawsze możliwy jest dialog. Trzeba nazywać po imieniu zło, demaskować diabelskie sztuczki, którymi nafaszerowany jest świat popkultury, i zarazem przekonująco proponować Chrystusa. To zadania nowej apologetyki. Znakomitym przykładem takiej błyskotliwej, „zdroworozsądkowej”, zadziornej i pełnej humoru apologetyki było pisarstwo G.K. Chestertona czy bardziej melancholijnego C.S. Lewisa (dlaczego w seminarium nie kazano nam czytać ich książek?). W literaturze anglojęzycznej sporo dziś kontynuatorów tego stylu (Scott Hahn, Peter Kreeft, David B. Hart, Mary Eberstadt, Alister MacGrath, George Weigel). Pierwszym telewizyjnym apologetą katolickim był bp Fulton Sheen (1895–1979). Jego półgodzinne katechezy na małym ekranie, nadawane w latach 50. i 60. ub. wieku, przebijały popularnością nawet Franka Sinatrę. W sugestywny, inteligentny sposób, nie bez poczucia humoru, potrafił zainteresować wiarą miliony widzów (pisałem o nim w GN 47/2009). Przykładem nowej apologetyki są książki Vittoria Messoriego, włoskiego dziennikarza, byłego libertyna i antyklerykała, który po nawróceniu cały swój talent wykorzystuje w jednym celu – w przekonywaniu do wiary. Jego pierwsza religijna książka „Opinie o Jezusie” odniosła światowy sukces, sprzedano ponad pół miliona jej egzemplarzy. Messori w wywiadzie rzece („Dlaczego wierzę?”) tak formułuje swoje credo: „Nieustraszona obrona i nieustanne proponowanie dowodów na to, by wierzyć. W sposób spokojny, a przez to właśnie nieustępliwy, w oparciu o dane, wiadomości, rozumowanie, a nie sentymentalne wezwania albo błyskotliwe retoryczne dyskursy, lub, co gorsza, inwektywy i narzekania na podłość czasów”. Co w Polsce? Nie znam aktualnie lepszego przykładu niż książki Szymona Hołowni. W wywiadzie z 2007 r. mówił: „Mój konik to też apologetyka – spokojne, proste tłumaczenie, wchodzenie w debatę. Dużo głupot mówi się o Kościele dlatego, że ludziom pewnych rzeczy nie wytłumaczono prostym językiem”. Gdyby to ode mnie zależało, zapłaciłbym Hołowni każde pieniądze za pisanie podręczników do katechezy dla szkół średnich, z fragmentami z jego programów z religia.tv na CD. Wracam do zmartwień mojego kolegi, katechety. Siedem lat uczyłem religii w szkole i pamiętam doskonale, że miałem ten sam problem. Zżymałem się na podręczniki, w których nie było żadnych ciekawych przykładów, faktów, cytatów, argumentów, które mógłbym bez obciachu wykorzystać na lekcji. Sądzę, że wielu katechetów i duszpasterzy ma podobne odczucia. Czują się oni posłani na front bez skutecznej broni. Jeśli kogoś razi to wojenne porównanie, to może inaczej: są jak rybacy na łowach bez porządnej wędki i przynęty. W Roku Wiary będzie pewnie sporo uczonych konferencji, sympozjów i „pochylania się z troską”. A może udałoby się część tego wysiłku skierować w stronę poprawy zaopatrzenia w „amunicję” szeregowych bojowników zmagających się na różnych frontach walki o dusze. Daj Boże!

ks. Tomasz Jaklewicz

Wojujący ateizm

Od pierwszego marca 2012 r. w PLL LOT miał obowiązywać wewnętrzny regulamin dla pracowników na pokładach samolotów. Wprowadzono w nim zakaz noszenia przez stewardessy krzyżyków i medalików.

Dzięki ostrym protestom władze LOT-u wycofały się z tego zakazu. Często słyszymy o pogardzie okazywanej symbolom religijnym. Bluźnierstwa i prowokacje antyreligijne mają miejsce na koncertach i wystawach. Współczesny ateizm przybrał wojujący charakter.

Krótka historia ateizmu


We wszystkich kulturach aż po wiek XVIII wiara religijna była zjawiskiem powszechnym. Ateiści żyli w mniejszości, a ateizm nie stanowił atrakcyjnej propozycji światopoglądowej dla mas. Niewiara jako teoretyczne i praktyczne zanegowanie istnienia Boga rozpowszechniła się w XVIII wieku. Była to epoka niewiary agresywnej, zdobywczej, szyderczej, przekonanej o wszechmocy rozumu. Ateiści wierzyli, że nowa religia nauka – da ludziom szczęście. Wtedy pojawili się myśliciele, którzy poświęcili się zwalczaniu religii. Ateizmowi towarzyszyło zepsucie obyczajów, pogoń za przyjemnością, hedonistyczne i egoistyczne szukanie szczęścia. W ogniu krytyki znalazło się chrześcijaństwo, dogmaty i zasady moralne. Rewolucja religijna stała się nieodłączną częścią przebudowy społeczeństwa. Modny stał się agnostycyzm i wojująca niewiara.

W następnym wieku ateizm przekroczył kolejną granicę: zdobył najuboższe warstwy społeczne. Niereligijność – wskutek pasywności Kościołów oraz zmian społeczno-gospodarczych, rozpowszechniła się w sercach proletariuszy. Ateizm stał się podstawowym wyposażeniem ideologów marksizmu. Religię postrzegano jako czynnik zniewolenia. Marks uważał, że religia jest "westchnieniem uciśnionego stworzenia" i "opium dla ludu". Freud dostrzegał w niej "lekarstwo uśmierzające" cierpienia sfrustrowanych i gnębionych ludzi. Dla ideologów "nowego świata" Bóg stanowił wytwór ludzkiej wyobraźni, dający pociechę i złudną nadzieję poprawy losu, a religia miała być czynnikiem konserwującym niesprawiedliwość społeczną. W kołach ideologów ateizmu, wychowanych na poglądach Friedricha Nietzschego, Karola Marksa i Ludwika Feuerbacha panowało przekonanie, że wiara religijna to silny czynnik hamujący zmiany społeczne: prowadzi do akceptacji niesprawiedliwości, demobilizuje, rozładowuje słuszny gniew i wygasza pragnienie buntu. Artur Rimbaud nazwał Chrystusa "wiecznym złodziejem energii" oskarżając chrześcijaństwo o to, że jest hamulcem postępu, ponieważ każe człowiekowi patrzeć w niebo, a nie na ziemię.

Ateizm współczesny umacniał się wraz z postępem sekularyzmu w Europie i świecie, powiększającym swą autonomię wobec chrześcijaństwa i innych religii. Proces zeświecczenia ogarnął naukę (XVII w. – Galileusz), politykę (XVIII w.). Obecnie jesteśmy świadkami postępującego zerwania między Kościołem a kulturą, antropologią i etyką. Coraz więcej ludzi myśli i działa bez żadnego odniesienia do wiary.

Kościół – nie! Bóg – nie!


Niewiara nie jest zjawiskiem jednorodnym. Można mówić o ateizmie teoretycznym, który próbuje podawać rozumowe "dowody" przeciwko istnieniu Boga. O wiele bardziej rozpowszechniony jest w naszej ateizm praktyczny – ludzie żyją tak, jakby Boga nie było.


Polski ateizm ostatnich lat stał się zażartym antyteizmem. Nie chodzi o zorganizowany ruch, chociaż ateiści jednoczą się i mobilizują. Próbują "wypłynąć" na forum publicznym na fali antyklerykalizmu. Podważana jest idea Boga i dogmaty. Spotykamy się z bluźnierstwami i szyderstwem przeciwko Chrystusowi, Maryi i świętym. Znieważane są i wyśmiewane symbole i obrzędy religijne. Bohaterami skeczów kabaretowych i niewybrednych żartów są ludzie wierzący. Na forach internetowych pojawiają się setki złośliwych lub wulgarnych wpisów. Także sztuka współczesna nie jest wolna od bluźnierczych "instalacji" czy "dzieł" antyreligijnych. To wszystko świadczy o chrystianofobii.

Wrogowie katolicyzmu organizują spotkania i wydarzenia uliczne. Przeciwko wierze wypowiadają się celebryci, a także wykreowane na użytek mediów "autorytety moralne". W sprawach religii zabierają publicznie głos także ex-księża. Nagonka na Kościół służy zdobywaniu popularności wśród sfrustrowanych bezrobotnych inteligentów i młodzieży oraz beneficjentów dawnego porządku społecznego.

Argumenty przeciwko wierze


Powodem odrzucania wiary jest cierpienie i niesprawiedliwość. Zwłaszcza zło, które godzi w istoty bezbronne i niewinne: małe dzieci, słabych, chorych, starszych, wydaje się mocnym argumentem przeciwko istnieniu Boga, Jego wszechmocy i dobroci.

Drugą racją niewiary jest myśl, powstała w Oświeceniu, że nie jest On potrzebny do wyjaśnienia świata. Ateiści uważają, że nauka doskonale obchodzi się bez hipotezy Boga. W świecie techniki odwołanie do Boga jako racji istnienia świata, wydaje się archaiczne i nieprzekonujące.

18 maja 2012 r. Kazik Staszewski biorąc udział w programie "Dzień Dobry TVN" wyznał: "Bardzo bym chciał uwierzyć na nowo, ponieważ z wiarą jest o wiele łatwiej. Jest to pewnego rodzaju oparcie, które też w pewien sposób tłumaczy świat i problemy, które cię atakują z wielu stron. Ale jakoś moja wiedza nie pozwala mi. Strasznie bym chciał uwierzyć, ale wiedza – kurcze, hamulec zaciągnięty". Tej wypowiedzi towarzyszył aprobata prowadzących rozmowę dziennikarzy. Zapewne i oni dysponowali przeogromną wiedzą, która uniemożliwia wiarę…

Kolejną racją ateizmu jest przekonanie, że idea Boga jest nie do zniesienia. Odrzucają myśl o Bogu, który swoim istnieniem i wolą krępowałby człowieka, ingerując w jego życie. Życie w cieniu Boga, który widzi, osądza, nakazuje, wydaje się im obrazą godności i wolności, męczy i żenuje. Jest przejawem zniewolenia.


Wobec ateizmu

Jak powinniśmy traktować ateistów? W jaki sposób reagować na ich wrogość wobec wiary? Św. Paweł Apostoł zachęcał Tymoteusza do mężnego wytrwania: "Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!" (2 Tm 4,1-5).

Nie wolno dać się zastraszyć ani nie ulec znużeniu, gdy ataki są częste i długotrwałe. Potrzeba męstwa. Św. Paweł przekonywał swoich rozmówców (a bardzo często i przeciwników) za pomocą rozumowych argumentów i powołując się na swe osobiste doświadczenie wiary. Czynił to pokornie, zatroskany o ich zbawienie, a nie by zwyciężać ich w potyczkach słownych. Kierował się szczerą intencją podzielenia się tym, co uważał za najcenniejsze – wiarą. Dzielił się tym, czym sam żył.

Odpowiedzią na szykany, przejawy dyskryminacji a nawet jawne prześladowanie może być miłość. Wyraża się w cierpliwym znoszeniu krzywd, przebaczeniu i modlitwie. W kontaktach z ateistami ważną rolę odgrywa autentyczne życie chrześcijańskie. To co sztuczne, nieszczere i na pokaz, sprawia, że stajemy się "solą bez smaku" i zgaszoną pochodnią. Tylko życie według wiary, niekłamana miłość do Boga i bliźnich wzbudzi niepokój sumienia i sprowokuje pytanie o wiarę.


ks. Zbigniew Sobolewski

Problemy nieistniejące

Ludziom będzie w Kościele niewygodnie, dopóki nie uklękną

Na synodzie biskupów w Rzymie wśród wielu głosów pojawił się postulat, żeby jakimiś mocnymi gestami podkreślić ważną rolę kobiet w Kościele. Prymas Belgii stwierdził, że dwie trzecie aktywnych członków Kościoła to właśnie kobiety, a one czują się w Kościele dyskryminowane. Że trzeba im wyjaśnić, dlaczego nie święci się ich na kapłanów.

Tylko po co wyjaśniać to, co zrozumiałe i zaradzać temu, co nie jest problemem? Gdyby się kobietom w Kościele nie podobało, to by nie stanowiły większości wiernych. To już bardziej brak mężczyzn w Kościele powinien wzbudzić pytanie o przyczyny tego stanu. Może czują się za mało dyskryminowani?

Kobiety wcale nie pchają się do kapłaństwa i nie trzeba im tego wyjaśniać. Pchają się feministki (najchętniej niewierzące), ale to absolutny margines. To zazwyczaj osoby przekonane, że zmiana sytuacji sprawia zmianę człowieka. Wydaje im się, że w człowieka wstąpi pokój, gdy sobie przemebluje pokój. Nawet Kościół chcą obstawić parytetami, rozdzielić równo posługi i – po prostu – mieć dostęp do władzy.

Nie ma to nic wspólnego z duchem Chrystusa. Nikt nie ma prawa do żadnych posług w Kościele. Faceci też. Jezus wybrał do kapłaństwa tych, których sam chciał, a chciał mężczyzn. Ale przecież też nie wszystkich. To On decyduje. Bóg wybrał na matkę swojego Syna tylko jedną osobę – a była to kobieta. Czy to nie dyskryminacja mężczyzn? I w ogóle całej ludzkości poza tą jedną kobietą? Czemu nie było castingu, przetargu jakiegoś?

Krzykliwość bardzo nielicznej grupy ludzi i ich medialna przepustowość nie powinna skłaniać nikogo w Kościele do czynienia im „awansów”. Zanim komuś przyjdzie do głowy wierzyć telewizji, niech zrobi prywatny test w swoim otoczeniu. Niech popyta swoich ciotek, kuzynek, sąsiadek i innych pań, czy chcą być księżmi. To się dowie, że – poza wyjątkami – nie chcą. Bo na szczęście świat wciąż jeszcze obraca się w jedną, konkretną stronę i kobiety wciąż w większości są kobietami, zaś mężczyźni zasadniczo są jeszcze mężczyznami.

Jazgot świata, który bez Boga nie potrafi sobie znaleźć miejsca, nie powinien wpływać na decyzje ludzi Kościoła. I co z tego, że ktoś ma ochotę chodzić w Kościele w nie swoich butach? Nie tędy prowadzą ścieżki wiary. Jeszcze nigdy duchowa odnowa nie przyszła drogą nadskakiwania oderwanym od Chrystusa upodobaniom jakiejś grupy ludzi. Bo to właśnie takie jest: oderwane od Chrystusa. Nie ma tam pytania: „Co, Jezu, chcesz, abym czynił?”. Tam jest nasilający się krzyk: „Rób to, czego sobie życzę!”. Tam jest walka o władzę, o urzędy, tam jest robienie kariery, promocja siebie.

Kościół odnawia się nie przez ustępowanie ludzkim zachciankom, tylko przez nową gorliwość w realizowaniu woli Bożej. Ona jest wyraźnie określona w Tradycji Kościoła i w Piśmie Świętym. Trzeba zaufać słowu Bożemu, a nie ludzkiemu gadaniu. A jakie jest słowo Boże? No właśnie – to może trzeba wstać pół godziny wcześniej i codziennie się na nim skupić?


Franciszek Kucharczak

21 października rozpoczynamy Tydzień Misyjny

21 października będziemy obchodzić kolejny Światowy Dzień Misyjny – dzień solidarności w całym Kościele powszechnym, w którym katolicy z całego świata otaczają modlitwą i wspomagają ofiarą materialną misyjne dzieło Kościoła.

- W tegorocznym orędziu na Światowy Dzień Misyjny już w preambule Ojciec Święty podkreśla, że tegoroczny Tydzień Misyjny z racji przeżywania Roku Wiary, ma mieć dla nas szczególne znaczenie. Rok wiary to refleksja nad naszą osobistą wiarą. To wezwanie do tego, aby ja pogłębiać. Ale nie mniej jednako też zachęta, by z nowym zaangażowaniem podjąć dzieło misyjne Kościoła – podkreślił dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych ks. Tomasz Atłas podczas konferencji prasowej poprzedzającej wydarzenie.

Tydzień Misyjny posiada dwa wymiary. Pierwszy związany jest z osobistym przeżywaniem wydarzenia, drugi zawiera w sobie pomoc materialną.

- Utrzymanie stacji misyjnej zależy od jej wielkości, ale średnio wynosi od 10 do 30 tys. dolarów rocznie. Przykładowo 16 stacji misyjnych przekłada się na 16 kościołów lub kaplic, 16 budynków, w których mieszkają misjonarze, 16 pomieszczeń, gdzie obywa się katecheza. Do tego dochodzą koszty i środki transportu misjonarzy udających się do wiosek leżących w obrębie ogromnych parafii oraz ich wyżywienie – tłumaczyła świecka misjonarka Elżbieta Rotter, która obecnie pracuje na misjach w Peru.
W roku 2011 w ramach Tygodnia Misyjnego w Polsce zebrano ok. 3 mln 750 zł (ok. 1mln dolarów). Pieniądze te trafiły do czterech krajów: Gambii, Liberii, Sierra Leone i Indonezji. Większość kosztów stanowi, tzw. utrzymanie codzienne stacji misyjnej (ok. 35%) oraz projekty specjalne (ok. 43%) takie, jak budowa kaplic, remont kościołów, formacja zakonników misjonarzy. Pozostałe wydatki to utrzymanie katechistów (ok. 20%) oraz tzw. signis, czyli specjalne projekty ewangelizacyjne poprzez środki audiowizualne (ok. 2%).

W tegorocznym Tygodniu Misyjnym istotną rolę będzie odgrywać modlitwa różańcowa.
- W maju Kongregacja Ewangelizacji Narodów i Sekretariat Generalny Papieskich Dzieł Misyjnych w Rzymie obiecał św. Benedyktowi całoroczną modlitwę różańcową w intencji dzieła ewangelizacji świata. Myślę, że miesiąc październik i przezywany za kilka dni Tydzień Misyjny to szczególny czas, aby o tym przypomnieć i do tej modlitwy zachęcić – zaznaczył ks. Tomasz Atłas.

W związku z modlitwą różańcową na użytkowników facebooka czeka oryginalna inicjatywa.

- 7 października ruszyła akcja „Róża Różańcowa – zobacz jak to działa”. Szukamy „zelatorów”, czyli osób, które na swoim profilu założą 20 osobową zamkniętą grupę - Różę Różańcową i będą się modlić właśnie w intencji misji. W tym szczególnym Tygodniu Misyjnym zachęcamy do tego, żeby wspierać te młode, tworzące się Kościoły – powiedziała rzecznik prasowy akcji Katarzyna Matusz.

Chociaż akcja trwa dopiero 9 dni, polubiło ją już 900 użytkowników facebooka, zgłosiło się 40 zelatorów i powstało 8 Róż Różańcowych.

Więcej informacji o Tygodniu Misyjnym oraz tekst Orędzia na Światowy Dzień Misyjny znajduje się pod adresem www.episkopat.pl

Rozpoczyna się 68. Tydzień Miłosierdzia

Komisja Charytatywna KEP postanowiła, że rozpoczynającym się 7 października obchodom 68. Tygodnia Miłosierdzia będzie towarzyszyć hasło: „Kościół domem miłosierdzia”.

 
Jednym z głównych celów obchodzonego w Polsce od 1945 roku Tygodnia Miłosierdzia jest formacja serc i sumień katolików w duchu Bożej i braterskiej miłości

Nawiązuje ono do tegorocznego programu duszpasterskiego Kościoła w Polsce, którego głównym celem jest wzmocnienie wzajemnych więzi polskich katolików we wspólnocie Kościoła Chrystusowego. Tydzień Miłosierdzia potrwa do 14 października.

Jednym z głównych celów obchodzonego w Polsce od 1945 roku Tygodnia Miłosierdzia jest formacja serc i sumień katolików w duchu Bożej i braterskiej miłości.

"W tym roku proponujemy wszystkim wiernym Kościoła w Polsce, a szczególnie zawodowym pracownikom instytucji charytatywnych i wolontariuszom, codzienne uczestnictwo w Eucharystii i przypomnienie w poszczególne dni tygodnia przesłania miłości miłosiernej, jakie wypływa z każdego z siedmiu sakramentów świętych. Sakramenty są skarbem Kościoła, niepojętym dla niewierzących, gdyż stanowią niewidzialną nić łączącą ludzi wiary z Bogiem, „który jest miłością” (1 J 4, 8)" - czytamy w komunikacie Caritas Polska, zapowiadającym 68. Tydzień Miłosierdzia.

"Dzięki sakramentom świętym my, chrześcijanie, mamy dostęp do nieskończonego 'morza' Bożej miłości, możemy z niego czerpać w obfitości, by następnie dzielić się miłością z potrzebującymi. Zdaniem Benedykta XVI tylko ten chrześcijanin, który dzieli Chleb eucharystyczny z braćmi i siostrami ze wspólnoty Kościoła, jest w stanie „przekładać 'w pośpiechu', jak uczyniła to Maryja Dziewica wobec Elżbiety, miłość Chrystusa na ofiarną służbę bliźnim” - brzmi zapowiedź, w której dodaje się, że podczas tegorocznego Tygodnia Miłosierdzia "chcemy wzmocnić nasze przekonanie, że nie tylko Najświętsza Eucharystia, ale także każdy inny sakrament jest źródłem nadprzyrodzonej miłości".

W niedzielę rozpoczynającą 68. Tydzień Miłosierdzia rozważana będzie prawda o miłości trynitarnej, jaka jest w Bogu bez początku i bez końca – miłości, która jest źródłem i fundamentem każdej miłości ludzkiej, również tej wyrażanej w dziełach miłosierdzia.

W poniedziałek będzie przywołany w pamięci wiernych sakrament bierzmowania oraz apel o wsparcie modlitwą dzieci i młodzież.

We wtorek wierni będą się modlić o jedność wspólnoty Kościoła, przywołując słowa papieża Benedykta XVI: „kto wierzy nigdy nie jest sam”. Będzie to dzień dziękczynienia i adoracji Najświętszej Eucharystii.

Środa będzie dniem troski o chorych i niepełnosprawnych. Przypomniana zostanie wówczas miłość, z jaką pochyla się sam Chrystus – „miłosierny Samarytanin” - nad człowiekiem chorym, przynosząc mu w sakramencie namaszczenia chorych ulgę w cierpieniu oraz nadzieję na przemianę bólu, osamotnienia, upokorzenia i lęku przed śmiercią w radość i szczęście oglądania oblicza Baranka i królowania z Nim na wieki (por. Ap 22, 3-5).

Czwartek będzie przeżywany jako dzień ustanowienia sakramentu kapłaństwa, dlatego w tym dniu warto przypomnieć przesłanie miłości, jakie niesie ze sobą ten sakrament i szczególnie pomodlić się za kapłanów.

W piątek przypominane będzie przesłanie miłości miłosiernej płynące z sakramentu pokuty i pojednania.

Sobota w Tygodniu Miłosierdzia ma przypomnieć jak wielkie znaczenie w pomnażaniu miłości na ziemi ma sakrament małżeństwa, który Chrystus ustanowił w tym celu, by Jego miłość do Kościoła była stale uobecniana w miłości małżonków. Będzie to okazja do otoczenia miłością i modlitwą małżonków przeżywających trudności materialne, egzystencjalne, ale także rozkład więzi małżeńskiej lub kryzys duchowy

Męskie spotkanie....

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Naraz stanął przy nich Anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli (Łk 2,8-9).
 

Otrzymują wiadomość 

Ubodzy ludzie, pasterze, często byli najemnikami, zwłaszcza gdy stado owiec było liczne. Stada trzeba pilnować zarówno przed dzikim zwierzem, jak i przed złodziejami. Pasterze czuwali w pobliżu Betlejem. To oni otrzymują wiadomość o narodzeniu Mesjasza. Zwiastunem był anioł Pański. Być może ten sam, który znał już ową tajemnicę i jako Boży adiutant przekazał ją Maryi, a następnie Zachariaszowi. Wielki strach to reakcja na spotkanie z aniołem, co jest dowodem, że mamy do czynienia z przeżyciem religijnym. Zjawisko bowiem ma miejsce w nocy i polega na zdumiewająco mocnym świetle. To jest objawienie chwały Pańskiej. 

Światło przenika wszędzie i zewsząd. Taka jest natura światła prawdy. Ono nie posiada jednego punktu jako swego źródła, lecz świeci tak, że człowiek jest zanurzony w świetle, i to jest doświadczenie wywołujące strach. Światło jest z przodu i z tyłu, z boków i z góry, i z dołu, i od wewnątrz. Nagle wszystko jest przeniknięte światłością i nic nie może być ukryte. Ona oświeca człowieka dziś i oświeca całą jego historię. Wszystko staje się jasne i widoczne. To jest coś ze światła sądu Bożego, sądu prawdy. 
Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie ( Łk 2,10-12).

Nie tylko wygłosić Słowo, ale sprawić by Je przyjęto

Anioł pokoju dostrzega lęk, jaki przeżywają pasterze. Uspokaja ich, by byli zdolni wysłuchać i przyjąć orędzie. On zna ludzkie uczucie strachu. Zależy mu na kontakcie. Wie, iż nie wystarczy powiedzieć. Trzeba mieć pewność, że słuchacze słowo przyjmą. Do tego jest potrzebne wyciszenie. W miejsce lęku pojawia się ciekawość i gotowość wysłuchania tego, co tajemniczy zwiastun ma do powiedzenia. Słowa są szokujące. Pasterze to ludzie prości. Nie ma wśród nich uczonych. Należą do jednej z najniższych warstw społecznych. To oni zostali wybrani dla przyjęcia nowiny o narodzinach Mesjasza jako przedstawiciele ludzi. Informacja jest precyzyjna: Narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. Anioł na pierwszy plan wysuwa imię – Zbawiciel, na drugim wyjaśnia, że jest to oczekiwany przez lud Izraela Mesjasz, wreszcie oświadcza, że jest nim Pan. Informacja dotyczy faktu – narodził się, czasu – dziś i miejsca – miasto Dawidowe. 

Niespodziewany zestaw

Jest też podany znak, po którym rozpoznają narodzonego Zbawiciela. 
Trzy elementy tego znaku to: Niemowlę, pieluchy i żłób. Takiego zestawu raczej nie należało się spodziewać. Ponieważ słowo Mesjasz było nierozerwalnie złączone z królewską godnością, a ta kojarzy się z pałacem władcy; pasterze – by przyjąć taką wiadomość – musieli mieć stuprocentową pewność, że to jest Ten, o którym mówił anioł. 

Sposób objawienia Ewangelii zasługuje na uwagę. Pasterze uwierzyli słowom anioła. Jako ludziom prostym przyszło im to stosunkowo łatwo. Mogli zresztą sprawdzić wiarygodność usłyszanych słów. Kto uwierzył pasterzom? To już kwestia otwarta. Wszyscy, którzy byli wyżej od nich w hierarchii społecznej, nie mogli uwierzyć, że nikomu innemu tylko takim prostym ludziom została przekazana ta niesamowita wiadomość. Pasterze, jeżeli przyjęli tę prawdę, rozpoczęli nowe życie. Oni wiedzieli, że dostąpili łaski. Jeśli tej prawdy nie przyjęli do swego serca, stopniowo sami zaczęli w nią wątpić, ponieważ zostali wyśmiani przez każdego, komu to opowiadali. Rzecz znamienna, że Kościół nie ustanowił święta świętych pasterzy. Uczynił to w odniesieniu do Mędrców, a nie pasterzy z Betlejem. 
I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów Niebieskich, które wielbiły Boga słowami: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (Łk 2,13-14).

Formacja wojskowa

Dla pasterzy to było potwierdzenie orędzia. Aniołowie występują jako formacja wojskowa. Dołączają do anioła przekazującego wiadomość i wypowiadają śpiewem ważne słowa. Oddają chwałę Bogu na wysokościach, czyli w niebie, i zwiastują pokój. Nie jest to jednak pokój dla świata, ale dla ludzi, w których Bóg ma upodobanie. A ma upodobanie w tych, którzy pełnią Jego wolę. Stąd wcześniejsze tłumaczenie oddawało pieśń aniołów słowami: pokój ludziom dobrej woli. Tylko oni otrzymają pokój. Jest to stwierdzenie przekazania daru – jakim jest Jego pokój – tym, którzy mają czyste sumienie. Ono jest bowiem miejscem, które Bóg wypełnia swoim pokojem, czyli pewnością całkowitej harmonii człowieka z Bogiem. 
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: "Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam stało i co nam Pan oznajmił". Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie (Łk 2,15-18).

Z pośpiechem

Pasterze poszli sprawdzić, co się wydarzyło w Betlejem. Pilnujących trzodę nigdy nie ma za wielu. Podzielili się więc na dwie grupy. Jedni dalej pilnowali stada, inni powędrowali do miasteczka Dawidowego. Łukasz sygnalizuje pośpiech. W wypełnianiu woli Boga Maryja poszła z pośpiechem do Elżbiety, by sprawdzić prawdziwość słów anioła, nie na zasadzie wątpienia, ale z radości ich realizacji. Podobnie pasterze z pośpiechem udali się do Betlejem.


Ks. Edward Staniek

Oburzenie czystych

Jeśli normalna rzecz źle się komuś kojarzy, to niech zmieni siebie, a nie tę rzecz.

 

Kojarzą Państwo Rospudę? Tak, ten cud natury, o którym wcześniej nikt nie słyszał i o którym wszyscy zapomnieli, gdy tylko ekoterroryści odpięli się od drzew i pojechali autami do domów, zbudowanych bynajmniej nie z sitowia.

Wskutek medialnej histerii nie doszła do skutku obwodnica Augustowa.Inwestycje poszły w błoto, pozostawiona na dziko dolina Rospudy zarasta lasem, a augustowianie, po staremu rozjeżdżani tirami, pomstują.

W czasie tamtej awantury dało się zauważyć takie zjawisko: im bliżej kto mieszkał Augustowa, tym bardziej sprzeciwiał się protestom, a im dalej mieszkał, tym z reguły bardziej je popierał. Powód był prosty: ci pierwsi znali sprawę z doświadczenia, a ci drudzy z telewizora.

Dziś już widać, jak społeczeństwo dało się oszukać, ale ostrożności wobec medialnych manipulacji raczej nie nabrało. Widać to choćby po „aferze” w szkole salezjańskiej w Lubinie. Sprawa inna, ale mechanizm podobny: znów „cała Polska” oburzyła się na to, co „poznała” na podstawie kilku zdjęć, które zresztą od dawna wisiały na szkolnej stronie internetowej.

„Ksiądz każe sobie zlizywać bitą śmietanę z nóg klęczącym dzieciom!” – jęknął naród. Najgłośniej zatroskały się takie autorytety moralne jak Joanna Senyszyn lub Gabinet Osobliwości Palikota. Wstępna teza, że to orgia pedofilska, prędko jednak upadła, bo okazało się, że to zabawa zaproponowana przez uczniów na podstawie tradycji wodniaków (wygooglujcie sobie hasło „kolano Prozerpiny”, a zobaczycie, jaką to „sensacją” nas nakarmiono). Ponadto wszystko odbywało się w obecności uczniów,nauczycieli i części rodziców – a za wiedzą i zgodą wszystkich.

W tej sytuacji media, szczególnie TVN, natchnęły społeczeństwo głęboką troską o przyzwoitość duchowieństwa. Bo nie wypada, żeby ksiądz… tratatata. Tak jakby ksiądz musiał być sztywniakiem, którego nie stać na odrobinę wariactwa na wycieczce. Przede wszystkim zaś, jeśli rodzice zgodnie nie widzą zagrożenia dla swych dzieci, to jakim cudem my, którym podano mały i wykadrowany wycinek ich rzeczywistości, jesteśmy od nich mądrzejsi?

„Ale ksiądz powinien był przewidzieć, że dzisiaj inaczej się interpretuje rzeczy, które dwadzieścia lat temu byłyby uznane za coś zupełnie niewinnego” – mówi się teraz.

No dobrze, ale czyja to wina? Mamy pretensje do człowieka, że nie miał złych skojarzeń, bo chory świat ma skojarzenia? To kto tu powinien się wstydzić? Kłania się św. Paweł: „Dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane” (Tt 1,15).

Czysta zabawa została uznana za brudną, bo umysły są skażone. Gdy promotorzy nieczystości (na przykład „edukacji seksualnej”) uczą moralności tych, co jeszcze bronią czystości, to ja ich oklaskiwał nie będę.

Na ulicach wiszą billboardy kuszące nagością, porno wylewa się z witryn, ale największa awantura wybucha o dobrą szkołę, gdzie dzieci są bezpieczne, i ciąga się po prokuratorach dyrektora, któremu w zasadzie nic się nie zarzuca.

Ciekawe, prawda?


Franciszek Kucharczyk

Marnowanie gadania

Żeby świadczyć, trzeba doświadczyć

 

Niedawno zaproszono mnie do wystąpienia na pewnym spotkaniu. Myślałem, że słuchacze będą typowi, tacy, którym mogę bez wstępów opowiedzieć o moim doświadczeniu Chrystusa. Gdy jednak przyjechałem na miejsce, uświadomiłem sobie, że to jednak trochę inne grono, niż mi się wydawało. To byli ludzie zaangażowani w lokalną działalność społeczną i polityczną. Wszyscy sympatyczni, owszem, a część z pewnością pasowała do „standardu”, ale chyba generalnie oczekiwali treści, powiedziałbym, społecznych. Ponadto grillowa atmosfera jakoś, wydało mi się, niespecjalnie sprzyjała temu, co planowałem powiedzieć. Tu gadający Kucharczak, tam skwierczący kurczak – niełatwa konkurencja.

Ale nie mogłem już niczego zmienić, choćby dlatego, że gdy zobaczyłem utkwione w siebie oczy, kompletnie nie miałem niczego innego w głowie jak tylko to, co powiedzieć zamierzałem. No i powiedziałem. W trakcie mówienia uświadomiłem sobie, że nie ma takiego miejsca i takiego czasu, które nie byłyby stosowne do świadczenia o Jezusie Chrystusie. Co z tego, że nie wszyscy, być może, chcą słuchać o tym, że On jest dla mnie najważniejszy i dlaczego. Co z tego, że może kogoś to nawet poirytować, bo – na przykład – chciał pogadać o polityce, a tu musi słuchać jakichś „odjechanych historii”. Czy on musi dostać to, czego oczekiwał? Nie może dostać niespodzianki? Nie może usłyszeć czegoś znacznie ważniejszego? Przecież o to właśnie chodzi. O głoszenie Ewangelii, o nastawanie w porę i nie w porę. Właśnie trafiłem na fragment kazania św. Augustyna, który bezczelnie przyznaje się, że jest natrętny, i pyta: „Dla kogo w porę? Dla kogo nie w porę? Dla tych, którzy chcą, w porę; dla tych, którzy nie chcą, nie w porę”.

Ewangelia jest kluczem do wszystkiego. Do polityki również. Lokalnej i globalnej. W jej świetle człowiek nie zgłupieje i nie wlezie w szkodę. Dlaczego więc my, których Jezus odkupił i ocalił, uznajemy strefy, w których wypada o Nim świadczyć, i obszary, w których gada się o sprawach „autonomicznych”? Nie ma spraw autonomicznych od Boga. Nawet piekło nie jest autonomiczne, choć, zdaje się, że nieco zdystansowane. Zbyt ważne rzeczy mamy do zrobienia, żeby tracić czas na gadanie o pogodzie (gdybyż tylko o pogodzie), gdy ktoś kradnie dusze. Tu jeden opowiada, że Kościół zabraniał transplantacji, tam drugi prorokuje, że Kościół uzna in vitro, a owam trzeci z czwartym, rzekomo w imieniu Kościoła, grzech ogłaszają cnotą. Nie chodzi tylko o proste zaprzeczanie i prostowanie.

Nie mamy szans wygrać w konkurencji na ilość informacji, nie sprostujemy nawet jednej dziesiątej tego, co się wygaduje. Zresztą i tak mało kogo przekonamy. Bo przekonanie nie jest owocem argumentu, lecz wyboru. Popiera się to, co się wybrało. Jeśli się nie wybrało Jezusa, dobiera się argumenty przeciwko Niemu. Jeśli się Go spotka, zbędne stają się argumenty. Chodzi o takie gadanie, żeby było spotkanie. „Kiedyś wściekałam się na to, co pan pisze, dzisiaj pod wszystkim podpisuję się oburącz” – napisała mi czytelniczka. Co się stało? Ja jej nie przekonałem. Ona spotkała Jezusa.


FRANCISZEK KUCHARCZAK

Odporność na pianę


Trzeba wiary, żeby słuchać Kościoła. Żeby słuchać świata, wystarczy nie słuchać Kościoła.


 

Metodę in vitro popiera 79 proc. Polaków, a 16 proc. jest przeciw – tak wyszło z najnowszego sondażu CBOS. Niektórzy komentatorzy mówią, że to skutek słabej polityki informacyjnej ze strony Kościoła o sztucznym zapłodnieniu. Inni tłumaczą to sposobem stawiania pytań w ankiecie.

A pewnie, że gdyby ludzie wiedzieli, czym jest in vitro, nie popieraliby go. Jednak nawet jeśli nie wiedzą, to przecież wiedzą, że Kościół mówi tej metodzie NIE. Bo to akurat każdy katolik już wie. A skoro tak, to znaczy, że popierając tę metodę, on – katolik – mówi Kościołowi NIE. Mówi: „Ja wiem lepiej niż Kościół”. Albo: „Lepiej niż Kościół wie ... (tu wstawić nazwisko ulubionego orędownika in vitro). W tej sprawie ufam jemu/jej, a Kościołowi nie ufam”.

To jest podstawowy i najważniejszy komunikat, płynący z takiego sondażu: ludzie podający się za katolików (a wciąż z własnej woli deklaruje tak ponad 90 proc. Polaków), w ogromnej większości uważają Kościół za taką instytucję jak każda inna albo gorszą. Instytucją zaś najważniejszą jest trójca JA, JA i jeszcze raz JA. Ja jestem arbitrem wszystkiego i ja osądzę w każdej sprawie, kto ma rację. Ja zdecyduję, co jest prawdą.

Tu nie o to chodzi, że Kościół nie doinformował ludzi na temat in vitro (zresztą każda informacja od razu jest wyszydzana i zalewana oceanem dezinformacji). Podobnie jak nie w tym problem, że ludzie nie wiedzą, co złego jest w seksie przedmałżeńskim i pozamałżeńskim, w rozwodach i w ogóle w każdym grzechu.

To nie o to idzie, że oni nie wiedzą. Oni NIE WIERZĄ.

Nie wierzą, że Kościół ma nadprzyrodzone korzenie. Nie wierzą, że założył go sam Jezus Chrystus, że jest jego głową i że nauka Kościoła jest nauką Jezusa. Nie wierzą, że kto nie ufa Kościołowi, ten ufa własnemu wrogowi. Nie wierzą, że trzymając się nauki Kościoła, nie zbłądzą, zaś sprzeciwiając się jej, zbłądzą na pewno. A że bez wiary żyć się nie da, nie wierząc Kościołowi, wierzą byle komu. To dlatego opinia społeczna jest taka chwiejna – bo trzyma się chwiejnych autorytetów.

Dziś ludzie popierają to, czemu jutro się sprzeciwią. Teraz wychwalają tych, których potem wyśmieją. Macherzy od medialnej klaki sterują nastrojami jak chcą. A wszyscy zależni od słupków poparcia płyną ze zmiennym prądem poglądów to tu, to tam. Jest tylko jedna instytucja odporna na tę zmienność – Kościół właśnie. Stoi na skale, a zmienne prądy w nią uderzają, to zaś powoduje pianę. Piana toczy się z ekranów, z głośników, z łamów i z ust ludzi, przekonanych, że mają do czynienia z taką instytucją, jak każda inna i, jak każda, w końcu się ugnie.

Są w błędzie. Choćby 100 procent społeczeństwa uznało, że zło jest dobre – Kościół tak nie uzna. Z prostego względu: reprezentuje Boga, a nie ludzkie zachcianki.

Czy ktoś poszedłby za przewodnikiem, który nie zna ani drogi, ani celu, a trasę wyznacza według opinii większości? A tak, ostatnio poszło jakieś 79 proc. Polaków.


FRANCISZEK KUCHARCZAK

Przykazanie odczep się

Cześć należna Bogu, oddawana komukolwiek innemu, staje się czczością.

 

Nad podziw liczne reakcje wywołał mój ostatni felieton, w którym zwróciłem uwagę na oczywisty z pozoru fakt, że chrześcijanin nie może brać udziału w dziełach diabła. Dlatego nie może na przykład rozprowadzać kłamliwych, destrukcyjnych moralnie czasopism.

Okazuje się, że dla wielu „katolików” wcale to nie jest oczywiste. Oburzyli się, że domagam się cenzury, że ingeruję w cudzą wolność itepe. A oto fragment jednego z komentarzy na gosc.pl, autorstwa pana, który ma się za katolika (a jest m.in. orędownikiem in vitro i kompromisu aborcyjnego): „Szanując sumienie pana redaktora i jego poglądy należy zauważyć, że obok nas żyją nie tylko katolicy, ale także bezwyznaniowcy, ewangelicy, geje, lesbijki i inni. Dlatego poddając krytyce sprzedaż przez katolików »Faktów i Mitów« faktycznie redaktor zabiera im prawo do wolnego wyboru, który dał Bóg. Dyktowanie innym norm moralnych, jest dyktatem cudzego sumienia. Jeżeli redaktor nie chce stosować np. metody in vitro, jest przeciwko związkom partnerskim, czy sprzedaży w sklepie takiego czy innego artykułu, ze względu na »głos własnego sumienia«, to już jego indywidualna sprawa. Nikt go nie zmusza do tego, ale też proszę nie stosować dyktatu własnego sumienia wobec innych, zwłaszcza wobec tych, którzy nie podzielają wartości bliskich redaktorowi”.

Przytoczyłem obszerny kawałek, bo to dorodny przykład postchrześcijańskiego sposobu myślenia. Bóg tu praktycznie nie istnieje, bo zastępuje Go widzimisię zwane „sumieniem”. Nie ma tu mowy o woli Bożej i wierności nauce Kościoła. Jest za to stała śpiewka: „jeśli nie chcesz in vitro (aborcji, eutanazji, homozwiązków i innych takich), to nikt cię nie zmusza – ale innym nie zabraniaj”.

Przetłumaczmy to na język praktyki: bezczynnie patrz, jak poniewiera się innymi ludźmi, odbiera się im prawa ludzkie, wylewa się do ścieków, trzyma w lodówkach. Obojętnie przechodź obok klinik, w których morduje się dzieci. Nie wtrącaj się, gdy zamiast dać choremu miłość, chce mu się podać truciznę. Nie reaguj, gdy prawodawcy trudzą się nad kolejnym krokiem ku rozbiciu małżeństwa i rodziny. Nie zajmuj się losem dzieci oddanych na „wychowanie” zboczonym związkom. I tak dalej.

To pierwsze przykazanie postchrześcijanina: „Odczep się. Ja cię nie nawracam, ty mnie nie nawracaj”. W rzeczywistości jest to bezustanne nawracanie na nihilizm. To propaganda zimnej obojętności wobec bliźnich: niech każdy wybiera, co mu pasuje.

Postchrześcijaństwo, nie mogąc wskazać celu, celem czyni wybór. To dlatego nawet gdy w katolickim czasopiśmie przypomina się, że prawda jest jedna, a droga do nieba wąska, natychmiast odzywa się jazgotliwy chór zatroskanych o „bezwyznaniowców, ewangelików, gejów i lesbijki” (co za zestawienie), żeby przypadkiem nie zmienili życia i nie stali się szczęśliwi tu i w wieczności. Żeby nie spotkali Tego, który mówi jasno: „kocham cię zazdrosną miłością”. Żeby nie oddali życia Temu, który nie uznaje kompromisów, bo chce nas całych. A chce, bo do nieba idzie się w całości. Albo się nie idzie.


FRANCISZEK KUCHARCZAK

Oferta 
zagłady

Z diabłem
 można zrobić interes, ale to 
wyłącznie 
jego interes.

 

Niedawno w sklepie prowadzonym przez ludzi wierzących, szczerych katolików, zauważyłem „Fakty i Mity”. Sympatyczna ekspedientka wyjaśniła, że ludzie o to pismo pytali. Więc właściciel sprowadził.


No tak. Dobry sprzedawca sprowadza taki towar, na jaki jest zapotrzebowanie. Na tym polega interes. I w ten oto sposób wyznawcy Boga sprawnie i gładko tworzą królestwo diabła. Ludzie chcą kłamliwego szmatławca, w którym łgarstwo idzie w zawody z wulgarnością? Ależ proszę bardzo. Dopytują o pornosa? Nie ma sprawy. Szukają prezerwatyw? U nas w wielu smakach! My jesteśmy czyści, my z tego nie korzystamy, my tylko udostępniamy. Pieniądz nie śmierdzi. 


I to nawet prawda – nie śmierdzi. A szkoda, bo gdyby śmierdział, ludzie wiedzieliby, że każdy grosz otrzymany za pismo, które niszczy dusze, każdy zysk uzyskany z antykoncepcji, przedmiotów do praktykowania magii i innych precjozów zdrady Boga, jest pieniądzem przeklętym, który błogosławieństwa Bożego nie przyniesie. Daremne jest ofiarowanie Bogu nawet dwumetrowej świecy, gdy diabłu się pali choćby malutki ogarek. Ludzie! Przecież wy te pieniądze macie od złego! 


Chrześcijanin musi być gotów stracić nie tylko parę groszy, ale cały majątek, a nawet i życie, gdyby ceną za zachowanie tych rzeczy był grzech. 
Na czym ma polegać chrześcijańska miłość bliźniego? Na ułatwianiu mu drogi do piekła? To żadna miłość nadskakiwać ludziom i dbać o ich komfort, gdy chcą realizować to, co ich zniszczy.

Jeśli uważamy się za wiernych Chrystusowi, nie wolno nam przykładać ręki do czegokolwiek, co mogłoby zaszkodzić czyjejkolwiek duszy. 
To żadne usprawiedliwienie, że klienci są dorośli i sami decydują, co chcą kupować i co czytać. Stwarzanie okazji do grzechu też jest grzechem.

Ignacy Loyola, jeden z największych świętych, był dorosły, gdy się nawrócił. A zaczęło się od tego, że gdy leżał ranny, w jego domu NIE BYŁO książek, których się domagał, czyli romansów rycerskich. Były za to dwie książki innego rodzaju: „Życie Chrystusa” i „Legenda aurea” z żywotami świętych. Zaczął więc je czytać. I Bóg przez nie do niego przemówił. „Jeśli oni mogli, to dlaczego nie ja? – myślał, czytając o świętych Franciszku i Dominiku. To był początek fascynującej drogi Ignacego do świętości, z której owoców po dziś dzień korzystają 
miliony ludzi.


Gdyby dostał to, o co pytał, nie przeczytałby tego, co wzbudziło jego wiarę. A gdyby rodzinka załatwiła mu, powiedzmy, „Hechos y Mitos” (był Hiszpanem, więc przecież nie czytałby „Faktów i Mitów” po polsku), to zamiast świętego mielibyśmy potępieńca. 
Bo wcale nie trzeba produkować zła, żeby być jego współpracownikiem. Wystarczy je rozprowadzać.


My, chrześcijanie, mamy do zaoferowania światu najlepszą rzecz: zbawienie. Ale marketing u nas do bani, a co gorsza, wielu z wyznawców Jezusa podtyka ludziom pod nos to, co ich od Jezusa oddala. No bo przecież „klient nasz pan”.


Otóż nie. Jeśli mamy się za chrześcijan, to Jezus nasz Pan.


Franciszek Kucharczak

8 wrzesień
UROCZYSTOŚĆ NARODZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, głównej Patronki Ordynariatu Polowego

Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.



Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim:Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o Młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o Przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba.Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, więc jest bardzo bliska Ewangelii św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w dniu 21 listopada.


Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do Bazyliki Matki Bożej Większej.
Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu - w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno - wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól, zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria - a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej - najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny;Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello - znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).

Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że "będą Ją chwalić wszystkie pokolenia".

Wodzi na pokuszenie

Z Tobą ciemność nie będzie ciemna


W każdym z nas odnaleźć można tą ciemniejszą stronę osobowości. Ponurą, mroczną, tam gdzie bardzo wiele ma do powiedzenia zły duch. Wielu, nawet bardzo blisko związanych z Kościołem, poddaje w wątpliwość istnienie szatana, złych mocy. Serwuje się nam chrześcijaństwo radosne, bo po co straszyć i zniechęcać mrocznymi obrazami. Z drugiej strony Chrystus, a za nim Kościół, jasno wypowiada się w kwestii istnienia oraz działania szatana. Słyszymy świadectwa egzorcystów, którzy widzieli naprawdę wiele. Liczni święci również byli dręczeni przez złego ducha. Myślę, że każdy z nas doświadcza  na co dzień działalności Szatana, który walczy o to żeby nas zniszczyć. Nie wygląda to tak spektakularnie jak w kinie, nie jest to działanie aż tak wyraźne i mocne jak choćby u świętego Ojca Pio. A jednak zły duch osiąga spore sukcesy. Działa on bowiem w sposób bardzo inteligentny.

Klasyczne do bólu

Można tutaj przypomnieć Ewangeliczną scenę kuszenia Jezusa na pustyni. Szatan dopadł Jezusa podczas postu. Klasyczne do bólu. Kusiciel zawsze rusza do akcji kiedy jesteśmy słabi bo doskonale wie, że wtedy najłatwiej nas złamać. Diabeł powiedział do Jezusa: jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi żeby stał się chlebem (Łk., 4,3). 

Szatan zaproponował także Chrystusowi, żeby ten rzucił się ze skał w dół. Argumentował to cytatami z Pisma Świętego: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, żeby cię strzegli i na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie urazi swojej nogi o kamień (Łk, 4,10-11). Zły zatem dopada człowieka kiedy ten jest w gorszej formie. I od razu podsuwa myśli, które mają nas postawić w opozycji do Boga. Tak źle mi się powodzi, a gdzie jest Bóg, kochający mnie Ojciec? Przecież Aniołom swoim miał dać rozkaz żeby mnie strzegli, a on pozwala na to, żeby mi się źle działo.

Szatan przedstawił również Jezusowi wszystkie bogactwa tego świata i zaproponował, że odda mu władzę nad nimi. Jedynym warunkiem było to, że Chrystus musiał złemu oddać pokłon. Bogactwo i sława mogą niestety szybko wciągnąć człowieka, sprawić że utraci on grunt pod nogami, przewartościuje z swoim życiu pewne sprawy i rzeczywiście zacznie oddawać pokłony nie temu, komu są one należne.

Zły przyszedł do Chrystusa również na kilka godzin przed jego krzyżową śmiercią, co opisała Anna Katarzyna Emerich w książce "Pasja". Oczywiście zły pojawił się w sytuacji, gdy Zbawiciel tak zwyczajnie, po ludzku, bał się tego co ma nastąpić. Diabeł momentalnie chciał dobić Jezusa swoim najczęściej stosowanym trikiem. Jak to! Ty chcesz brać na siebie grzechy całego świata sam nie będąc czysty? Szatan oskarżył Jezusa o wszystkie uchybienia jego uczniów, o to że był przyczyną wymordowania dzieci przez Heroda, narażał swoich rodziców na nędzę i cierpienie w Egipcie, nie uzdrowił niektórych chorych, że nie zapobiegł ponownemu upadkowi Marii Magdaleny.

Szatan ukazał również Jezusowi całą biedę ludzkiej duszy, całą ohydę natury człowieka. Pokazał Chrystusowi grzechy człowieka mówiąc: Jak to! I to chcesz wziąć na siebie? Za tych ludzi chcesz umierać na krzyżu? Za tych morderców i złodziei chcesz ponieść karę, na którą nie zasługujesz? Po co Ci to? Nie warto. To nic nie da. Czy ktoś to doceni? Zobacz jak Ciebie opluwają.


Bezwartościowe dobro


Działanie Szatana polega na próbie zdeptania nas, wbicia w ziemię. Wciąż nam podpowiada: Jesteś beznadziejny, nic nie warty, ciągle popełniasz błędy, ciągle tylko krzywdzisz innych. 

Druga metoda szatańskiego działania wiedzie przez próbę przekonania nas, że dobro które czynimy nie ma żadnej wartości, że nie wnosi niczego pozytywnego, że nie jest docenione. Szatan zna człowieka, wie że jest on z natury dobry i że powyższe działania mogą być bardzo skuteczne. 

Jak się nie dać?

Dlatego jedyną naszą bronią jest podniesienie czoła wysoko do góry. Nie chodzi tutaj o pychę, ale o nabranie pewności siebie. Należę do Boga i jemu służę. Z jego mocą idę przez życie. Owszem jestem słaby i upadam, ale mam siłę podnosić się. A w chwili słabości nie muszę rozpamiętywać tego co złe, tylko mogę się zwrócić do Stwórcy z prośbą o siłę. Panie nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja - te słowa wypowiadane przed Komunią świętą mają w sobie wielką głębię. Jestem niegodny, jestem grzeszny ale... głowa do góry. Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia (Flp,4,13).



Jacek Stojanowski

Dar władzy nad złymi duchami

Chrystus powiedział: "Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi"(Mt 28,18). Mieściła się w niej także władza nad złymi duchami, jak świadczą o tym ewangelie. Tą władzą dzielił się najpierw z Apostołami (Łk 9,21), potem udzielił jej siedemdziesięciu dwom uczniom (Łk 10,19), w koncu wszystkim wierzącym: "Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać" (Mk 16,17). Władza nad złymi duchami przekazywana bywa dwiema drogami: urzędową – poprzez święcenia kapłanskie i przekazanie funkcji w Kościele – i wtedy można ją nazwać charyzmatem urzędowym lub autorytetem zewnętrznym, oraz poprzez bezpośrednie obdarowanie przez Ducha świętego i możnaby ją wówczas nazwać charyzmatem nie urzędowym, autorytetem osobistym. Bóg ma pełną wolność obdarowywania – Duch tchnie, kędy chce. Aby być skutecznymi narzędziami i sługami Pana w walce przeciw szatanowi i jego dziełom ciemności, potrzebujemy obu (ks. C. Mc Donnell, Osobiste charyzmaty egzorcysty, Rzym 1996, mps).
 
Podobnie ks. C. Balducci podkreśla, że chrześcijanin może mieć władzę nad szatanem dzięki charyzmatowi uwalniania oraz dzięki zastosowaniu władzy Chrystusa, z którym jest złączony i w którego Imieniu rozkazuje. Autorytet wynikający z siły charyzmatycznej uważa za bardziej skuteczny, nawet niezawodny (Gli indemoniati, Rzym 1959, s. 95-99, podaję za: M. La Grua, dz. cyt., s. 110). W Kościołach na Wschodzie, katolickich i prawosławnych, większą wagę przywiązuje się do charyzmatu uwalniania, w Kościele na Zachodzie do władzy nadanej z urzędu przez sakramenty i upoważnienie biskupa.
 
Jakkolwiek charyzmaty z natury nie zależą od świętości człowieka, ale od wyboru Bożego, Bóg zwykle udziela ich osobom prawym, żarliwie rozmodlonym, prowadzącym głębokie życie chrześcijanskie. Obdarowanie charyzmatem nie może zatem być głównym argumentem świadczącym o świętości człowieka. Przekonuje o tym proroctwo Kajfasza podczas sądu nad Chrystusem (J 11,49-52) oraz prorokowanie i wyrzucanie złych duchów przez niegodnych uczniów Chrystusa (Mt 7,22-23). Sytuacja optymalna zachodzi, gdy egzorcysta upoważniony przez władzę kościelną jest jednocześnie wyposażony przez Ducha świętego w charyzmat uwalniania i o taki charyzmat powinien Boga gorąco prosić.
 
Mc Donnell zwraca uwagę, że najważniejszą łaską bądź darem, który wyróżnia egzorcystę i jego pomocników jest to, że są prowadzeni przez Ducha świętego, który daje silną więź miłości z Chrystusem i Kościołem. Jezus w swej ludzkiej naturze był prowadzony przez Ducha świętego, poddał się Jego działaniu. Dzięki mocy Ducha mógł dokonywać dzieł wyznaczonych Mu przez Ojca. Także my jako egzorcyści potrzebujemy doskonałej uległości Duchowi świętemu i Jego mocy w naszym posługiwaniu. Jeśli egzorcysta nie chce zawierzyć się kierownictwu Ducha świętego, nie otrzyma potrzebnej władzy, która poprzez modlitwę spływa do serca człowieka. Właśnie na modlitwie Duch święty przychodzi z pomocą naszej słabości, uzdalnia do modlitwy i przeprowadza przez nią w głębi serca. Egzorcysta i jego pomocnicy powinni dużo i dobrze się modlić i wyraźnie prosić o charyzmat uwalniania.
 
Posiadając władzę nad złymi duchami, egzorcysta winien strzec się pychy. Postawa zarozumiałości będąca skutkiem sukcesów w posłudze egzorcystycznej, może doprowadzić do błędnego przekonania, że własną mocą wyrzucamy złe duchy. Jezus wyraźnie mówi, że wyrzuca demona mocą Ducha świętego (Mt 12,28).
 
Swoje doświadczenia korzystania z mocy nie tylko urzędowej, ale – jak zdaje się wynikać z kontekstu – także charyzmatycznej, Mc Donnell ilustruje dwoma przykładami, z których jeden podaję w całości.
 
Pewnego razu w Afryce poprosił mnie pewien emerytowany pilot, bym przybył do niego i pobłogosławił działkę i maszyny rolnicze, które zakupił... Działka ta była uprzednio miejscem czarnych praktyk czarownic i satanistów. Za każdym razem, gdy ów pilot zatrudniał nową osobę, by z pomocą maszyn obrobiła tę ziemię, te nagle psuły się lub zwyczajnie nie funkcjonowały. Tym sposobem nie mógł on obsiać tego pola. Poszedłem z nim na pole, zabierając ze sobą mój krzyż i niewielką ilość wody święconej. Znalazłszy się tam, nie odczuwałem z początku nic nadzwyczajnego. Przemierzając pole zacząłem się modlić i czyniąc użytek z autorytetu wyklinałem w imię Jezusa wszelkiego rodzaju zło, przypuszczalnie skumulowane i spoczwarzające ten kawałek ziemi, a także wszystkie demony, które zamieszkiwały ten obszar. W chwili, gdy wypowiadałem słowa duchu ciemności, jakaś niewidzialna siła chwyciła mnie za gardło. Moje gruczoły w lewej części szyi zaczęły puchnąć. Natychmiast spryskałem się wodą święconą. Pomogło. Następnie rozkazałem duchowi ciemności odejść i nigdy nie wracać w to miejsce. Później pobłogosławiłem pole i maszyny. Tego roku byłem ponownie w Afryce i powiedziano mi, że od tamtego momentu skonczyły się wszelkie problemy z maszynami, a pole jest znów żyzne” (mps cyt.).
 
Charyzmatem władzy nad złymi duchami Bóg obdarza także osoby świeckie. Tu moc nad demonami umacnia szczególnie osobista świętość, jak o tym świadczą wydarzenia z życia św. Katarzyny Sienenskiej oraz św. Teresy Wielkiej, która pisze, że Bóg dał jej władzę nad złymi duchami, że ich się nie boi, to raczej one się jej boją i uciekają (por. Am I, s. 65-67).
 
Spotykamy dziś wielu fałszywych świeckich egzorcystów, powołujących się niekiedy na dar od Boga. Twierdzą, że potrafią rozpoznać, ile złych duchów jest w danej osobie lub na nią działa, że za pomocą różnych zabiegów magicznych, formuł i gestów, często dziwacznych i zabobonnych i wykonywanych nieraz w kontekście aktów i znaków religijnych (świętych obrazów, krucyfiksów, modlitw, użycia wody święconej itp.) potrafią uwolnić od złego, a za swoją usługę żądają lub oczekują finansowego wynagrodzenia. Niekiedy powołują się na uzyskane podstępnie błogosławienstwo papieskie czy zgodę biskupa.
 
Autentyczny charyzmat władzy nad złymi duchami jest u osób świeckich – jak wskazuje doświadczenie – bardzo rzadki. Autentyczni charyzmatycy nie reklamują się, nie przyjmują wynagrodzenia, nie liczą na własne siły czy uzdolnienia, ale wyłącznie na moc nadprzyrodzoną, uproszoną przez modlitwę. Dalszymi ważnymi kryteriami prawdziwości ich charyzmatu jest rozmodlenie, głęboka wiara i miłość, zgodność życia z ewangelią, głęboka pokora i nie szukanie własnej chwały, równowaga ducha oraz przede wszystkim dobre i trwałe owoce. Dodajmy, że charyzmatyk w swej posłudze nie traci sił, nie musi się doładowywać jakąś energią, jak to czynią różni fałszywi uzdrowiciele, energoterapeuci, radiesteci itp. (por. Am I, s. 166n). Charyzmat uwalniania ks. La Grua nazwał „namaszczeniem władzy nad demonami” (dz. cyt. s.207).
 
Ks. Marian Piątkowski

Chleb i wino

Żeby zrozumieć to, co Biblia mówi o chlebie i winie, trzeba mieć za sobą dwa doświadczenia egzystencjalne, a mianowicie doświadczenie głodu i doświadczenie smutku.

Dla nas chleb to złoty lub brązowy bochen, z którego odcinamy po kromce, kiedy mamy ochotę na kanapkę. Chleb, który łamał Jezus, wyglądał inaczej. Był to placek upieczony z jęczmiennej mąki, niekwaszony, przypominający bardziej nasze podpłomyki. Zwykle chleb pieczono na zakwasie, jednak Ostatnia Wieczerza była ucztą paschalną, stąd brak kwasu w pieczywie.

Wino było gronowe, najprawdopodobniej białe, nie miało jednak mocy ani czystości współczesnego nam wina, co nie odbierało mu znaczenia leku: proces fermentacji oczyszczał wodę, zabijając zawarte w niej bakterie. Nie na darmo św. Paweł zalecał Tymoteuszowi picie tego napoju ze względu na jego słaby żołądek (por. 1 Tm 5,23b).

Jako wynalazcę wina Biblia opisuje Noego, który jako pierwszy je sporządził i jako pierwszy go nadużył, narażając się na ośmieszenie w oczach swojego syna, Chama (Rdz 9,20-22). O ile chleb zawsze ma pozytywne konotacje, o tyle wino w biblijnych opisach ma dwojaką „twarz”. Jest źródłem radości, ale też upojenia, które odbiera człowiekowi zdolność sądu i możliwość racjonalnego działania.

Lek na umieranie

Nie ssanie w żołądku i apetyt na konkretny posiłek, ale obsesyjne myślenie o jedzeniu i osłabienie ciała związane z niedoborem energii. Bez pożywienia człowiek może przeżyć ok. 40 dni, organizm pozbawiony dostaw z zewnątrz zjada sam siebie, oszczędzając jedynie najpotrzebniejsze organy.

Głodujący aż do bólu jest świadomy tego, że chleb to życie, i Pismo Święte tak właśnie to opisuje: dopuszczenie kogoś do stołu, podzielenie się z nim chlebem jest włączeniem kogoś w nasze życie.

Tu warto sobie przypomnieć, że w czasach biblijnych posiadanie chleba nie było czymś oczywistym: kiedy przychodziły suche lata, wojna, powodzie, nastawał głód i ludzie masowo umierali. W takim kontekście podzielenie się z kimś swoim chlebem było podzieleniem się sobą, rezygnacją z części swojego życia, aby podtrzymać cudze.

W Biblii słowo „chleb” często używane jest jako ogólne określenie jedzenia, utrzymanie związane ze sprawowaniem jakiegoś urzędu (np. „chleb zarządcy”; Na 5,14); składane w Świątyni ofiary bywają też określane jako „chleb Boży”.

Wiele ofiar świątynnych to właśnie chleb, najczęściej niekwaszony i wypieczony z najczystszej mąki. Był to znak wymiany darów: Bóg spuszczał deszcze, dawał siłę wzrostu, a człowiek z wdzięczności za ofiarowane mu pożywienie jego część oddawał Bogu, okazując także w ten sposób zaufanie, że danego mu chleba nie zabraknie.

Lek na smutne serce

Czasami, jak delikatna mgiełka, ogarnia nas melancholia. Czasami stajemy wobec trudnych doświadczeń, z którymi w pierwszym momencie nie potrafimy sobie poradzić, albo wydarzeń radosnych, ale przychodzących w momencie, kiedy trudno nam je przyjąć. I na takie właśnie chwile Bóg dał nam wino, aby otworzyło nasze serca i pomogło nam wyrzucić z nich to, co w nich jest zawarte.

Posiadanie własnej winnicy było w Izraelu wyznacznikiem majętności. Wino spożywano rzadko, tylko przy szczególnych okazjach. Nadawało posiłkowi szczególny charakter – jego obecność na stole oznaczała, że jest święto, dzień radości.

Nie mogło zabraknąć wina zwłaszcza na weselu – było znakiem zamożnej i szczęśliwej przyszłości młodych. Kiedy prorocy zapowiadają czasy mesjańskie, jednym ze znaków ich nadejścia jest obfitość wina, „góry ociekające moszczem”, który zresztą bywa nazywany „krwią winogron” (por. np. Rdz 49,11).

Wino ma jednak w Biblii także znaczenie negatywne, gdyż może być symbolem Bożego gniewu i odurzenia wynikającego z cierpienia. W tym sensie było ono „dawane do wypicia” tym, którzy grzeszyli i nie chcieli słuchać o konieczności nawrócenia.

O kielichu Bożego gniewu czytamy zwłaszcza w Starym Testamencie (Ps 75,9; Iz 51,17; Lm 4,21 itd.), ale obraz ten pojawia się też w Apokalipsie (Ap 16,19). Wiąże się on z obrazem utraty kontroli nad swoim życiem i działaniem: człowiek pijany już nie panuje nad sobą – panuje nad nim wino i popędy, które ono wydobyło na jaw.

W Nowym Testamencie pojawia się jeszcze jedno znaczenie wina. Otóż kiedy w dniu Pięćdziesiątnicy uczniowie napełnieni Duchem Świętym wybiegają z Wieczernika, zostają posądzeni o to, że są pijani. I osąd ten, wypowiedziany po grecku, niewiele odbiega od istoty rzeczy: otóż greckie baptismoi oznacza zarówno ochrzczonych, jak i pijanych.

Tę grę słów wykorzystuje w swoich listach św. Paweł i nie da się ukryć, że oddaje ona pewną głęboką prawdę o działaniu Ducha w naszym życiu. Otóż łagodzi On nasze cierpienia i przynosi orzeźwienie, upaja nas i wzmacnia.

Eucharystia to lek złożony

Chleb i wino to biblijny obraz uczty radości. Chleb jest podstawowym pokarmem, a wino nadaje posiłkowi odcień radości i upojenia, jednocześnie będąc przestrogą przed nierozważnym sięganiem po zostawione nam przez Boga dary. Kielich błogosławieństwa pity bez więzi z Bogiem staje się kielichem gniewu. Wino wydobywa z nas prawdę o naszym wnętrzu: jeśli mieszka w nim dobro, będziemy zbawieni, jeśli zło – spadnie na nas wina za Jego śmierć (por. 1 Kor 11,27).

Elżbieta Wiater

Nie dajmy się zwodzić

Jako chrześcijanie uznajemy realne i osobowe istnienie zła. Potwierdza je sam Jezus – w Ewangeliach czytamy o tym, jak uzdrawiał opętanych ludzi. W jaki sposób możemy się bronić przed działaniem złego ducha?

Niektóre sposoby działania szatana

Kiedy podejmujemy temat dotyczący zwyczajnego i nadzwyczajnego działania złego ducha, musimy uświadomić sobie fakt, że szatan jest bytem osobowym. Częściowo wspomnieliśmy już o tym w poprzednim artykule. Choć jest on (szatan) istotą duchową, jego działanie nacechowane jest szerokim wachlarzem możliwości. Przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę z tego, że nieustannie każdy z nas jest narażony na ataki diabła, polegające na kuszeniu, na wywieraniu wpływu na inne stworzenia, a także – co jest celem najistotniejszym w zamyśle Złego – na zniszczeniu dobrej relacji stworzenia do Stwórcy[1]. Nasze poniższe rozważania będą miały tylko wtedy sens, kiedy przyjmie się z całą odpowiedzialnością i powagą, realne istnienie szatana. Współczesnym problemem wielu ludzi, zarówno świeckich, jak i duchownych, a także niektórych teologów, jest traktowanie zła osobowego – jakim jest diabeł – jako „jakiegoś” zła, czy też zła jako bezosobowej „zasady” występującej i działającej w świecie. Ujmowanie omawianego problemu w takiej optyce, nie rokuje dobrych nadziei na skuteczną walkę. Bo jak można skutecznie walczyć z „kimś”, kogo się neguje lub traktuje niepoważnie. W przypadku jednak Złego, podejście do „tematu” jest całkowicie inne. Diabeł bierze „na poważnie” każdą naszą nawet nieświadomą deklarację, kiedy to zgadzając się na grzech, czy „bylejakość” naszego życia duchowego, świadomie lub nieświadomie otwieramy dla niego furtki naszej duszy. Często każdy z nas czyni to dlatego, że jest kuszony do czynienia zła.

Kuszenie do zła

Kiedy odwołamy się do Pisma Świętego, z łatwością zauważymy, że nie poświęca ono zbyt wiele miejsca tematowi diabła. Szczególnie widać to na kartach Starego Testamentu. Wiele natomiast jest mowy na temat charakteru i funkcji kuszenia, które wywodzą się z buntu i z nieposłuszeństwa względem woli Boga[2]. Kuszenie staje się podstawowym i pierwszym sposobem, poprzez który diabeł oddziałuje na człowieka. Najbardziej spektakularnym kuszeniem jest kuszenie samego Jezusa, o czym wspominają Ewangelie. Bardzo często termin kuszenie zostaje zastąpiony terminem zwodzenie. Oddaje on jakby jeszcze dokładniej wartość semantyczną samego procesu kuszenia. Zwodzicielem jest przecież diabeł. Kuszenie jest zatem swego rodzaju „zwodzeniem” człowieka do złego, a więc proponowaniem czegoś, co szatan podaje w sposób atrakcyjny, kreując siebie jednocześnie jako tego, który ma władzę, od którego wiele zależy[3]. Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko to będzie twoje (por. Łk 4,6). Każdy człowiek, a w szczególności chrześcijanin, jest nieustannie narażony na wpływ Złego. Dlatego Kościół w modlitwie Komplety zachęca wiernych słowami św. Piotra do czuwania i do trzeźwości. Apostoł przestrzega, że nieprzyjaciel, szatan, krąży jak lew ryczący, szukając, kogo by mógł pożreć (por.1P 5,8)[4]. Sobór watykański II przypomina nam wszystkim, że w naszym życiu nie tylko toczymy walkę przeciw ciału i krwi, a więc przeciw upodobaniom cielesnym, ale także walczymy przeciw mocom ciemności[5]. To zdanie uświadamia nam, że szatan może wykorzystywać skłonności naszego ciała do tego, by kusić człowieka do zła, zachęcać, do wyboru pozornego dobra i pozornej wolności. Rozważając ten problem, uwagę należy skoncentrować przede wszystkim na kuszeniu zwykłych ludzi, a więc na ukazaniu „standardowego” sposobu kuszenia. Inaczej bowiem wygląda mechanizm kuszenia „z dopustu” Bożego, którego doświadczali święci, ponieważ Bóg chciał poprzez takie doświadczenie, człowieka oczyścić, umocnić duchowo i poprowadzić jeszcze dalej w duchowym rozwoju[6]. Diabeł, jeśli nie może dojść wprost do inteligencji człowieka, do mojej woli, do władz całkowicie duchowych, które są dostępne tylko Bogu, swoją szatańską mocą stara się ugodzić w ludzkie zmysły zewnętrzne, jak na przykład: wzrok, dotyk, słuch, a także stara się wykorzystać wewnętrzne zmysły człowieka: pamięć, fantazję czy wyobraźnię[7]. Poprzez nasze zmysły zewnętrzne i wewnętrzne, szatan chce osiągnąć władzę nad człowiekiem. Dokonać tego może – jeśli chodzi o zmysły zewnętrzne – tylko w sposób pośredni. Bezpośrednio może natomiast oddziaływać na nas tylko w sferze zmysłów i wyobraźni. Stara się zatem, najlepiej jak potrafi, wykorzystać swe władze, by człowieka kusić, zwodzić, zniewalać, a nawet doprowadzić do całkowitego zapanowania nad nim poprzez opętanie. Bóg jednak nieustannie daje nam ogrom łaski. Gdyby nie łaska Boga, każdy z nas mógłby być zniewolony lub nawet opętany. Jako ludzie wierzący możemy przeciwstawić się pokusom dzięki pogłębionemu życiu duchowemu. Nie znaczy to, że nie będziemy odczuwali pokus, ale będziemy umieli je zwyciężać dzięki łasce i mocy Chrystusa.

Nawiedzenie demoniczne

Oprócz zwyczajnego działania diabła, o którym zostało powiedziane powyżej, występują także inne działania, mające na celu nakłonienie człowieka do wybrania „pozornego dobra” czyli grzechu. Szatan, aby zwieść i nakłonić stworzenie do nieposłuszeństwa Bogu, będzie stosował różnego rodzaju taktykę. Jednym z takich metod jest demoniczne nawiedzenie. Jest ono swego rodzaju silniejszym atakiem, niż samo kuszenie, ponieważ diabeł uzurpuje sobie (słuszne jego zdaniem) prawo do bycia Bogiem[8]. Należy także pamiętać, że wpływ diabła znacznie wzrósł do momentu, kiedy Adam i Ewa po raz pierwszy utracili łaskę, albowiem oddając mu upragnioną cześć, stali się poniekąd jego podwładnymi. Szatan w pewien sposób ich posiadł i uniemożliwił im odejście. Stąd może pozwolić sobie na bardziej otwarte działanie[9]. Zauważyć należy, że choć rzadko słyszy się o ludziach opętanych, to coraz częstszym staje się fakt dostrzegania ludzi nieszczęśliwych. Istnieje bardzo dużo takich ludzi (nieszczęśliwych), którzy nie zdradzają objawów opętania przez złego ducha, a korzystają z posługi egzorcysty, aby otrzymać uwolnienie od swych cierpień: dokuczliwych chorób, nieszczęść, różnego rodzaju niepowodzeń. Osoby opętane spotyka się dosyć rzadko, ale ludzi nieszczęśliwych jest bardzo dużo[10]. Należy oczywiście zdecydowanie odróżnić opętanych od zniewolonych, a także zniewolonych i nieszczęśliwych od tylko nieszczęśliwych. Nie każdy nieszczęśliwy musi być zaraz zniewolony, ale fakt, że liczba tak jednych jak i drugich stale wzrasta. Najczęstszą przyczyną nawiedzenia demonicznego, jest obecnie ciągle malejący poziom życia religijnego. Brak modlitwy, zaniedbywanie korzystania z łaski uświęcającej i życie w rozwiązłości moralnej, w grzechu, to najczęstsze przyczyny nawiedzeń demonicznych dotyczących ludzi i miejsca. Takie stany zaniedbania życia duchowego stwarzają dobre warunki dla zagnieżdżenia się zła. Dlatego nieraz w niektórych domach słychać dziwne hałasy, występują różne niewytłumaczalne naukowo zjawiska, osoby bliskie czy znajome nagle zapadają na różne choroby, z których jakoś ciężko jest im się wyleczyć. Przykładów można mnożyć wiele. Rada jest jednak prosta. Nie wolno dać sobie wmówić, że diabła nie ma, że to tylko bajka dla niegrzecznych dzieci…

Diabeł istnieje. Potwierdza to sam Jezus. Przykładem są osoby ciągle doświadczane demonicznym działaniem. I znów, tylko od nas samych, od naszej wolności zależy, czy uwierzymy Chrystusowi, który zwyciężył szatana, czy damy się dalej zwodzić temu, który bardzo chce, byś uwierzył, że Zły nie istnieje…

__________
Przypisy:

[1] Por. T. Trębacz, Szatan jako źródło zła. Studium dogmatyczno-pastoralne, Kraków 2008, 71.
[2] Por. L. Rose, Diabełchce ciępoznać, Wrocław 1999, 25.
[3] Zob. T. Trębacz, Szatan jako źródło zła, 72-73.
[4] Por. G. Huber, Idź precz szatanie, Marki 2000, 87.
[5] Por. KK 35.
[6] Zob. T. Trębacz, Szatan jako źródło zła, 72-73.
[7] Por. G. Huber, Idź precz szatanie, 89.
[8] Por. L. Rose, Diabełchce ciępoznać, 110.
[9] Por. tamże.
[10] Por. G. Amorth, dz. cyt., 53.

Obchody rocznicy wybuchu II Wojny Światowej

W sobotę, na cmentarzu w Świnoujściu odbyły się uroczystościku czci poległych podczas walk w II Wojnie Światowej. Przedstawiciele 8.Flotylli Obrony Wybrzeża, władz miasta oraz służb mundurowych, stowarzyszeń kombatanckich, środowisk niemieckich oraz dzieci i młodzież z klubu sportowego ze Świnoujścia złożyli kwiaty pod „Kwaterą wiecznego spoczynku weteranów II Wojny Światowej walczących o niepodległość ojczyzny na frontach wschodnich, zachodnich i w oddziałach partyzanckich”. Uroczystości rozpoczęły się ogodzinie 11.50 wprowadzeniem posterunku honorowego w którym wspólnie uczestniczyli marynarze oraz harcerze. Punktualnie o godzinie 12 trębacz odegrał sygnał „Słuchajcie wszyscy”. Po krótkich przemówieniach i oddaniu salwy honorowej delegacje złożyły kwiaty pod „Kwaterą wiecznego spoczynku” aby oddać hołd ofiarom poległym w II wojnie światowej. Wśród składających kwiaty była także delegacja niemiecka: burmistrz gminy Heringsdorf Lars Petersen, dyrektor ośrodka spotkań młodzieży „Golm” dr Nils Köhler oraz młodzież ze szkoły w Hamburgu. Na zakończenie uroczystości trębacz odegrał pieśń „Śpij Kolego”.

3 września - Święty Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła

Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszów. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu św. Gordiana. Młodość swoją Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik - świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, który był wówczas pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich - pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by mu pomagał bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrał Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 października 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku 590 Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler - w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi - w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki - w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy - w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy - w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni - w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei - "sługa sług Bożych". Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy "ekumenicznego", czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet diecezja miały swój ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych - zwanych "gregoriańskimi". Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego - chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej manifestacji ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go "apostołem ludów barbarzyńskich". Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.

W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol - jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.

Nie daj się zachwiać

Chciałbym powrócić do najmniej znanych reguł rozeznawania duchowego – reguł o skrupułach, które pomagają nam rozpoznać sugestie i zachęty naszego nieprzyjaciela. Ogólnie skrupuły określa się jako “widzenie czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje”. Jesteśmy kuszeni, by popaść w pewną iluzję, złudzenie i zadręczać się nim lub przeciwnie – usprawiedliwiać swój wewnętrzny nieporządek.

Skrupuły a wyrzuty sumienia

Poprzez prawo naturalnego sumienia Bóg daje mi poznać, co jest dobre, a co złe. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że na drodze postępowania w dobrym będę kuszony do tego, żeby stracić duchową równowagę.

Podam przykład: ktoś zaprosił mnie na spotkanie modlitewne. Ze względu na wielość zajęć w domu nie poszedłem. Czuję teraz niepokój i zamęt w duszy: czy powinienem tam być, czy nie. Wobec tego należałoby wrócić do początku – jaki stan ducha towarzyszył mi wtedy, kiedy padła propozycja pójścia na spotkanie? Czy moja odmowa wynikała z konieczności (ważne obowiązki), czy też z obawy, niechęci, lenistwa lub lęku przed czymś nowym, przed zmianą stylu życia? Jeśli miałem do spełnienia obowiązki wynikające z mojego powołania, stanu życia czy z konieczności wykonania danej pracy – nie będę obarczać swojego sumienia jakimiś niepokojami, nawet jeśli propozycja pójścia na spotkanie była czymś dobrym. Gdyby jednak tak nie było, należy przyjrzeć się bacznie motywom mojej odmowy.
Niepokój sumienia a niepokoje ducha złego

Wiadomo, że duch zły będzie rodził niepokój, abyśmy nie osiągnęli swojego celu. Obrazowo można to nazwać, że będzie “tworzył dym na przedpolu” – żeby człowiek się pogubił. Gdy jadąc samochodem wpadamy nagle w gęstą mgłę – ogarnia nas niepokój. Ma on wprawdzie przyczynę zewnętrzną, ale jeśli człowiek bardzo gwałtownie zareaguje, może spowodować wypadek. Podobnie dzieje się na płaszczyźnie naszych myśli. Podążamy dobrą drogą w naszym rozważaniu, w kontemplacji czy w rozumieniu przedmiotu modlitwy, gdy nieoczekiwanie wpada nam jakaś trudna myśl, która zaczyna drążyć i niepokoić. Przyjmując ją, zaczynamy ten niepokój wchłaniać. Pokój kontemplacji jest już zakłócony, gaśnie radość obcowania z Bogiem na modlitwie. Myśl zaczyna przynosić swój zamierzony skutek. Człowiek pracujący nad sobą w rachunku sumienia odkryje, czy w myśli popełnił grzech niewierności wobec Boga, czy nie. Niepokój pogłębi się jednak, gdy sam będzie siebie oskarżać i budzić w sobie poczucie winy z powodu rzekomej niewierności wobec Boga. Zatarła się różnica między myślą, która została “podrzucona” duszy ludzkiej przez nieprzyjaciela, a odbiorcą.

Jak sobie z tym poradzić? Tutaj należałoby wrócić do jednej z reguł drugiego tygodnia Ćwiczeń, która mówi, żeby badać początek, środek i koniec myśli. Jeśli cel obrany przeze mnie był dobry i nie miałem intencji zmiany go (lub zmiany sposobu dążenia do niego), a myśl, która się przyłączyła w trakcie, właśnie do tych zmian chce prowadzić – oznacza to, że została sprowokowana przez złego ducha. Nie tylko oderwała mnie od słodyczy modlitwy, od przedmiotu kontemplacji, ale także spowodowała, że popadłem w dręczące wyrzuty sumienia. Myśl pochodziła z zewnątrz – wcisnęła się pomiędzy mnie a przedmiot kontemplacji czy rozmyślania. Ważne jest to, co ja z nią zrobiłem. Jeżeli nie przyjmowałem jej, nie chciałem z nią współpracować, to nie ma powodu do niepokoju.

Skrupuły powstające z naszego osądu

Święty Ignacy mówi o nich następująco: te skrupuły wywodzą się z naszego własnego osądu i wolności – kiedy ja sam za grzech uważam to, co nie jest grzechem. Podam przykład: ktoś przechodząc obok kościoła rozmawiał z drugim człowiekiem, nie zrobił znaku krzyża (który zawsze zwykł czynić). Potem dręczy go to wewnętrznie, ponieważ patrzy na to w kategoriach grzechu. Natomiast tu grzechu żadnego nie było. Nie było zaniedbania – był zajęty słuszną rzeczą w rozmowie z drugim człowiekiem. Jeśli jednak będzie rozważał, że powinien zawrócić i przeżegnać się, to w pewnym sensie zacznie zadręczać samego siebie i tracić ducha. A przecież Jezus dał nam Ducha trzeźwego myślenia!
Fałszywa pokora

Istnieje reguła mówiąca o gaszeniu Ducha i Jego natchnień. Opisuje ona sytuację, gdy w człowieku powstaje myśl zrobienia czegoś dobrego, np. na spotkaniu modlitewnym ktoś zachęcany jest do wypowiedzenia słowa proroczego, a zarazem w duszy budzi się mu fałszywa pokora: “Stary, jesteś pyszny, jeśli to wypowiesz. Znowu będziesz błyszczał swoją elokwencją. Niektórzy z obecnych na spotkaniu idą tą drogą już od kilku lat, a ty tylko dwa lata i chcesz się wychylać?”. Widać wyraźnie, że duch zły żeruje na naszej pseudodoskonałości, na niewłaściwym rozumieniu prawdy o nas samych. Tymczasem człowiek uczy się – robiąc. Tak jak dziecko uczy się chodzić chodząc, tak woda oczyszcza się płynąc. Animator zdobywa doświadczenie służąc, pomagając drugiemu tak, jak potrafi. Poza tym nie on człowiekowi daje wzrost, ale Duch Święty. A jeśli starał się będzie o pokorę serca, o posłuszeństwo w wierze, to pomimo jego niedoskonałości (np. jeśli zaniedba coś, co Pan Bóg chciał przez niego przekazać), ma przynajmniej jedno do zaofiarowania: potrafi słuchać. A skoro tak, Pan Bóg będzie się nim posługiwał.

Przeciwnik – diabeł może odciągać osobę od podjęcia współpracy z Bożym natchnieniem czy wezwaniem, poprzez zwrócenie jej uwagi na samą siebie. Na przykład na spotkaniu modlitewnym może u osób, które przeżywają radość modlitwy wspólnotowej, zasugerować porównywanie się z innymi. Żeby człowiek zaczął zwracać uwagę bardziej na siebie i swoją posługę, niż na Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Wtedy jest mu ukazana jego nieporadność w wypowiadaniu się, niedoskonałość w odpowiedzi na Słowo rozeznane na spotkaniu, czy nagle stają mu przed oczami własne kompleksy, które nie pozwalają mu w pełni otworzyć się na działanie łaski. W ten sposób duch zły stara się odwrócić uwagę od tego, co dobre. Na przykład od słuchania słowa Bożego i rozważania tego, co mówi Bóg przez to Słowo do jego serca, lub po prostu od radowania się jak dziecko prostą modlitwą zanoszoną do Boga...

Przesada w dobrym

Ktoś w stanie pocieszenia nałożył na siebie dużo modlitw i teraz czuje, że już nie daje rady, nie ma siły na nie wszystkie, jest zmęczony. Teraz ma wyrzuty sumienia na myśl, że chce z którejś z nich zrezygnować. Jak wyjść z tego zamkniętego koła?

Podjęcie tych zobowiązań dokonane zostało często bez porozumienia z kierownikiem duchowym. Dlatego ważne jest, żeby postawić siebie wobec obiektywnych kryteriów: zachowania podstawowego przykazania miłości Boga i bliźniego: czy to, co robię (podejmowana modlitwa w takim a nie innym wymiarze) służy większej miłości? Czy rzeczywiście znajduje odpowiednik w czynach miłości wobec bliźniego, czyni go człowiekiem większego pokoju, czy też smutku i uciemiężenia? Ważna jest tutaj porada kierownika duchowego, aby rozpoznał, czy ciężary, które zostały przyjęte, nie są podjęte w sposób nieroztropny. Wiadomo, że jeśli jesteśmy w stanie wewnętrznego pocieszenia, gotowi jesteśmy pójść za Jezusem na koniec świata! Kiedy jednak przychodzi moment strapienia, wtedy jest to bardzo trudne. Jeżeli podjęliśmy naszą drogę wiary, praktykę modlitwy zgodnie z wolą Boga, Duch Pański da nam wytrwałość i męstwo. Ale jeśli chcieliśmy “przedobrzyć” i wzięliśmy na siebie więcej, niż to jest możliwe do udźwignięcia, poczujemy się uciemiężeni. Dlatego ważne jest obiektywne kryterium – podstawowego przykazania miłości Boga i bliźniego. Rozmowa z kierownikiem duchowym na ten temat pomoże nam, abyśmy nie dali posłuchu fałszywym wyrzutom sumienia i nie popadli w skrupuły, zwłaszcza gdy już zaczynamy się oskarżać: bo nie odmówiliśmy określonych modlitw, nie odwiedziliśmy jakichś osób. A należałoby się raczej oskarżać za swoją nieroztropność w braniu na siebie tylu ciężarów... Wówczas duch ludzki może słabnąć, a psychika nasza ulec zmęczeniu. Da to okazję bardziej złu niż dobru.
Rozpoznać rodzaj niepokoju

Doświadczamy dwojakiego rodzaju niepokoju. Czasem może on wynikać z fałszywych subtelności, fałszywych myśli, postaw, odczuć, który należy przezwyciężyć odwołując się do sytuacji, w jakiej ostatnio doświadczaliśmy pokoju ducha – jakby wracając do początku. Tutaj proponowałbym, aby zbadać, jaki stan ducha towarzyszył mi wtedy, kiedy dana sprawa, decyzja była podejmowana lub kiedy decydowałem się na określony sposób życia. Jeśli towarzyszył mi wtedy stan wewnętrznego pokoju, to należy się zastanowić, w którym momencie wkradł się niepokój. Być może zabrakło pełnego zaufania Bogu, a lęk o własną doskonałość wprowadził w naszą duszę zamęt.

Z drugiej strony, możemy doświadczać niepokoju jako wezwania do zbawienia, jako upomnienia się Boga o człowieka. Jeśli idziemy drogą wiary, nadziei i miłości, słuchamy Słowa i rozważmy jej w sercu – w pewnym momencie troski tego świata (których mamy każdego dnia bardzo wiele: rozstrzyganie spraw rodzinnych, domowych, zawodowych; podyktowane koniecznością, że jeszcze i to trzeba zrobić) odciągają nas od codziennego stawania przed Bogiem. Zaczynamy gubić się, tracimy zdolność odczuwania rzeczy Bożych i słuchania tego, co Bóg mówi dzisiaj do mnie i mojej rodziny lub zgromadzenia. Na skutek tego tracimy powoli grunt pod nogami, tzn. nasz wewnętrzny człowiek traci oparcie na Bożej miłości i słabnie. Czujemy wewnętrznie, że rzeczy, sprawy doczesne próbują nami zawładnąć, że panują nad nami, natomiast my nie potrafimy ich już ogarnąć. Wtedy przychodzi niepokój, ale niepokój, który daje Bóg, by człowiek się opamiętał i stanął mocno na nogach. Aby zatrzymał się chociażby na chwilę, posłuchał, co Bóg mówi do niego, by odnalazł właściwy kierunek swego życia, utraconą równowagę i pokój serca.

Posłowie

Zastosowanie reguł w praktyce oznacza konsekwentne podejmowanie rachunku sumienia, badanie woli Bożej i podejmowanie jej każdego dnia. Jeżeli tego ćwiczenia brak, niełatwo będzie zrozumieć działanie Ducha Świętego na spotkaniu modlitewnym czy w życiu osobistym, ponieważ Duch Święty udziela się człowiekowi w cichości i prostocie serca, w ciszy “Nazaretu”. Przychodzi, żeby objawiła się w nas chwała Boża. I niewątpliwie to nastąpi, natomiast trzeba być na to dobrze przygotowanym.
 
Józef Kozłowski SJ

Spowiedź

„Sam zaś Pan nasz, Jezus Chrystus, i Bóg, Ojciec nasz, który nas umiłował i przez łaskę udzielił nam wiecznego pocieszenia i dobrej nadziei, niech pocieszy serca wasze i niech utwierdzi w każdym działaniu i dobrej mowie” (2 Tes 2,16-17). Sakrament spowiedzi trzeba pokochać, a Jezusowi zaufać jak komuś, kto jest w stanie uleczyć bolące miejsca. Czasami dotyka nas jednak nie tyle problem związany z trudem wyznawania win, co zakłopotanie, gdy nie potrafimy odkryć w sobie grzechu. Pojawia się pytanie: Z czym mam pójść do konfesjonału, skoro nie mam grzechu? Bóg jednak zachęca nas do szczerego przyglądania się sobie, by móc dzięki spowiedzi czynić nas świętszymi.

Uleczyć swoją przeszłość

Głęboki sens spowiedzi może odkryć osoba starsza, która z racji przeżytych już lat zaczyna podsumowywać swoje życie i coraz częściej zastanawiać się nad tym, co może czekać ją po śmierci. Niejednokrotnie refleksja nad własnym życiem sprawia, że osoby starsze zaczynają koncentrować się nad niektórymi postawami z przeszłości, przypominając sobie także własne dawno popełnione grzechy. Może pojawić się niepokój, gdy nie będą w stanie przypomnieć sobie, czy dany grzech został rzeczywiście wyznany na spowiedzi. To dobra okazja do przemyślenia swoich postaw i przygotowania się do spowiedzi, podczas której wyznam Bogu to wszystko, co z różnych powodów nie zostało powiedziane. Takie podsumowanie wymagać będzie cierpliwości i skupienia, a także pokrzepienia, dlatego dobrze jest „upatrzyć” sobie spowiednika, przed którym łatwiej będzie nam otworzyć swoje serce. Najlepiej do spowiedzi wybierać również czas, kiedy przy konfesjonale nie ma długich kolejek, które narzucają wszystkim pośpiech. Jeśli trudno nam dotrzeć na spowiedź w wyznaczonych w kościele godzinach, spróbujmy umówić się z wybranym księdzem w określonym czasie, tak by nasza spowiedź mogła odbyć się w spokoju i bez niepotrzebnego pośpiechu.

Jakie ja mogę mieć grzechy?

Czasem u osób starszych – zwłaszcza tych, które żyją samotnie lub są uwięzione przez chorobę we własnych domach – pojawia się problem niedostrzegania grzechu we własnym życiu. Mimo chęci wyspowiadania się po przeprowadzonym rachunku sumienia nie są one w stanie wskazać swych błędów. Rzeczywiście człowiek żyjący samotnie nie popełnia tak często grzechów przeciwko miłości bliźniego, takich jak chociażby kłótnia, obmowa, nieposłuszeństwo czy złośliwość. Należy jednak pamiętać, że niejednokrotnie musimy się rozliczać przed Bogiem nie tylko z naszych uczynków, ale i z myśli. Zdarzyć się może, że w naszym sercu i rozumie skrywane są różnego rodzaju nierozwiązane sprawy związane z zazdrością, złym myśleniem o drugim. Pojawiać się mogą również pokusy w odniesieniu do samego Stwórcy: niewiara w Boże działanie w naszym życiu, brak zaufania lub odrzucanie Bożej pomocy. Grzechem może stać się również zaniedbywanie dobra i unikanie okazji do podjęcia wysiłku duchowego w celu pomnożenia łask w życiu osobistym lub kogoś bliskiego. Przyglądanie się i ocenianie własnych myśli nie ma na celu pognębienia nas, wręcz przeciwnie – przy Bożej pomocy ma nam wskazać, które sfery naszego życia potrzebują nadprzyrodzonej interwencji i uleczenia.

Jezus wypełnia samotność

Niejednokrotnie sakrament spowiedzi w podeszłym wieku może przynieść wielkie pokrzepienie, zwłaszcza gdy doskwiera nam samotność i brak zrozumienia, a czasem nawet zainteresowania ze strony najbliższych. Osoby chore, które przyjmują Najświętszy Sakrament w domu podczas wizyt pierwszopiątkowych, powinny korzystać z posługi kapłana także w kwestii regularnego spowiadania się. Spotkanie z Bogiem podczas sakramentu pojednania umacnia nas w wierze, że Bóg nieustannie towarzyszy człowiekowi i niesie mu dar pocieszenia i pokrzepienia. Bycie wysłuchanym i rozgrzeszonym dodaje sił i przegania świadomość opuszczenia i samotności. Pozwala uwierzyć, że Bóg nie jest w stanie zapomnieć o człowieku. Niejednokrotnie różnice zdań w wielopokoleniowej rodzinie, ból zadawany sobie wzajemnie przy słownych utarczkach i narastająca agresja z powodu własnej bezsilności mogą zostać wyciszone w sakramencie, który leczy to wszystko.

Rachunek z dobra i zła

Spowiedzi mogą być trudne oraz wymagać od nas czasu, przygotowań i walki ze wstydem. Dobrze przeżyty sakrament, poprzez rzetelnie zrobiony rachunek sumienia (czasem przy pomocy książeczki lub innych pomocy), kończy się jednak zwycięstwem. Chrystus wypełni swoją osobą poczucie samotności i wyciszy wzburzenie wywołane nieżyczliwością najbliższych. Będzie dodawał otuchy i stawiał diagnozy. Stanie się najczulszym lekarzem o bardzo delikatnym sercu, jeśli tylko pokażemy mu nasze rany i trawiące nas choroby. Sakrament spowiedzi, a może i przeprowadzony wcześniej rachunek sumienia, powinien przywoływać również dobre wspomnienia, otwierać nam oczy na łaski i dobra, jakich doświadczaliśmy przez całe życie. Prawdziwa radość z tego, co udało nam się wypracować, z osób, które spotkaliśmy i które mogły być przez nas ubogacone, jest największym i najpiękniejszym dziękczynieniem oddanym Bogu. Radość z doznawanych błogosławieństw będzie umacniała zwycięstwo wiary w naszym życiu. Bronić nas będzie przed duchem upadku i beznadziei. Sakrament pokuty i pojednania sprawia, że stajemy się otwarci na prawdę o sobie.

ks. Stanisław Zawiłowicz SCJ

List Pasterski Episkopatu Polski z okazji II Tygodnia Wychowania 16-22 września 2012 roku

Cukierki też będą

Jak Bóg ma się o nas troszczyć, gdy Go w tym wyręczamy?

 

Wróciłem właśnie z wakacyjnego wyjazdu. Wybraliśmy się dwoma samochodami z rodziną i przyjaciółmi. W przedostatnim dniu wyprawy – to był czwartek – nie mieliśmy jeszcze noclegu. No więc uwielbiamy Boga i modlimy się o nocleg. Wymieniamy potrzeby: gdzieś w pobliżu i żeby dzieci miały trochę swobody do biegania, bo nasiedziały się tego dnia w autach. Nagle mój siedmioletni Jacek woła z tyłu: „I żeby były cukierki powitalne!” (czasem w kwaterach leżą takie na łóżkach). „Toś, synku, przesadził” – myśli we mnie moje niedowiarstwo. Ponieważ już było po godzinie 18, a chcieliśmy być na Mszy, pomodliliśmy się też o kościół z Mszą o 19.00.

Jak się dowiedzieliśmy, nasi przyjaciele w drugim aucie podjęli identyczne działania. Chwilę później zorientowałem się, że mój GPS prowadzi nas – z punktu widzenia zadanego celu – idiotycznie i nadkładamy drogi. Zdziwiło mnie to, bo dotąd nie narzekałem na ten sprzęt. Niebawem jednak ukazała się wieża kościoła wśród drzew – wieś Szczaworyż koło Buska. Podjeżdżamy, pytamy. Msza za kwadrans. Kościół piękny, zabytkowy, częściowo w remoncie. Po Mszy idę do samochodu, a tu słyszę, że proboszcz woła do ogrodu na śliwki.

Zajadając smakowite owoce prosto z drzewa, opowiadamy o swojej podróży. Ksiądz, słysząc, że jeszcze nie mamy noclegu… proponuje plebanię. Bo kościół znajduje się na szlaku jakubowym, więc jest baza noclegowa. Wszystko było, a nawet i więcej niż mogliśmy się spodziewać, bo proboszcz zaprosił na znakomitą kolację, a rano na obfite śniadanie. Potem żona uświadomiła mi, że cukierki powitalne też były – tylko że lepsze. W ich roli wystąpiły śliwki.

To oczywiście, z punktu widzenia świata, „przypadek”. Podobnie jak wszystko inne. Ale światowe widzenie jest ślepotą, bo bazuje na fałszywym założeniu że Bóg, o ile w ogóle jest, nie interesuje się życiem ludzi. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Jezus mówi: „Nie troszczcie się o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać”. I obiecuje: „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”.

Skoro Jezus to obiecał, to musi to działać. I działa. Zaświadczy o tym każdy, kto zaryzykował oddanie Bogu kierownicy swojego życia. My, chrześcijanie, mamy komfort, jakiego nie ma nikt na świecie: sam Bóg zapewnia nam wszystko, czego potrzebujemy. Gdy zaufamy i zajmiemy się sprawami Jezusa, On zajmie się naszymi sprawami. Jak trzeba, to nie tylko chleb rozmnoży, ale i czas, i siły, i co tam jeszcze trzeba. Usunie każdą przeszkodę i wyprowadzi z każdych tarapatów. Gdy trzeba, to i przez kruka chleb podeśle (były takie rzeczy).

Jeśli chrześcijanie dają sobą zawładnąć trosce o sprawy materialne, skandalicznie marnują czas, który ma być wykorzystany na co innego: na współpracę z Bogiem dla zbawienia ludzi. Bóg sam załatwi sprawy cieknących dachów kościelnych i każdych innych, gdy się Mu zaufa i zajmie przede wszystkim ludźmi, z których wycieka życie wiary. Nie ma czasu na bieganie za chlebem. Tym się aniołowie zajmą.


FRANCISZEK KUCHARCZAK

Pocieszenie duchowe

Każdy z nas w głębi serca pragnie, by nawiązać z Bogiem bliską i mocną więź, by nauczyć się Go zauważać w codzienności. Intuicyjnie wyczuwamy, że istnieje jakiś ostateczny cel, do którego zmierzamy, prawdziwe szczęście, szczera radość i życie w pełni, którego nie zapewni nam nic z rzeczy stworzonych. Zaczynamy szukać Boga. I właśnie wtedy pojawia się pytanie: Jak rozpoznać Pana? Skąd wiadomo, że to On?

W zależności od tego, jak blisko lub daleko Boga jesteśmy w danym czasie, będziemy odczuwać silniej lub słabiej Jego obecność. Wyraża się ona w duchowym doświadczeniu głębokiego pokoju, ufności, wierności i wolności.

Okazuje się jednak, że często mamy problem z odróżnianiem naszych poruszeń wewnętrznych od emocji, uczuć i własnych myśli. W sercu nieraz panuje chaos mnóstwa odczuć i przeżyć, które w różnym stopniu wpływają na nasze zachowanie, decyzje i działanie. Co więcej, często działaniu Boga przypisujemy nasze uczucia i przez to błądzimy. Podejmujemy pomysły wynikające z osobistych emocji, niepotrzebnie się oskarżamy lub „walczymy z wiatrakami”, próbując na siłę zmienić siebie. Możemy sobie wyobrazić, że wtedy patrzymy na nasze życie wewnętrzne, jak przez źle wyregulowaną lornetkę – widzimy różne plamy i nie potrafimy powiedzieć, czy to coś czarnego na zielonym tle to niedźwiedź, kamień, czy kominiarz na rowerze.

Otwórz oczy, by widziały

Głównym zadaniem będzie wyregulowanie tych „soczewek” w naszym patrzeniu na siebie. A proces regulowania czasem trwa latami i składa się z wielu kroków: częstej modlitwy, regularnej refleksji nad naszym życiem wewnętrznym oraz z poszerzania wiedzy na ten temat. Aby rozeznać poruszenia od Pana Boga, muszę „nauczyć się” Jego obecności i brzmienia Jego głosu. A to dzieje się tylko przez praktykę codziennego spędzania czasu z Bogiem.

Najważniejszym wskaźnikiem naszego życia duchowego jest stan pocieszenia duchowego. Mówią o tym reguły rozeznawania św. Ignacego Loyoli.

Warto na początku zauważyć, że tylko Bóg może bezpośrednio udzielać się naszej duszy i dawać nam jakiekolwiek poruszenia. Dlatego pocieszenie wypływa z bycia w rękach Boga, natomiast strapienie (stan przeciwny pocieszeniu) powstaje w wyniku zgubienia Go w naszym życiu. Pamiętajmy, że zły duch nie ma do naszego wnętrza żadnego dostępu – nie może udzielać się naszej duszy, ani nie może jej naruszać, dlatego strapienia nie wywołuje obecność złego ducha, ale tylko i wyłącznie oddalenie od Pana Boga. Rola i działanie złego ogranicza się jedynie do tego, aby… rozregulować nasze soczewki. Ale to wystarczy, abyśmy błądzili, zamykali się na Ducha Świętego i przez to oddalali się od naszego Ojca.

Patrz na owoce

Aby móc łatwiej rozpoznawać działanie Ducha Świętego, warto przyjrzeć się różnym doświadczeniom radości, które niekoniecznie muszą być radością duchową. Nie znaczy to, że są złe lub nie pochodzą od Boga, ale nie są fundamentem, na którym możemy coś trwałego wybudować.

Pocieszenie duchowe w czystej postaci jest dla nas szalenie ważne, gdy chcemy rozeznawać duchy. W stanie pocieszenia doradza nam przede wszystkim duch dobry i jest to najlepszy czas, by podejmować trafne decyzje. Samo pocieszenie może również być potwierdzeniem ze strony Pana Boga, że jakaś decyzja została podjęta zgodnie z Jego wolą.

Ale kiedy pomylimy pocieszenie z radością emocjonalną, możemy popełnić poważne błędy. Tak może być z relacjami: ktoś wzbudza w nas pozytywne emocje, ale to nie oznacza wcale, że bliższa znajomość z tą osobą jest dla nas dobra. Lub przeciwnie, jeśli kogoś nie lubimy, nie oznacza to, że dany człowiek jest zły. Jakaś posługa sprawia nam przyjemność, ale to nie znaczy, że jesteśmy do niej powołani. Albo weźmy przykład dowolnej wspólnoty, która na rozeznaniu mocno „nakręciła się” na przeprowadzenie wielkiego spotkania modlitewnego w swojej parafii. Wszyscy organizują spotkanie z zapałem, drukowane są plakaty, wszyscy czują moc i radość z tego wydarzenia, do którego „Pan ich powołał”. Nadchodzi czas spotkania i… prawie nikt na nie przychodzi. Jak mówi Pan przez proroka Barucha: „Odbiorę mu radość z wielkiej liczby mieszkańców, a pycha jego przemieni się w smutek” (Ba 4, 34).
Fakt, że odnosimy sukcesy w pracy i mamy w niej dobrą pozycję, a więc odczuwamy satysfakcję i pewność siebie, również nie oznacza, że działamy pod natchnieniem Ducha Świętego.

W sytuacjach, kiedy przeżywam trudności psychiczne i ktoś mnie przytuli, poczuję się wtedy lepiej, ale to nie jest pocieszenie duchowe i w żaden sposób nie mogę się tym kierować w swoim życiu. Co więcej, jeżeli przeżywam trudny czas, to taka radość może zagłuszyć realne problemy, które noszę w sercu, i tylko mnie oddalić od rozwiązania ich przed Bogiem.

To dlatego św. Jan tak dobitnie pisał: „Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (1 J 4, 1). Parafrazując, możemy powiedzieć, że wielu fałszywych proroków mamy wśród naszych uczuć.

Kierunek Jezus 


Św. Ignacy pokazuje, że należy się przyglądać, skąd pochodzą pewne uczucia i do czego nas prowadzą. Idąc po kolei: ktoś może potrzebować przytulenia, bo nie radzi sobie z sobą, nie chce rozwiązania problemów, ale zatrzymuje się na potrzebie ciepła drugiej osoby. Podobnie, ktoś, kto szuka radosnych modlitw, może próbować uciec od smutnej rzeczywistości. Ktoś inny forsuje swoje pomysły, bo chce być wreszcie doceniony itd. Przyglądając się dokładniej powyższym przykładom, zauważymy, że wszystkie mają wspólny kierunek i cel: skupić nas na sobie i naszych potrzebach. Jeszcze raz zaznaczę, że pozytywne doświadczenia w sferze fizycznej i psychicznej nie są złe, czy zgubne. Chcę tylko pokazać, że kiedy opieramy się na nich w naszym rozeznawaniu, możemy się pogubić i zamiast kierować do Boga, kierujemy się ku sobie, czyli popadamy w duchowy egocentryzm. Wynikiem takiego postępowania będzie, jak opisuje prorok Baruch, radość, która szybko przemieni się w niepokój, smutek i ostatecznie strapienie duchowe.

Zastanówmy się, czym w takim razie jest prawdziwe pocieszenie duchowe? Można powiedzieć, że jest zbiorem subtelnych przeżyć, odmiennych od psychicznych, które zwracają nas jeszcze bardziej w stronę Pana Boga, czyli mają działanie chrystocentryczne. Jeżeli jakieś przeżycia wewnętrzne w sposób czysty, tzn. bez zaspakajania moich głodów emocjonalnych, pociągają mnie do miłości Pana Boga i drugiego człowieka, to jest to doświadczenie pocieszenia duchowego. Takie doświadczenie może trwać chwilę lub towarzyszyć nam przez dłuższy czas, ale zawsze pociąga do tego samego: by wyjść z siebie, czyli własnych potrzeb i egoizmu, by nawrócić się, zbliżyć się do Boga i bardziej kochać drugiego człowieka.

Im bliżej Boga będziemy, tym silniej pocieszenie będzie się nam udzielało, stąd najczęściej będziemy je przeżywać w czasie modlitwy. Dlatego św. Ignacy pisał, że każdy wybór należy zacząć od kontemplacji, tzn. od przybliżenia się do Boga, aby się z Nim zestroić w pocieszeniu i być otwartym na Jego działanie. W tym bowiem stanie doradza nam przede wszystkim duch dobry, to znaczy, że poruszenia naszego serca spontanicznie skłaniają się raczej ku woli Pana Boga i sami czujemy, co się Jemu podoba.

Grunt to mocny fundament

Pocieszenie, jako przeżycie duchowe, może być niezależne od naszej kondycji psychofizycznej. Zdarza się, że ktoś bardzo cierpi fizycznie, ale potrafi przy tym ufać Panu Bogu. Bywa, że ktoś przeżywa chaos myśli i uczuć w sferze psychicznej (jest zdołowany, zestresowany, boi się, przeżywa rozpacz z powodu jakiejś tragedii), ale przy tym wszystkim, w głębi serca doświadcza bliskości Boga, czuje, że może się na Nim oprzeć jak na skale. 

Spójrzmy na Jezusa w Ogrójcu. Wiemy, że bardzo głęboko odczuwał lęk, pocił się krwią i drżał, ale dobry duch go pocieszał i przez to Jezus mocno wpatrywał się w Ojca, by w konsekwencji wypełnić Jego wolę.

Umiejętność rozpoznawania czasu pocieszenia jest kluczowa dla rozeznawania duchowego i współpracy z Duchem Świętym. Dobrze rozpoznane pocieszenie umożliwia nam realizację prawdziwie Bożych dzieł Jego mocą oraz daje nam potwierdzenie podjęcia dobrej decyzji.

Wojciech Werhun SJ

Wiosłuj, wiosłuj

Powszechnie szanowany kapłan powiesił sutannę na haku. Zaczęło się niewinnie. Od głupstewka…

Poruszyła mnie kiedyś interpretacja biblijnego fragmentu o Piotrze, którzy maszeruje po wzburzonych falach jeziora. Rekolekcjonista (o. Augustyn Pelanowski) nie widział w jego postępowaniu brawury i szaleńczego zaufania.

Piotr chciał być indywidualistą – wyjaśniał – Nie wystarczało mu siedzenie w rządku z apostołami, którzy mozolnie (i, co tu ukrywać, nieefektownie) wiosłowali. Chciał być zauważony. Wybiegł przed szereg. Zostawił wspólnotę.

Jezus zgodził się na śmiały, spektakularny gest indywidualisty. „Chcesz wyjść z łodzi? Zapraszam!”. Skończyło się dramatycznym krzykiem i błyskawiczną akcją ratunkową.

Dlaczego przywołuję tę opowieść?

Co pewien czas dociera do nas informacja: znany, powszechnie szanowany kapłan powiesił sutannę na haku. W historiach dwóch znanych mi dobrze charyzmatycznych, poczytnych, rozchwytywanych (i tak dalej, i tak dalej) zakonników, którzy opuścili swe zgromadzenia, znalazłem pewien wspólny mianownik. Obaj zaczęli od tego, że przestali przychodzić na modlitwy z braćmi. Opuszczali liturgię godzin.

Ot, drobniutkie nieposłuszeństwo. Błahostka, na którą zdecydowali się, zanim zabrnęli w grząskie bagienko,  z którego nie potrafili się już wygramolić. Te pozornie niewinne decyzje były szczeliną, która rozsadziła skałę.

Dlaczego symbolem zła jest wąż? Może dlatego, że potrafi wślizgnąć się w najmniejsze szczelinki? Bóg zapowiadał prorokowi Amosowi: „W tym dniu podniosę szałas Dawidowy, który upada i zamuruję jego szczeliny”.

Drobne, niepozorne pęknięcia mogą sprawić, że potężna budowla rozsypie się w pył.


Marcin Jakimowicz

Aktywność demoniczna

Celem aktywności demonicznej nie jest poprawa własnej sytuacji, ponieważ ona nie może się zmienić. Jedyną drogą do tego byłoby nawrócenie, a złe duchy nie chcą się nawrócić. Ich niszcząca nienawiść nie może dosięgnąć Boga, aniołów, ani zbawionych w niebie. O tym dobrze wiedzą. Celem jest niszczenie wszystkiego, co Boże, co prawdziwe, dobre i piękne, a budowanie własnego świata zła, w którym mogłyby panować, ale tylko przez kłamstwo i przemoc, okrucieństwo i strach. Szatan pragnie współzawodniczyć z Bogiem i jak On posiadać swoje królestwo, w którym jedyną trwałą zdobyczą może być człowiek potępiający siebie na wieki. Dlatego głównym celem złowrogiego działania złych duchów na ziemi jest właśnie człowiek, jego wieczna zguba w piekle, lub przynajmniej umniejszenie jego wielkości w niebie. Nie zależy im też na dobrach materialnych. Jeśli powodują zniszczenie wśród zwierząt, roślin i materii nieożywionej, a także w różnych dziedzinach ludzkiej działalności – np. ekonomicznej, politycznej, cywilizacyjnej itp. – to czynią tak tylko po to, aby zaszkodzić człowiekowi. 
 
Diabeł walczy o człowieka zapalczywie, do ostatniej chwili jego życia, by dostać go pod swoją tyrańską i sadystyczną władzę i móc pastwić się nad nim przez całą wieczność. Jedynym sposobem zdobycia człowieka jest jego ciężki grzech, dlatego szatan na wszystkie dostępne mu sposoby stara się skłaniać ludzi do grzechu, a jest mistrzem uwodzenia, nieustannie czynnym, nieustępliwym, groźnym – jak lew ryczący, żeby pożreć. Stara się człowieka osaczyć, zmęczyć fizycznie i psychicznie, by mu uległ, a znajduje sprzymierzeńca w nim samym, w jego skłonnościach do zła po grzechu pierworodnym i w środowisku życia zatruwanym jego jadem. Potępiony człowiek pozostaje na zawsze bez żadnej nadziei w wiecznym, unieszczęśliwiającym władaniu szatana.
 
Możliwości działania demonów znacznie przewyższają możliwości innych stworzeń, są jednak trojako ograniczone: samą ich naturą, różnicą indywidualnych uwarunkowań poszczególnych demonów i dopuszczającą wolą Boga. Pan Bóg nie pozwala kusić człowieka ponad możliwość oporu jego i daje moc zwyciężania pokus (por. 1 Kor 10,13). Jeszcze wyraźniej o granicach działania szatana mówi księga Hioba (1,12). Zły duch może szkodzić ludziom, ale tylko w granicach Bożego dopustu, a Pan Bóg dopuszcza to dla większego dobra człowieka i dla większego upokorzenia szatana (por. Hi 1,12).
 
Cechy działania złych duchów
 
Zły duch – jako przewrotny geniusz zła – rozwija swą działalność w całym naszym świecie wobec osób i społeczności, zarówno świeckich – jak szkoły, stowarzyszenia, partie, narody – czy w Kościele – wśród duchowieństwa, w zakonach, seminariach – wszędzie, gdzie może gasić wiarę, odebrać niewinność, doprowadzić do występku, wzbudzić niezgodę. Papież Paweł VI stwierdził, że w Kościele dzieją się rzeczy, których nie można wytłumaczyć inaczej, jak tylko osobistym działaniem szatana.
 
Umie omamić ludzki umysł kłamstwem, podstępem i uwodzić obłędnymi ideologiami. Sprytnie nadaje pozytywnym hasłom przewrotne znaczenie, np. pod pozorem tolerancji każe usprawiedliwiać najgorsze wynaturzenia. Sugerując jako ideę laickość państwa, wspiera laicki terror, wymuszający pod groźbą kar wykluczanie różnych przejawów religijności. Promuje różne sekty, gdzie stosuje się fałszywą indoktrynację, manipulację, przemoc i wyzysk. Wciąga ludzi w skrajny irracjonalizm, wspierając najróżniejsze formy okultyzmu, zwłaszcza magii i wróżbiarstwa.
 
Obserwujemy dziś również zmasowane ataki na godność kobiety w postaci zwyrodniałych form feminizmu – aż do dawania jej prawa do swobodnego dysponowania swoim ciałem w dziedzinie seksualnej i zabijania dzieci nienarodzonych. Stara się niszczyć skromność i wstydliwość, posługując się m.in. pornografią i ukazując kobietę przede przede wszystkim jako obiekt seksualnego pożądania, a nie jako równorzędnego partnera w małżeństwie. Jako wróg wszelkiej dobrej wspólnoty, która zawsze jest pewną analogią do Trójcy Świętej, przystąpił do gwałtownego i, niestety, dość skutecznego ataku na rodzinę, oswajając z rozwodami, związkami niesakramentalnymi i całkowicie nieformalnymi, a także homoseksualnymi – jako z czymś najzupełniej normalnym i uprawnionym. Zdaniem wielu egzorcystów można zauważyć u demonów swego rodzaju specjalizację w określonych kategoriach zła. Są demony zabójstwa, samobójstwa, zwyrodniałego seksu, alkoholizmu, narkomanii, pychy, pogardy, sadyzmu i inne.
 
Ks. Marian Piątkowski

Niejasne energie

Terminami takimi, jak holizm czy uniwersalna energia, posługują się przedstawiciele różnych technik proponowanych przez ruch New Age. Ale nie tylko – energiami posługują się bioenergoterapeuci (w tym instruktorzy reiki) akupunkturzyści, różdżkarze, propagatorzy feng shui i sztuk walki, a także, niestety, nauczyciele, pedagodzy i terapeuci, którzy przekraczając swoje zawodowe i naukowe kompetencje, odwołują się do pojęć religii, zakamuflowanych w języku swoistej nowomowy.
 
New Age pojęciem „energia” posługuje się od dawna. Jednak dziś stosuje się je nie tylko odnośnie do umysłu, ale i do ciała – w myśl holistycznych ideologii, które bezzasadnie zamazują różnicę pomiędzy duchem a materią, duszą a ciałem. Prowadzi to do błędu, który polega na tym, że zajmując się – na poziomie deklaracji – ciałem, chce się uzdrowić ducha. W ten sposób uzdrowienie staje się swoistym zbawieniem, w którego procesie nie mówi się jednak wcale o grzechu. To kolejny fatalny błąd, a nawet kłamstwo. Mamy tu do czynienia z ukrytą religią, która sprzeciwia się chrześcijańskiej koncepcji zbawienia, będącej zawsze wyzwoleniem z grzechu.
 
Energie, o których mowa, wyraźnie wykraczają poza ramy fizyki (nauka nie ma dowodów na ich istnienie), stąd niektórzy wolą mówić o energiach niefizycznych czy eterycznych lub dodają przymiotniki: kosmiczna, psychotroniczna czy tajemna. Owe niefizyczne energie opisywane były już w starożytności przez różne systemy religijno-kulturowe. W Chinach nazywane były ki (ch’i), w Egipcie ka lub gallama, w Indiach prana i kundalini, w Tybecie – tumo, w Polinezji – mana. Czasem do tej listy dodaje się także osobę Ducha Świętego stawianego na równi z tymi bezosobowymi formami energii. Jest to nie tylko teologicznym błędem synkretyzmu, ale profanacją. W XIX w. na określenie tych energii używano terminów: magnetyzm zwierzęcy (mesmeryzm), od, elan vital. Wiele z tych orientalnych pojęć zostało zaadoptowanych do własnych celów przez ruchy okultystyczne, które przedefiniowały ich pierwotne znaczenie. Obecnie używa się też określeń: siła życia, bioenergia, bioplazma, biopole, łącząc nowe pseudonaukowe pojęcia z terminami pochodzącymi z tradycji religijnych i okultystycznych. W ten sposób to, co jest w istocie religijną inicjacją, stara się przybrać pozory naukowości.W duchu scjentyzmu (przekonania, że nauka zna lub znajdzie rozwiązanie wszystkich ludzkich pytań i problemów) traktuje się owe energie jako bezosobowe i patrzy się na nie wyłącznie optymistycznie, sądząc, że przy odpowiedniej wprawie można nad nimi zapanować i pokierować.
 
Tymczasem świat duchów osobowych to też rodzaj energii. Czy ideologicznie podbudowany optymizm nie niesie niebezpieczeństwa spirytyzmu? Czy nie mamy ponadto do czynienia z formą przypisania energii cech boskich, czyli z grzechem bałwochwalstwa?
 
Pojęcie energii spróbowali zdefiniować uczestnicy I Sympozjum Stowarzyszenia Radiestetów w Warszawie w 1981 r. Określono wówczas, że bioenergię charakteryzują następujące cechy: ma własną inteligencję przewyższającą inteligencję człowieka oraz psychiczne i genetyczne cechy charakteru człowieka, od którego pochodzi. Potrafi przechodzić przez wszystkie przeszkody (mury, ekrany, specjalne kabiny), a odległość nie ma dla niej znaczenia. Integruje wszechobecny system wartości i siły metafizyczne wszechświata. W definicji tej najbardziej zaskakująca jest pierwsza cecha mówiąca o tym, że energia posiada własną inteligencję i to w dodatku przewyższającą inteligencję człowieka. Nasuwa się pytanie, dlaczego coś, co nie jest bytem osobowym, posiada inteligencję. Takie określenie daje podstawy, aby mówić już nie tylko o ideologii, ale wręcz o wierze w bezosobowego boga zwanego Energią.
 
W 1983 r. w Warszawie Biotroniczna Komisja Weryfikacyjna przy Stowarzyszeniu Radiestetów ustanowiła definicję bioenergoterapeuty. Według niej, bioenergoterapeuta to człowiek mający „dar przekazywania energii dobra w sposób skuteczny a zarazem bezpieczny dla siebie i pacjentów. Ów dar nie musi być uświadomiony sobie przez bioenergoterapeutę, jak również nie musi znać on rzeczywistych mechanizmów przyczyny chorób i ich likwidacji” (zob. więcej w: A. Posacki, Okultyzm, magia, demonologia, Kraków 1996, s. 99–100). Skąd więc wiadomo, że energia jest dobra, skoro bioenergoterapeuta nie zna ani jej pochodzenia, ani natury? Skąd wiadomo, że przekazywanie energii jest darem, skoro dar nie musi być uświadomiony, a sam terapeuta nie musi wiedzieć, skąd on pochodzi i czemu służy? Skąd bioenergoterapeuta wie, że znikają przyczyny choroby, jeśli ich nie zna? A jeśli to, co znika, to tylko zewnętrzne objawy choroby?
 
Wspomniałem, że jedną z istotnych form teorii dotyczących energii propagowanych przez bioenegoterapetów jest tzw. energia kundalini. Większość słowników mówi, że to tajemnicza i „sakralna” moc duchowa „o naturze ogniowej i wężowej”, która jest ideową i praktyczną podstawą indyjskiej tantry oraz hathajogi. Działanie kundalini wiąże się z idolatrycznym ubóstwieniem człowieka i zarazem inicjacyjnym kultem hinduskich bogów. Ideał kundalini łączy ze sobą jogę i tantryzm oraz wszelkie indyjskie kulty bogini – jak Śakti czy Dewi. Propagowana przez sekty, jak Sahaja Joga, jest metodą medytacji, według której obudzenie kundalini prowadzi do łatwo osiągalnej samorealizacji. Ma ona otwierać drzwi do nowego wymiaru ludzkiej świadomości. Energii kundalini przypisuje się boskie możliwości, co stanowi oparcie dla wielu radiestetów czy bioenegoterapeutów uprawiających częściowo skrycie kult bogów i otwierających ludzi na inicjacje okultystyczne. Proces budzenia kundalini i siedmiostopniowego wznoszenia opisywany jest jako ścieżka mistycznego rozwoju duchowego, wyzwolenia, oświecenia.
 
Jest wiele osób poszkodowanych przez praktyki kundalini, które organizując się na stronach internetowych, bezskutecznie poszukują pomocy. Wyselekcjonowano wiele cech, które powtarzają się u różnych ludzi, z rozmaitych krajów i kultur. Są to: utrata przytomności (stwierdzane medycznie przeciążenia systemu nerwowego); krótki lub długi termin dezorientacji życiowej; dysfunkcje seksualne; zaburzenia gastryczne; stany lękowe; powtarzające się w nocy wrażenie dotyku obcych istot; spadek zdolności intelektualnych i trudności w pamięci oraz koncentracji; utrata poczucia tożsamości; „zaludnianie” świadomości (możliwe nawiedzenia spirytystyczne); dziwne sensacje w ciele – płonące cieplne lub lodowato zimne prądy poruszające się w górę kręgosłupa, uczucie baniek powietrza lub ruchu węża przez ciało w kierunku głowy; bóle przy zmienianiu położenia ciała; napięcie lub sztywność w szyi i bóle głowy; wibracje, niepokój lub skurcze w nogach i innych częściach ciała; wrażliwość (medialna) na bliskość innych ludzi (zapach, ciepło); „całkowite kosmiczne orgazmy”; doświadczenia mistyczne, „kosmiczne przelotne spojrzenia”; zdolności paranormalne, zjawiska w ciele lub na zewnątrz niego; problemy ze znajdowaniem równowagi między silnymi seksualnymi pragnieniami a chęcią życia w czystości; uporczywy niepokój z powodu braku rozumienia tego, co się dzieje; bezsenność, maniakalne uniesienie lub głęboka depresja; całkowita izolacja z powodu niemożliwości wypowiedzenia się o naturze czy jakości owego wewnętrznego doświadczenia.
 
Wiele z tych manifestacji przypomina doświadczenia podobne do tych, które odczuwa się po seansach reiki czy bioenergoterapii, czyli trwały opór i brak skuteczności wobec każdego leczenia medycznego, psychiatrycznego czy innych tradycyjnych terapii. Liczne fakty wykazują, że energie tego typu mogą być szkodliwe, a nawet niebezpieczne. Praktyka egzorcystyczna przekonuje, że jest to związane z przywoływaniem bytów demonicznych. Wielu bioenergoterapeutów i ich klientów było egzorcyzmowanych. Osobiście spotykałem się z przypadkami śmiertelnych zachorowań już po jednym seansie tzw. bioenergoterapii. Tak naprawdę nie musi to być ani bio-, ani energo-, ani terapia. Nie wiemy, z czym tak naprawdę mamy do czynienia.
 
ks. Aleksander Posacki SJ

Czy można żartować z Kościoła?

Kościół do strojenia sobie zeń żartów nadaje się doskonale. Ach, gdyby tylko zechciał ich słuchać…
 
Tymczasem uszy ma zatkane wielowiekowym woskiem, a piórka nastroszone jak u tłustego pawia. Oczywiście, przesadzam. Ale z drugiej strony przydałoby się jednak Kościołowi trochę więcej  poczucia humoru i autoironii. Nie bez powodu karierę w Polsce zrobiło powiedzonko, którym w towarzystwie kwituje się niezbyt lotny dowcip: "ot, taki księżowski żart". Miało być śmiesznie, a wyszło jak zwykle… I nie bez powodu wielu żartów nie opowiada się w towarzystwie (również świeckich) świątobliwych służbistów Pana Boga - autocenzura, by nie dotknąć przewrażliwionych na swoim punkcie dusz grających tylko wysokie C.
 
A przecież o pożytkach płynących z żartowania z samych siebie - z nas samych w Kościele - rozprawiać można bez końca.
 
W żarcie tkwi kłos prawdy 
Najpierw uświadomić trzeba sobie jedno: zażartować człowiek nie da rady wyłącznie z tego, czego sam za grosz nie rozumie. Póki więc humor o Kościele ma się dobrze, póty wiedza o nim jako tako w ludziach stoi. Nie jest więc taki humor ani miarą złośliwości, ani tym bardziej wrogości. Doprecyzowania wymaga oczywiście zastrzeżenie, iż chodzi o mądry żart, a nie prymitywny, schlebiający tanim gustom ochłap nasączony wulgarnością. Dla prostactwa wprowadzamy zero tolerancji. Tacy bowiem dowcipnisie sami ostatecznie obracają się w oczach innych w tani żart, a ich kawały otrzymują miano "sucharów". Bez dawki serdeczności wobec wykpiwanej rzeczywistości nie ma kawałów udanych.
 
Skoro więc setny żart domaga się dobrej znajomości opisywanej rzeczy, oznacza to, że dowcipy opowiadają na swój sposób jakąś część prawdy. Przejaskrawienie, ironia, karykatura wyciągają na plan pierwszy detale, które, choć są istotne, to zwykle giną wśród spraw ważniejszych. Kiedy zaś żart dotyczy spraw wręcz najważniejszych, dowcipna forma pozwala uwolnić się od patosu. To dlatego udany dowcip nie jest wcale misterną konstrukcją intelektualną, lecz błyskotliwym komentarzem charakteryzującym przedmiot żartu.
 
Żarty są więc istotnym sposobem komunikacji międzyludzkiej. To właśnie w nich poruszone mogą być kwestie drażliwe, polaryzujące, kipiące od emocji, a nawet intymne. Zawsze, gdy wypowiedzenie wprost opinii bądź zamanifestowanie osobistego stosunku może być problematyczne, dzięki dowcipowi da się dotknąć prawdy tak, by nie zachwiać panujących relacji. Także w Kościele. I w kościele. Choć jest granica: żart, nawet najlepszy, ugrzęźnie, jeśli samo jego opowiadanie ma być ważniejsze niż spostrzeżenie, które w sobie niesie. Pamiętam, jak w Krakowie pewien zakon kaznodziejski tak się zagalopował, że ogłoszenia duszpasterskie przekształcił wręcz w kabaret…
 
Dbajmy jednak o czystość gatunkową, skecze zostawiając specjalistom. Niektórzy z nich, biorąc na warsztat temat wiary, Boga i Kościoła, zyskują sporą popularność. Ostatnio bodaj największe grono sympatyków zdobył dzięki temu Kabaret Neo-Nówka, prezentując scenki zmagania się Boga na niebiosach z Polakami (w kolejnym już skeczu opartym na tym szkielecie znów pojawia się katalog naszych społecznych i religijnych przywar.
 
Przebić kościelny balon 
W takim ujęciu społeczną funkcję żartów z Kościoła widać wyraźnie. Królują przecież dowcipy dobitnie charakteryzujące kościelną hierarchię, ale również ostro punktujące przypadłości świeckich. Przy czym ze względu na swoją strukturę i pozycję w społeczeństwie Kościół do żartowania sobie zeń nadaje się idealnie. Nawet w krótkiej formie można wyrazić wiele, np. wątpliwość co do pozycji kapłanów w państwie i traktowania ich przez świeckich: - Jaka choroba zagraża Polsce? Kleroza - albo uszczypliwość w sprawie rozliczania zbiórek na tacę: - Ładne buty. Zamszowe? Nie, za swoje.
 
Humor w stosunkach międzyludzkich pozwala na budowanie relacji na pożądanym poziomie. W sprawach społecznych jest niezastąpionym sposobem na wyrażanie kłopotliwych obserwacji. To, co wyłożone wprost, mogłoby zostać odebrane jako atak, przedstawione w zwięzłej żartobliwej formie staje się czytelnym komunikatem, który  nie wywołuje polemiki. Komunikat poszedł w eter, ale nadany na specjalnych prawach. Jak, np. w takim dowcipie: W Meksyku para młoda miała zgodnie ze zwyczajem odbyć wesele na placu przed katedrą. Kiedy rozpętała się burza, ksiądz zgodził się wpuścić gości weselnych do kościoła - pod warunkiem, że obejdą się bez muzyki i tańców. Po godzinie usłyszał odgłosy hucznej zabawy. "Cóż wy wyrabiacie!" - krzyczy. "Ale przecież Jezus był na weselu w Kanie" - tłumaczą się młodzi. "Tak, ale tam nie było Najświętszego Sakramentu!".
 
Żartami dotyczącymi Kościoła rządzą te same prawa, co każdym kawałem w dobrym towarzystwie. Odbiór zależy od kontekstu - personalnego i sytuacyjnego. Ale w tej samej mierze odczytanie dowcipu uzależnione jest od tego, kto i w jaki sposób go opowie. Są ludzie z wyraźnym talentem do żartu, jedni do sytuacyjnego, inni do opowiadanego, są też jaskrawe antytalenty. Poza tym wszystko ma swoje granice, więc trzeba się zatrzymać zanim człowiek sam stanie się do-żarty.
 
Biskupi z dystansem Poza wymiarem społecznym równie ważny jest interpersonalny wymiar żartów w relacjach w Kościele. Tu na wagę złota - i po stronie duchownych, i świeckich - jest dystans do własnej osoby oraz funkcji. Ks. Antoni Długosz, biskup pomocniczy z Częstochowy, na pytanie, jak to się stało, że został "biskupem od dzieci", który śpiewa i tańczy (co jakoby nie licowało z powagą jego tytułu), zdziwionym odpowiada krótko: "Bo mam infantylny umysł". Uszczypliwość tej odpowiedzi daje pytającemu do myślenia. Ten właśnie biskup jest na dodatek człowiekiem, który ma niezwykły dystans do własnej osoby. Ludziom, z którymi się spotyka, pozostawia kartkę z błogosławieństwem, którą zdobi… jego karykatura. 
 
Innym świetnym przykładem celnego wplatania ironii, punktowania nieścisłości czy żartobliwego pointowania rozmów (w kierunku humoru absurdalnego) był arcybiskup Józef Życiński. Trzeba też oczywiście wspomnieć Karola Wojtyłę, który dystans do własnej osoby i pełnionych urzędów także wyrażał w nienachalny, lecz wymowny sposób. Sztandarowym przykładem jest anegdota o kobiecie, która "lękiem o jego Świątobliwość", tłumaczyła Papieżowi konieczność zainstalowania szklanej klatki na papamobile. Na co Jan Paweł II przyznał ironicznie, że i on "niepokoi się o swoją Świątobliwość"…
 
Dobry żart jest jak dobra rada. Dany za darmo i wypływający z życzliwości serdecznego przyjaciela. Warto więc, żeby w Kościele żarty z nas samych coraz częściej natrafiały na zielone światło.

Tomasz Ponikło

Droga do Boga przez słabości i rany

Ojcze Anselmie, chciałbym na początku podziękować za przyjęcie zaproszenia do Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, w którym przeprowadzi Ojciec sesję: "Droga do wewnętrznego uzdrowienia". Temat, który zaproponowaliśmy, wydaje się być newralgicznym w życiu dzisiejszego człowieka. Jako kierownik duchowy spotyka się Ojciec wielokrotnie z osobami, które nie radzą sobie z bolesnymi następstwami życia nieuporządkowanego. Co, zdaniem Ojca, jest najczęstszą i najboleśniejszą raną współczesnego człowieka?

Raną najboleśniejszą zadaną człowiekowi jest być pozbawionym miłości innych osób. Brak doświadczenia miłości może się wyrażać na różne sposoby. Bywa, że ktoś poczuje się odrzucony przez swoich rodziców. Matka powiedziała mu, że nie powinien się narodzić.  Innym razem jakaś kobieta odczuwa, że jej siostra jest faworyzowana; albo mężczyzna dostrzega, że nie jest traktowany poważnie, że się go otacza nadmierną opiekuńczością. Te i podobne zranienia uaktywniają się w świadomości człowieka w sytuacjach kryzysowych jego życia. Jest wtedy ważne, żeby świadomie wyjść im naprzeciw i stanąć z nimi przed Bogiem.

W jednej ze swoich książek: "Nie zadawaj bólu samemu sobie", napisał Ojciec: "Życie nas będzie ciągle na nowo ranić, czy nam się to podoba, czy nie. Cierpienie jest istotnym składnikiem naszego życia. Problem polega na tym, jak obchodzimy się z cierpieniem, które spada na nas z zewnątrz".  Czy nie wydaje się Ojcu, że dla wielu osób przyjęcie tej prawdy "jest nie do przeskoczenia"? Przecież człowiek, zwłaszcza młody, boi się dopuszczać do siebie myśli o tym, że może cierpieć. Boi się też dotykać własnych ran.

Każdy człowiek bywa w swoim życiu w jakiś sposób zraniony. Nie powinniśmy sobie cierpienia wyszukiwać. Ono nas dotyka, czy tego chcemy czy nie. Niektórzy próbują wyrugować zranienia z własnej historii życia, ponieważ są one zbyt bolesne. Nie zauważają jednak, że próba wyrugowania zranień na dłuższą metę wcale nie pomaga. Kto usiłuje wymazać zranienia z historii własnego dzieciństwa, ten w pewnym sensie staje się przez samego siebie przeklęty. Będzie ranił siebie samego albo innych. Spotykać się będzie z sytuacjami,  które będą przywoływać zranienia z dzieciństwa, i zranienia będą się powtarzały.

W książkach Ojca często przewija się myśl, że głęboka duchowość człowieka nie rozwija się w "sterylnie czystych cechach" ludzkiej osoby, lecz pomimo i pośród ludzkiej słabości. Przedstawia Ojciec człowieka, który do szczytów swojej wielkości dochodzi po drodze własnej nędzy i małości, a nawet poprzez niepowodzenia i rozczarowania sobą. W jaki sposób niemoc i upadki mogą otwierać człowieka na Boga? Czy rzeczywiście mogą się stać drogą do wewnętrznego uzdrowienia?

Jezus przemawiał przede wszystkim do grzeszników. Wiedział, że właśnie ci ludzie, którzy spotkali się z własną słabością i niemocą, potrafią otworzyć się na Dobrą Nowinę. Chrześcijańska droga życia polega na tym, że tylko wtedy wstępujemy do nieba, kiedy – jak Jezus – mamy najpierw odwagę zstąpić w nasze człowieczeństwo. Właśnie wtedy, gdy nasza życiowa budowla przez nas samych wznoszona upadnie wskutek niepowodzeń albo kryzysów, wówczas sam Bóg może na nas budować swój "dom" odpowiadający niezafałszowanemu i pierwotnemu obrazowi, który istnieje w Jego pierwotnych planach.

Są jednak osoby, i jest ich raczej nie mało, w których bolesna świadomość własnej słabości, a zwłaszcza ciągle powtarzanych upadków, wywołuje silną niezgodę na siebie samego, czy wręcz autoagresję. Wyraża się ona nieraz w bezwzględnym rygoryzmie i surowości skierowanej przeciw sobie. Pozwoli Ojciec, że jeszcze raz odwołam się do jednej z książek, która niedawno ukazała się w języku polskim: "Nie bądźmy dla siebie bezwzględni". Pisze Ojciec: "Jezus nie żąda od nas, abyśmy zadawali sobie gwałt, chce żebyśmy byli dla siebie miłosierni". Co to znaczy być dla siebie miłosiernym, zwłaszcza gdy notorycznie nie radzimy sobie z własną niemocą czy zagubieniem moralnym?

Jezus żąda od nas w Ewangelii Łukaszowej, abyśmy byli miłosierni jak nasz Ojciec niebieski. Kto jest miłosierny, ten najlepiej – tak uważa Jezus – zrozumiał, kim jest Bóg. Być miłosiernym znaczy mieć w sobie serdeczne zrozumienie dla biedy i słabości. Nie znaczy to jednak, że należy założyć ręce i zostawić wszystko "po staremu". Trzeba jednak najpierw przyjąć to, co dzieje się w moim życiu, a więc przyznać się do tego, co nie jest we mnie idealne; trzeba samemu sobie przebaczyć, że się jeszcze nie jest świętym i doskonałym. Dopiero to, co przyjąłem, mogę zmienić. Rodzi się w nas usprawiedliwiony impuls do tego, aby wzrastać: chcemy stawać się lepszymi i przemieniać siebie.
Czy zdaniem Ojca nie istnieje, zwłaszcza dzisiaj, niebezpieczeństwo o przeciwnym biegunie, czyli nadmierne akcentowanie miłosierdzia wobec siebie, łatwe wybaczanie sobie błędów i zła, które prowadzi do łatwego zwalniania się z ewangelicznych wymagań dotyczących życia. W Ewangelii spotykamy Jezusa miłosiernego, ale także stanowczego i bezwzględnego wobec wszelkiego kompromisu zawieranego z grzechem i przeciętnością. Jak łączyć w sobie postawę miłosierdzia z radykalizmem ewangelicznym, aby z jednej strony nie ulegać fałszywemu pobłażaniu sobie, z drugiej brutalnemu traktowaniu własnej osoby?

Przebaczyć sobie samemu nie oznacza wszystko usprawiedliwić i spocząć na laurach. Z postawą miłosierdzia związana jest też asceza, ćwiczenie siebie w odpowiedzialnym korzystaniu z  własnej wolności. Jezus jest bardzo wyczulony, gdy chodzi o autentyczność życia. Nie dopuszcza życia w postawie zakłamania. Człowiek miłosierny nie złości się na siebie. Potrafi zaakceptować to, że jest tylko człowiekiem, ale jednocześnie pracuje nad sobą i stosuje zdrową ascezę. Zdrowa asceza nie odcina się od życia, lecz je oczyszcza. Do tego potrzeba dyscypliny. Trzeba jednak pamiętać o tym, że dyscyplina musi zawsze brać pod uwagę ludzkie "psyche" i nie może być używana przeciwko człowiekowi. 

Ojcze Anzelmie, częstym zachowaniem ludzi głęboko zranionych jest szukanie oparcia we wspólnocie: takiej, która by ich przyjęła, zrozumiała i zainteresowała się nimi. Obserwujemy w Polsce nasilającą się działalność różnych sekt, które wykorzystując zagubienie – najczęściej ludzi młodych – proponują im wejście w ich wspólnotę życia. W jaki sposób Kościół może dzisiaj przyciągnąć do siebie ludzi, którzy nigdy nie zaznali życia we wspólnocie? Czy są takie sposoby, środki i drogi ewangelizacji, które wydają się Ojcu szczególnie potrzebne dzisiaj?

Sekty zabiegają szczególnie o ludzi słabych i rozchwianych. Obiecują im stabilność i pewność. Kościół musi stać się bardziej czuły na wewnętrzne i zewnętrzne potrzeby ludzi, zwłaszcza młodych. Powinien także proponować im życie we wspólnocie, w której odczują, że są przyjmowani z powagą. Kościół powinien także przybliżyć człowiekowi bogactwo swojej duchowej tradycji.  To właśnie obrzędy Kościoła i duchowa tradycja mogą stać się dla zdezorientowanego człowieka podporą i przywrócić mu w ten sposób stabilność, bez wciskania go jednocześnie w sztywne schematy życia. W moim przekonaniu ewangelizacja tylko wtedy staje się skuteczną, kiedy oba te obszary: porządek i wolność, miłość i wymaganie, miłosierdzie i siła są ze sobą złączone.

Wybrał Ojciec życie mnicha – benedyktyna, który większość czasu spędza w klasztornym opactwie. Jednocześnie ma Ojciec bliski i żywy kontakt z człowiekiem "żyjącym w świecie". Czy mógłby Ojciec powiedzieć na podstawie swoich osobistych doświadczeń duszpasterskich, co jest sednem duchowych potrzeb ludzi końca obecnego stulecia?

Największą potrzebą duchową naszego czasu jest tęsknota za kontaktem z inną osobą. Nie tylko tęsknota za udanym kontaktem międzyludzkim, ale także za kontaktem z Bogiem. W mojej posłudze doświadczam tego, że w ludziach istnieje głęboka tęsknota za Bogiem. I nie wolno nam ich w tym oszukać, nie wolno tej tęsknoty zignorować przez rozmowę z nimi jedynie o zewnętrznych problemach kościelnych. Kościelne problemy są dzisiaj dla ludzi problemami drugorzędnymi. Oni chcą najpierw doświadczyć Boga i to właśnie Boga życia, który uleczy ich rany, udzieli im życiodajnej siły i wzbudzi w nich zdolność do miłowania.

Z serca dziękuję Ojcu za rozmowę. Do zobaczenia w Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie.

Rozmawiał ks. Krzysztof Wons SDS

29 sierpnia - Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Do chwili urodzenia dziecka Zachariasz był niemy za to, że nie chciał dać wiary słowom anioła. Odzyskał mowę dopiero w momencie nadawania imienia swemu dziecku. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa. Nie znamy z całą pewnością miejsca jego urodzenia. Tradycja wskazuje jednak, że było nim Ain-Karim, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy.
Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia rozeszły się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.
Wielokrotnie widział Go i świadczył o Nim wobec ludu: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata". Na jego działalność zwracała uwagę starszyzna żydowska, która zajęła stanowisko wyczekujące.

Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam św. Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: "Nie wolno ci mieć żony twego brata". Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się córce Herodiady, Salome, dać wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.

Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca - w uroczystość jego narodzenia, i dziś, 29 sierpnia, we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.

28 sierpnia - Święty Augustyn, biskup i doktor Kościoła

Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostał rozdarty między wpływem matki i ojca. Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie jest wiadomym, kiedy go sobie nadał.
W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii -Wyznaniach - z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Ulubionym jego autorem był Wergiliusz.
Jako młodzieniec żył Augustyn swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. "dany od Boga"). Augustyn żył z tą dziewczyną 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr - to był jego ulubiony żywioł.

Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.
W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego - pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął chodzić na jego kazania. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią treści. Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian:

Żyjmy przyzwoicie jak jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom (Rz 13,13-14).

Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął Chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić teraz do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła jego matka, zaś wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł jego syn. Po przybyciu do Tagasty rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi - Alipiuszem i Ewodiuszem - zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.


W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: "Augustyn kapłanem!" Zalany łzami przyjął propozycję biskupa i ludu. Po wyświęceniu na kapłana, Augustyn nie zmienił trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz udzielił wkrótce Augustynowi konsekracji na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności i Augustyn został jego następcą (396), biskupem Hippony.
Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych. Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako sposób apostolstwa. Korespondował ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym sobie pozyskał donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją, że jako pierwszy z Ojców najgruntowniej wyjaśnił teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.


Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą:Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary(396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.

W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.

27 sierpnia - Święta Monika

Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w tym mieście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia Chrztu. Miała 22 lata, kiedy została matką św. Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci. Sam Augustyn wyznał, że imię Jezus wyssał z mlekiem matki.
W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Przyczyną ich był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę i miał z nią dziecko, pomimo że żyli bez ślubu. Nadto uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by się zetknąć z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy mu wyznała ich przyczynę, zawołał: "Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga". To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął Chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).
Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Augustyn nie ma słów wdzięczności dla swojej matki i wspomina jej pamięć w najtkliwszych słowach.
Jej ciało złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.

W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.

Wytłumacz samemu sobie

Mając wiarę, że nad każdym z nas czuwa Bóg i wszystkie nasze sprawy są w Jego rękach, mamy także i nadzieję… Wydaje się jednak, że nie zawsze te dwie cnoty idą ze sobą w parze. Większość ludzi przyznaje się do wiary, ale też jednocześnie powiedzenie o nadziei – matce głupich jest bardzo popularne.

Ilekroć myślałem o nadziei, za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku: jedynym jej źródłem jest zawierzenie, głębokie przekonanie, że nad każdym z nas czuwa Bóg i wszystkie nasze sprawy są w Jego rękach. Mając taką wiarę, mamy – niemal automatycznie – także i nadzieję… Wydaje się jednak, że nie zawsze te dwie cnoty idą ze sobą w parze. Większość ludzi przyznaje się do wiary, ale też jednocześnie powiedzenie o nadziei – matce głupich jest bardzo popularne. Żyjemy wszak w czasach, kiedy choćby trudny problem depresji dotyka coraz większą liczbę osób, a produkcja i sprzedaż leków antydepresyjnych rośnie dynamicznie.

Problem ten jednak nie jest nowy. Już w Starym Testamencie pada stwierdzenie: Biada sercom tchórzliwym, rękom opuszczonym… Biada sercu zniechęconemu; ponieważ nie ma ufności, nie dozna opieki (Syr 2, 12-13).

Od czego zatem zależy to, by człowiek w Opatrzność Bożą nie zwątpił, by mógł z całym przekonaniem powtórzyć za Ojcem Pio: Wiemy przecież, że Pan Bóg się troszczy o nas bardziej, niż można to wyrazić czy sobie wyobrazić?

Wytłumacz samemu sobie

W dzisiejszych czasach kwestionuje się wolną wolę człowieka, bardzo mocno podkreślając determinizm genetyczny (wpływ dziadków), psychologiczny (wpływ rodziców) i społeczny (wpływ Kościoła, szkoły, itp.). Nie wolno nam jednak zwątpić w to, że – poza nielicznymi wyjątkami uzasadnionymi głębokimi problemami psychicznymi – człowiek rzeczywiście wolną wolą dysponuje. Więcej – człowiek tym właśnie różni się od zwierząt, że pomiędzy bodźcem a reakcją ma przestrzeń, tę właśnie, dzięki której może wybierać działanie adekwatne w danej sytuacji.

Wydaje się, iż właśnie od wielkości tej wypracowanej przez człowieka przestrzeni wolności zależy jakość i wartość jego człowieczeństwa. Przecież to właśnie człowiek – w przeciwieństwie do zwierząt – jest w stanie myśleć o tym, co… myśli i myśleć o tym, co… czuje.

Wielkość przestrzeni pomiędzy bodźcem a reakcją właśnie od tego zależy, na ile człowiek potrafi swoje myśli i uczucia kształtować, na ile jest zdolny decydować o tym, jak myśli i jak zareaguje na swoje uczucia. O tych prawdach mówi już Stary Testament: Nie wydawaj duszy swojej smutkowi ani nie dręcz siebie myślami. Radość serca jest życiem człowieka, a wesołość męża przedłuża jego dni. Wytłumacz sobie samemu, pociesz swoje serce, i oddal długotrwały smutek od siebie; bo smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku (Syr 30, 21-23).

Wiara a pozytywne myślenie

Niekiedy przeciwstawia się wiarę (która mówi, że wszystko zależy od Boga) tak zwanemu pozytywnemu myśleniu, podkreślającemu sprawczy charakter nastawienia człowieka do rzeczywistości. Uważam, że te dwie postawy nie muszą wcale pozostawać ze sobą w sprzeczności. Chodzi o to, by człowiek, robiąc samemu to, co w jego mocy, jednocześnie ufał, że wszystko od Boga zależy, o Jego pomoc prosił, w Jego opiekę wierzył. Bo nasze nastawienie, to, co myślimy i w co wierzymy, rzeczywiście dużo zmienia w naszej sytuacji egzystencjalnej: Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane (Syr 15, 16-17). [Bóg] Daje się bowiem znaleźć tym, co Go nie wystawiają na próbę, objawia się takim, którym nie brak wiary w Niego (Mdr 1, 2).

Potrzebujemy suchego chleba

Jestem przekonany, że nadzieję często tracą ci, w których tkwi błędne przekonanie, że ojcowska miłość Boga przejawia się m.in. w tym, że ochroni On nas przed nieszczęściami czy cierpieniem. Osoby te zapominają, że – jak mówi Ojciec Pio – do wzrostu potrzebujemy suchego chleba: krzyży, poniżenia, prób, doświadczeń i przeciwności. Nie chcą one także pamiętać, że Bóg Ojciec własnemu Synowi nie oszczędził najtrudniejszego doświadczenia, niewyobrażalnego cierpienia… Prawdą jest, że niełatwo w obliczu takich faktów i stwierdzeń zachować wiarę w ojcowską miłość…

Przemieniajcie się

Dlatego warto wziąć sobie do serca słowa św. Pawła: przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża... (Rz 12, 2). Jestem przekonany, że ten Pawłowy proces polega właśnie na „tłumaczeniu sobie samemu” spraw trudnych i „pocieszaniu swojego serca”. Można to czynić, odnajdując w swoim życiu działanie Opatrzności Bożej, którego nie brakuje, oraz korzystając ze Słowa Bożego. Pomoc znajdziemy też u Ojca Pio: Żyj w pokoju i usuń ze swej wyobraźni wszelki niepokój. Mów często do naszego Pana: O Boże, Ty jesteś moim Bogiem, a ja w Tobie pokładam nadzieję. Bądź zawsze ze mną i pozostań moją ucieczką, a nie będę się lękał niczego. (…) Czego może obawiać się dziecko, które znajduje się w ramionach tak dobrego Ojca? Zachowuj się więc jak dzieci: one prawie nie myślą o swej przyszłości, bo jest ktoś, kto o niej myśli. Będąc razem z ojcem są wystarczająco mocne i bezpieczne. Postępuj tak samo, a doświadczysz pokoju.

Antoni Skowroński

Wiara przed sakramentami

Czy można być chrześcijaninem bez świadomego wyboru? Pytanie to jest jednocześnie zarzutem przeciwko udzielaniu chrztu małym dzieciom. Dlatego, zanim na nie odpowiemy, zastanówmy się:

Dlaczego chrzcimy niemowlęta?

Najkrócej odpowiedziałbym tak: Bo naprawdę wierzymy w Pana Jezusa! Wierzymy, że w sakramentach przychodzi do nas realnie i obdarza swoją miłością, uzdalniającą nas do tego, żebyśmy szli za Nim, jak za naszym Pasterzem. On przecież po to przyszedł do nas i poszedł aż na krzyż "by zbawić ludzki ród".

Sam Pan Jezus upomina nas, żebyśmy nie odpychali od Niego naszych niemowląt. "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie – oburzył się na swoich uczniów, którym wydawało się, że dzieciom nie jest potrzebne Jego błogosławieństwo – nie przeszkadzajcie im, do takich bowiem należy królestwo Boże" (Mk 10,14). Zatem chrzcimy nasze niemowlęta, bo pragniemy, żeby one już od dzieciństwa były blisko Pana Jezusa, żeby rosły i wychowywały się w atmosferze Jego łaski i miłości do Niego.

Sakramentów wolno udzielać tylko ludziom. Niemowlę od pierwszych dni swojego życia jest człowiekiem, a nie dopiero kandydatem na człowieka. Dlatego w Kościele nie mamy najmniejszych wątpliwości, że niemowlę, tak jak każdy inny człowiek, jest szczególnie kochane przez Boga, a ostatecznym celem jego życia jest szczęście wieczne. To prawda, że maleńkie dziecko nie rozumie tego wielkiego daru, który otrzymuje podczas chrztu. Ale właśnie taka jest natura Bożej miłości, pochylającej się nad człowiekiem, że przychodzi stosownie do naszej aktualnej sytuacji.

Kiedy byłem niemowlęciem, miłość Boża ogarnęła mnie sakramentem chrztu jako człowieka, który nie nauczył się jeszcze używania rozumu. Do ludzi dorosłych miłość Boża przychodzi jako do tych, którzy potrafią słuchać słowa Bożego "sercem szlachetnym i dobrym, zatrzymują je i wydają owoc przez swą wytrwałość" (Łk 8,15). Jeżeli zaś w swojej świętej opatrzności Bóg dopuści na mnie starczą demencję, nie utracę przez to zdolności do przyjmowania sakramentów, bo przecież wskutek utraty możliwości używania rozumu nie utracę swojego człowieczeństwa. Powtórzmy: Miłość Boża szuka człowieka stosownie do jego aktualnej sytuacji.

Tutaj pojawia się problem następujący: Wiara jest wcześniejsza niż sakramenty i sakramentów nie wolno udzielać tam, gdzie nie ma wiary. Dlatego małe dzieci wolno nam chrzcić tylko wówczas, kiedy żyją one wśród ludzi wierzących i jest nadzieja, że będą wychowywane w atmosferze tej wiary, w której chrzest jest udzielany. W czasach apostolskich zdarzało się często, że na dar wiary otwierały się całe rodziny. Wówczas ten, kto uwierzywszy w Chrystusa, prosił o chrzest, przyjmował go "wraz z całym swym domem" (Dz 16,33; por. 11,14; 16,15; 18,8; 1 Kor 1,16). Udzielanie więc chrztu niemowlętom było w pierwszych wiekach Kościoła zwyczajem powszechnym. Zachowała się uchwała synodu kartagińskiego z 252 roku, podjęta przez 66 zebranych tam biskupów, kategorycznie zakazująca odkładania chrztu dziecka na… ósmy dzień po urodzeniu, gdyż powinno się je ochrzcić już drugiego lub trzeciego dnia. Żyjący w pierwszej połowie III wieku Orygenes nie miał wątpliwości, że "Kościół otrzymał od apostołów przekaz, aby chrztu udzielać również małym dzieciom" (Wykład Listu do Rzymian, 5,9). Świadczyć to może o tym, że był to zwyczaj zastany i niekwestionowany. Chrześcijanie od samego początku czuli, że wolno im – i że powinni – oddawać swoje dzieci Chrystusowi, skoro będą żyły i rosły w atmosferze wiary chrześcijańskiej.

Kiedy ochrzczenie dziecka przestaje być czymś oczywistym…

Co zrobić, jeśli o chrzest dziecka proszą rodzice niewierzący lub prawie niewierzący? Czy wtedy wolno je ochrzcić? A może nawet należy je ochrzcić?

Jako duszpasterz na tego rodzaju pytania staram się odpowiadać wspólnie z rodzicami, którzy proszą o chrzest swojego dziecka. Jeśli udaje mi się nawiązać z nimi życzliwą rozmowę, na ogół nietrudno wówczas wytłumaczyć, że udzielanie sakramentów to nie "usługi dla ludności" i że księdzu nie wolno ochrzcić dziecka, jeżeli będzie ono wychowywane w środowisku ludzi niewierzących.

Argument, który często wówczas pada – "teraz dziecko ochrzcijmy, a kiedy dorośnie, samo sobie wybierze" – z punktu widzenia człowieka niewierzącego logiczny i zrozumiały, w perspektywie wiary jest nie do przyjęcia, gdyż wiara zostaje w nim zdegradowana wyłącznie do poziomu światopoglądu. A światopogląd można po prostu wybrać albo odrzucić. Tymczasem wiara jest czymś więcej niż światopoglądem – jest wchodzeniem w relację z Chrystusem, który żyje, kocha nas i zbawia.

Z doświadczenia wiem, że nawet niewierzący rodzice, skoro proszą o chrzest dziecka, nie są do końca niewierzący. Jeśli tylko uda się im wytłumaczyć, że chrzest dziecka domaga się wychowywania go w atmosferze wiary, a nie tylko posyłania w stosownym czasie na lekcje religii, to na ogół da się ich przekonać również do tego, by spróbowali stanąć na nowo wobec pytań ostatecznych i przybliżyć się do Chrystusa. Staram się jednocześnie wyjaśnić, że gdyby ochrzcili dziecko, a pracy nad własną drogą do wiary nie podjęli, mogą za kilkanaście lat usłyszeć pretensję z jego ust, że uczynili je chrześcijaninem bez jego świadomego wyboru.

Zupełnie inna jest sytuacja dziecka, które jest wychowywane w atmosferze rzetelnej wiary. Ono ma nieustanną szansę, w miarę rozwoju umysłowego i emocjonalnego, potwierdzania, pogłębiania i pokochania swojej wiary, do której zostało wezwane przez chrzest. 

Jacek Salij OP

Na pustyni zniechęcenia

Idąc przez życie, sami wybieramy ścieżki i sposoby zdobywania świętości. W swoich sercach stawiamy lustra i sprawdzamy, czy pasujemy do obrazu świętości, który sobie nakreśliliśmy. Nawet nie dostrzegamy, że w tych lustrach odbija się karykatura nas samych. To wciąż jest dzieło człowieka. 

W cierpieniu Bóg przeobraża serce człowieka. W tym celu wprowadza je w doświadczenie pustyni, które polega na przejściu przez sytuacje dotąd nieznane, utrapienie, głód oraz własną nędzę. Ta specyficzna forma cierpienia wiedzie do poznania tajemnic własnego serca. Proces ten przechodzą wszyscy biblijni przyjaciele Boga. Nie był on oszczędzony nawet tak wielkiemu prorokowi jak Eliasz.

Nie wiemy, w jaki sposób Eliasz został powołany ani jakie były początki jego działalności. Pismo Święte podaje jedynie, że urodził się w Tiszbe w Gileadzie. Poznajemy go w chwili, kiedy w groźnych słowach przepowiada królowi Achabowi długotrwałą suszę. Już jego imię, Elijahu – „Bogiem moim jest Jahwe”, nasuwa myśl, że za jego słowami krył się Boży nakaz. Prorocka misja Eliasza przypada na IX w. przed Chrystusem, kiedy to na skutek działalności Jezabel, fenickiej małżonki króla izraelskiego Achaba, w życiu narodu wybranego zaczyna dochodzić do głosu kult Baala, fenickiego bóstwa płodności. Achab postawił bóstwu świątynię w Samarii i za namową żony uśmiercił setki proroków Boga Jahwe. Ocalał jedynie Eliasz. „Sprowadzona” przez niego dwuletnia susza była karą za odstępstwo Izraela.

Konfrontacja nowego kultu z wiarą w jednego Boga osiąga swoje apogeum podczas próby na wzgórzu Karmel. Wydarzenia te barwnie opisuje pierwsza Księga Królewska w rozdziale osiemnastym. Na rozkaz króla cały lud zgromadził się na szczycie góry, aby być świadkiem swoistego pojedynku między Eliaszem a wyznawcami fenickiego bóstwa. Przygotowano dwa ołtarze ofiarne – jeden dla Baala, drugi dla Jahwe. Czterystu pięćdziesięciu proroków Baala przez kilka godzin bezskutecznie wzywało imienia swojego bóstwa, aby odpowiedziało ogniem, podpalając drewno na swoim ołtarzu. Tymczasem po modlitwie Eliasza „spadł ogień od Pana”; zapłonęło nie tylko drewno na ołtarzu Boga Jahwe, ale też trawa i kamienie wokół niego. Uniesiony zwycięstwem Eliasz wytracił wszystkich proroków Baala, następnie – przekonany o końcu swej misji – „otworzył niebo”, aby wreszcie spadł deszcz.
Ucieczka

Chociaż Eliasz wykazał podczas tej próby, że to Jahwe jest Bogiem prawdziwym, okazało się, że musi uciekać przed zemstą królowej Jezabel. Gdy dowiedział się, że pragnie ona jego śmierci, przestraszył się. Kiedy zaś, przez wyrok królewski, stał się człowiekiem wyjętym spod prawa, nie pozostało mu nic innego, jak szukać schronienia na pustyni. Uciekł nie tylko od królowej Jezabel, ale także od swej prorockiej misji, od odpowiedzialności za swój naród.

Porzucił nawet swego sługę, myśląc, że ten nie będzie mu już potrzebny. Wyczerpany całodzienną wędrówką siadł pod janowcem i żalił się Bogu. Do tej pory wszystko wydawało się w jego życiu iść właściwym torem. Był bohaterem Izraela, prorokiem Boga żywego, dokonywał dla Niego wielkich dzieł. A tu niespodziewanie, w momencie największego powodzenia, harmonia i pokój jego życia zostały doszczętnie zniszczone. Eliasz nie tylko zrezygnował z misji – prosił także Boga o śmierć. Wielki prorok, który słowem zamknął niebo, by nie dawało deszczu, który sprowadził na ziemię ogień, w jednej chwili zmienił się w zwykłego, przerażonego człowieka... Oto potęga ludzkiej słabości.
Rezygnacja

Ogarnięty zwątpieniem i zniechęceniem Eliasz ułożył się pod janowcem i zasnął. Wtedy nad swoim zdesperowanym prorokiem pochylił się Bóg. Pojawił się Jego posłaniec – anioł, który przyniósł pożywienie i nakazał prorokowi, by powstał, jadł i pił. Bóg nakazał mu dalej żyć. Jedz, a więc żyj. Eliasz nie od razu jednak porzucił pragnienie śmierci – po spożyciu posiłku ponownie zasnął. Czynił tak wielokrotnie. Zsyłając posiłek, Bóg dawał mu do zrozumienia, że cierpienie niekoniecznie musi służyć śmierci. Często jest etapem prowadzącym do życia nastawionego na całkowitą zależność od Boga. Dlatego anioł Pański stale powtarzał Eliaszowi: „Wstań i jedz, bo przed tobą długa droga!”. Bóg nie zgodził się, by prorok zrezygnował ze służby. Przeciwstawił się jego desperacji. Nie tylko chciał, aby Eliasz w dalszym ciągu żył, lecz również, aby na nowo podjął podróż musi iść dalej, aby się przekonać, że nie wszystko jest stracone. Na razie Bóg nie stawia przed nim żadnych prorockich zadań, mówi mu tylko: „Idź”. Posłuszny Eliasz wyruszył, ale nie był jeszcze gotowy na porzucenie swego zniechęcenia. Kiedy po czterdziestu dniach wędrówki dotarł do góry Horeb, zamiast zapytać Boga o nowe polecenia, wszedł do jaskini i po raz kolejny zasnął. Co działo się w sercu Eliasza? Zapewne widział rzeczywistość w czarnych barwach, wszystko utraciło dla niego sens. Był przekonany, że jego starania poszły na marne. Nie dopuszczał do siebie myśli, że wydarzenia na górze Karmel mogły przemienić serca Izraelitów. Świadomie trwał w stanie zniechęcenia, a nawet jeszcze bardziej się w nim pogrążał. Okazało się, że w tym śmiertelnym letargu można się zadomowić, można się dobrze poczuć. Eliaszowi było wygodnie nie podejmować walki o życie, a jedynie biernie oczekiwać tego, co się stanie. Nic go nie obchodziło. Jego ciągłe zapadanie w sen obrazuje, że – mimo wyraźnych wezwań Boga – niczego nie chciał zmieniać.
Skarga

Na górze Horeb Bóg zainterweniował ponownie i zapytał proroka wprost: „Co ty tu robisz, Eliaszu?”. Ten poskarżył się, że Izraelici zerwali Przymierze, rozwalili ołtarze, pozabijali proroków i czyhają na jego życie, a jest już przecież ostatnim żyjącym świadkiem Przymierza. Uciekł więc i pragnie wszystko zakończyć. Mimo że „płonął żarliwością”, nie obronił Przymierza. Zawiódł jako prorok. Nie ma już nadziei ani dla niego, ani dla narodu. Powodów swojego rozgoryczenia Eliasz szukał wszędzie dookoła, ale nie widział ich jeszcze w sobie. Zestawiał swoją gorliwość i swoje starania z nienawiścią i przemocą Izraelitów. Jeszcze nie dostrzegał, że jego rozczarowanie wynika raczej z tego, że to, co się wydarzyło, nie pasowało do jego dotychczasowej wizji bycia prorokiem Boga, według której działał i układał plany na przyszłość. Eliasz wyrzucił z siebie całą gorycz, rozczarowanie, a także lęk. Bóg swoim pytaniem sprowokował ten wybuch, wyrwał proroka z apatii, w jakiej trwał od wielu tygodni.
Objawienie

Jak Bóg zareagował na skargę Eliasza? „Wyjdź – powiedział – aby stanąć na górze wobec Pana”. Eliaszowi, ogarniętemu zniechęceniem i rozgoryczeniem, nakazał przyjąć postawę proroka i stanąć przed Jego obliczem. Nastąpiła teofania (objawienie się Boga), przypominająca te z czasów wędrówki Izraela. Tutaj jednak trzy podstawowe żywioły, które zazwyczaj towarzyszą teofanii: wiatr, trzęsienie ziemi i ogień, nie ukazały Boga, lecz poprzedziły Jego przyjście. On pojawił się w szmerze łagodnego powiewu. Dopiero gdy Eliasz usłyszał ten szmer, wyszedł z jaskini i zasłonił twarz, co oznaczało, że odczuł obecność Boga.

Co takiego powiedział Bóg prorokowi w tym dziwnym objawieniu? Prawdopodobnie to, że jest obecny nie tylko w wydarzeniach ujawniających Jego moc (wiatr, trzęsienie ziemi i ogień), doskonale odpowiadających Eliaszowej wizji bycia prorokiem. Jest obecny również w doświadczeniu ciszy, w doświadczeniu pozornej przegranej, pozornej nieobecności. Nawet wówczas, gdy wszystko wydaje się stracone, On wciąż jest i wszystko znajduje się w Jego mocy. Dzięki tej dziwnej teofanii Eliasz stanął przed szansą odkrycia wyzwalającej, ale zarazem trudnej do przyjęcia prawdy. Potrafił służyć Bogu Mocy; dopóki na jego słowo Bóg zamykał i otwierał niebo, dopóki zsyłał ogień, dopóki zwyciężał i rozwiązywał sprawy raz na zawsze, dopóty Eliasz chciał być prorokiem. Nie znał jeszcze Boga, który cierpliwie znosi znieważenie przez człowieka. On wierzył w Boga doskonałości, zwycięstwa, udanych planów, harmonii. Nie potrafił służyć Bogu cierpienia, niemocy, pozornego milczenia.
Powrót

Po tym objawieniu Bóg zwrócił się do Eliasza z bezpośrednim nakazem: „Wyruszaj w swoją powrotną drogę i kontynuuj misję proroka!”. Odpowiedział też na skargę Eliasza, ukazał mu minione wydarzenia z innej perspektywy: „Ty przecież nie wiesz i nie możesz wiedzieć, bo jesteś tylko człowiekiem, że pozostawię w narodzie siedem tysięcy takich, którzy nie klękną przed Baalem i których usta nie ucałują go” (por. 1 Krl 19, 18). Eliasz otrzymał nową misję. Bóg polecił mu namaścić nowych królów i swego następcę, Elizeusza z Abel-Mechola. Kryzys pustyni nie zrodził w mgnieniu oka nowego Eliasza. Jego problemy i zmagania zwłasną niedoskonałą naturą nie zniknęły nagle. Wrócił do tego samego środowiska, w którym żył przed kryzysem. Dzięki temu doświadczeniu Eliasz odkrył jednak Boga, który może czekać, który działa przez słabość i który nie potrzebuje proroka, by ten go bronił, lecz po to, by po prostu wykonał powierzoną mu misję.

Idąc przez życie, sami wybieramy ścieżki i sposoby zdobywania świętości. W swoich sercach stawiamy lustra i przeglądamy się w nich, sprawdzamy, czy pasujemy do obrazu świętości, który sobie nakreśliliśmy. Nawet nie dostrzegamy, że w tych lustrach odbija się karykatura nas samych, naszych planów, naszych pragnień, naszych dążeń. To wciąż jest dzieło człowieka. Jezus rozbija więc nasze lustra, a w zamian daje nowe, w których odbija się już nie ludzka karykatura, lecz Jego Najświętsze Oblicze, bardzo często cierpiące.

o. Jerzy Zieliński OCD

Nasz Parafianin Głównym Inspektorem Sanitarnym

Mamy być z czego dumni. Pan Marek Posobkiewicz, lekarz medycyny, został awansowany na stanowisko Głównego Inspektora Sanitarnego. Z naszej strony winniśmy polecać dobremu Bogu osobę Pana doktora, aby wspierany Darami Ducha Świętego, dobrze służył naszej Ojczyźnie.

MODLITWA ZA SŁUŻBĘ ZDROWIA

Panie Jezu Chryste, który przeszedłeś przez ziemię, wszystkim czyniąc dobrze, spraw, aby każdy lekarz swoją troskliwością i serdecznością budził w chorych nadzieję powrotu do zdrowia. Spraw, aby pamiętał, że jego praca jest służbą Tobie. Obdarz go zdrowiem, cierpliwością i dobrocią, aby przez jego pomoc wszyscy poznawali dobroć Twoją.

Panie, który pochwaliłeś miłosiernego Samarytanina za to, że nie ominął cierpiącego człowieka, spraw, aby wszystkie siostry, pielęgniarki, tak samo troskliwie opiekowały się chorymi. Niech w każdym chorym potrafią dojrzeć cierpiącego Chrystusa. Obdarz je swoim miłosierdziem, aby z sercem spełniały posługę, gdyż wtedy cierpienie mniej boli i budzi się nadzieja wyzdrowienia. Obdarzaj je dobrocią, łagodnością w słowach, cierpliwością i uśmiechem. I spraw, aby okazując miłosierdzie chorym dostąpiły kiedyś Twego miłosierdzia. Amen.

Katolicyzm antykatolicki

Czasami chciałoby się, żeby niektórzy „katolicy” wykazali się poczuciem odpowiedzialności za Kościół i przynajmniej milczeli na temat swojej przynależności wyznaniowej.


Idzie przez wieś proboszcz katolicki z pastorem. W pewnym momencie widzą leżącego w rowie pijaka. – Ale ma ksiądz owieczki. Ewangelików tu niewielu, więc to z pewnością katolik – mówi pastor z nutą złośliwej satysfakcji. – Jaki katolik! Jaki katolik! – dobywa się z rowu bełkotliwy głos. – Ewangelik jestem! – Och, przepraszam księdza – mówi skonsternowany pastor. Nazajutrz do zakrystii wpada zapłakany mężczyzna. – Proszę księdza, to ja leżałem w tym rowie. Ja katolik jestem! Ale zaparłem się wiary w obronie wiary! Czasami chciałoby się, żeby niektórzy „katolicy” wykazali się podobnym poczuciem odpowiedzialności za Kościół i przynajmniej milczeli na temat swojej przynależności wyznaniowej. Ale nic z tego. Oni, niestety, zazwyczaj chwalą się katolicyzmem właśnie wtedy, gdy robią rzeczy z katolicyzmem całkowicie sprzeczne. Chrześcijańskimi przekonaniami uzasadniają swoje zaangażowanie w krzewieniu zła i z szyldem „katolik” obnoszą się tam, gdzie bardziej pasowałaby deklaracja: „wojujący neutralista światopoglądowy” albo wręcz „satanista”.

No bo co z tego na przykład, że większość parlamentarzystów w polskim parlamencie to katolicy, skoro od lat nie potrafią położyć kresu nawet takiemu skandalowi, 
jak legalne mordowanie dzieci? Jak to jest, że zamiast zakazać procedury in vitro, „katoliccy” posłowie smażą prawo, wedle którego będzie można dzieci wyrzucać do ścieków albo trzymać w lodówkach? Autorka niedopuszczalnego moralnie projektu, który ma najwięcej szans na uchwalenie, to – a jakże – katoliczka. A marszałek Sejmu? Nie słyszałem, żeby wyraziła żal za to, że kilka lat temu wskazała szpital, w którym zabito dziecko nieletniej „Agaty”, słyszałem za to z jej ust, że jest katoliczką. Za katolików uważa się 
wielu dziennikarzy, którzy pod pozorem chrześcijańskiej troski o człowieka troszczą się o jego grzechy. Do katolicyzmu przyznają się rzesze takich, co odrzucą każdy punkt nauki Kościoła i każde z przykazań, o ile wyda im się to sprzeczne z ich interesem. Jeśli grozi Polsce wprowadzenie eutanazji, homomałżeństw, homoadopcji i innych wynalazków przyśpieszonej zagłady, to nie przez Unię, nie przez masonów i cyklistów, lecz przez polskich katolików. To przez tych, co zamiast 
służyć Chrystusowi, posługują się Nim. To przez ochrzczonych, którzy wolą się na chwilę zabawić, niż na wieki zbawić. Nie tak szkodzą Kościołowi jego zdeklarowani wrogowie jak jego formalni wyznawcy. Jeśli „poganie bluźnią imieniu Boga”, to nie przez pogan, lecz przez tych, którzy Bogiem osłaniają swoją niewierność i lewe interesy. Jeśli ktoś mówi, że nie uznaje Buddy, to wiadomo, że to nie buddysta. Jeśli w czasie Ramadanu ktoś pije piwo i zajada wieprzowinę, to nie muzułmanin. To oczywiste, bo ma się poglądy grupy, do której się należy, w innym wypadku do niej się nie należy. No chyba, że się jest katolikiem. W takim wypadku – jak widać – można robić cokolwiek i głosić dowolne poglądy. I uchwalać prawo sprzeczne z prawością. Posłowie wracają z wakacji. W większości katolicy. Niech Bóg ma nas w swojej opiece.



Autodyskryminacja



22-letni Joseph Baken z Montany (USA) zrobił sobie coming-out, czyli pochwalił się publicznie, że jest homoseksualistą. Zaraz też miał swój „pierwszy raz”, czyli pierwsze pobicie przez homofobów. To znaczy on tak zeznał na policji, demonstrując posiniaczoną twarz. Zdjęcia jego uszkodzonej facjaty trafiły na Facebooka i rozeszły się po internecie. Jak było do przewidzenia, Baken natychmiast został męczennikiem homofobii, zaś parlamentarzystka Ellie Hill, na przykładzie owego przypadku brutalnego pobicia, przygotowała projekt lokalnego prawa „antydyskryminacyjnego”. Baken miał jednak pecha, bo ktoś uwiecznił jego „pobicie” na filmie. Widać na nim, jak wykonuje coś, co przypomina salto w tył i uderza twarzą w krawężnik. Ponieważ film trafił na policję, Baken dostał 300 dolarów grzywny za fałszywe zawiadomienie i pół roku w zawieszeniu. Nie był to pierwszy taki przypadek. Takie fałszywe „pobicia” wyszły na jaw w samej Montanie już kilkakrotnie. Ech ci młodzi geje. Gorliwi tacy, wiernie realizują wytyczne sprzed ćwierćwiecza o tym, że homoseksualista musi być zawsze ofiarą. Wtedy jednak nie było jeszcze komórek z kamerami, więc nie napisali tam, żeby geje robili te swoje mistyfikacje w zaciszu domowym. No i chłopaki nawet z autopobicia robią akcję „niech nas zobaczą”. 




Człowiek nieuznany



Lekarze z kanadyjskiej organizacji Medical Association przyjęli uchwałę, w myśl której dziecko staje się „istotą ludzką” dopiero wtedy, gdy się urodzi. Ich uchwała miała wesprzeć kodeks karny Kanady, który uznaje za człowieka dopiero dziecko, które się narodziło. Ta absurdalna teza wpisuje się w propagowany przez biznes aborcyjny pogląd, że „kobieta ma prawo do swojego brzucha”. Należałoby zapytać, która kobieta traktuje swój brzuch roztworem soli, która łamie brzuchowi kości czy wreszcie ukręca mu głowę.


Franciszek Kucharczak

Apel Biskupa Polowego

Spotkanie...

Film ten opowiada o niezwykłym spotkaniu, które miało miejsce w nietypowych okolicznościach. Szalejąca burza i padający deszcz spowodowały, że droga została tymczasowo zamknięta, a pięcioro podróżnych nie mając innego wyjścia, zatrzymuje się w przydrożnym barze o dziwnej nazwie "Ostatnia Szansa". 
Spotykają się tam z Kimś niezwykłym, który daje im szansę podjęcia decyzji... czy podejmą tę najwłaściwszą?

26 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Częstochowska

Wśród setek polskich sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie to sanktuarium nawiedza od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.
Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:

Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełzkim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk, zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy mgła otoczyła nieprzyjaciół, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieść obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.

Dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi, obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu - sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.
Obecny obraz jasnogórski jest wierną kopią obrazu pierwotnego, który uległ całkowitemu zniszczeniu w roku 1430. Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie przez ręce swoich pełnomocników.
Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: Spytko z Melsztyna, krakowianin i Jan Tarnowski, z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne - ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.
Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 - jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.

Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu. Po zniszczeniu obrazu w 1430 r. wykonano kopię obrazu z taką starannością, że zachowano nawet deski, na których był pierwotny obraz malowany, co nastręczało wielu trudności. Starano się więc zachować pierwowzór jak najwierniej. Był on malowany techniką enkaustyczną stosowaną w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich. Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. - są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).
Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że byli to malarze z Rusi, wyspecjalizowani w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni obraz naprawić i przywrócić go do stanu pierwotnego. Farby jednak kładziono nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Dawniej zaś techniki enkaustycznej nie znano. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo wykonano kopię z jednej już istniejących wiernych kopii, na podstawie której wymalowano obraz nowy. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Obraz malowano na koszt Władysława Jagiełły. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Bożej Matce na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deszczułki, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).
W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru o. Augustyn Kordecki odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie 6 kg, a nawet 12 kg. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.

Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria,co oznacza "Tę, która prowadzi". Sam obraz (o wymiarach 122,2x82,2x3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona zaprawa kredowa 2-3 mm gruba. Samo malowidło położono na płótnie, temperą. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz w ozdobach lilii andegaweńskich. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni - podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą - unosi w geście błogosławieństwa wskazując na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą lamę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany: przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków na skutek próchnienia. Podobnie oczyszczono i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi wówczas środkami: rentgenowskie, metodą mikroskopową, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, wreszcie technologiczne i artystyczno-formalne. W latach 1939-1945 obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.
Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Sam król ofiarował korony. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Procesjonalnie przeniesiono obraz do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.

W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację, czyli wędrówkę - nawiedzanie kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. 26 sierpnia 1956 r. w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński, wielki Czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła.

Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem - Ojciec Święty Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości Maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego Sanktuarium pielgrzymują setki tysięcy ludzi, najczęściej idąc na piechotę przez wiele dni.

Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski - Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i godzin kanonicznych.

24 sierpnia - Święty Bartłomiej, Apostoł

Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów.
W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem "i": "Filip i Bartłomiej".
Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co "syn Tolmaja". Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co "Bóg dał" - byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiegoDeusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).

Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu.
Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz - brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).

Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.



Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały sięEwangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego - Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.


Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Ku ich czci wystawił tenże władca Bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej.



Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy - wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.


W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.

Pomieszkiwanie przed ślubem....

Wykazać pewien spryt 

Wspólne pomieszkiwanie ze sobą par będących w fazie narzeczeństwa staje się powoli standardem, także wśród katolików. Ci ostatni potrafią wykazać pewien spryt polegający na tym, że na kilka miesięcy przed ślubem wyprowadzają się na przykład do rodziców, w międzyczasie korzystają z sakramentu spowiedzi, następnie biorą ślub kościelny, po czym już w zgodzie z wyznawaną wiarą kontynuują prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego. 

W sytuacji, gdy decyzja o wspólnym zamieszkaniu wynika z chłodnej kalkulacji a nie ze słabej woli czy przemożnej siły afektu warto zadać sobie pytanie o swoją katolicką tożsamość. Chodzi bowiem o zakwestionowanie stanowiska Kościoła w ważnej sprawie. 

Zanim wypowiedzą sakramentalne "tak"

Lęki związane z podjęciem nieodwołalnej decyzji o małżeństwie są zrozumiałe. Narzeczeni chcą się sprawdzić zanim powiedzą sobie sakramentalne tak. Stąd chęć realizacji modelu, który pół wieku temu zaproponowała amerykańska antropolog Margaret Mead. Otóż postulowała ona model dwustopniowego małżeństwa: Najpierw młodzi powinni ze sobą zamieszkać i dobrze się poznać. Ten etap małżeństwa nazwała małżeństwem intymnym. W przypadku rozstanie nie musieli by ponosić konsekwencji prawno-finansowych. Gdyby jednak postanowili się pobrać stworzyliby tak zwane małżeństwo rodzinne.
 
Ludzie myślący tymi kategoriami nie biorą jednak pod uwagę faktu, że żyjący w ten sposób partnerzy angażują uczucia tak samo jakby żyli w małżeństwie. Wspólna codzienność bardzo przywiązuje ludzi do siebie. Oznacza to, że rozstanie może okazać się bardzo trudne w sytuacji, gdy oboje lub któreś z nich stwierdzi, że test wypadł negatywnie. Wiąże się z tym ryzyko trwania w związku opartym na kruchych podstawach. Ludzie wówczas żyją ze sobą gdyż boją się np. samotności albo z wygodnictwa. 

Efekt kohabitacji

Prof. Scott Stanley, psycholog z Uniwersytetu w Denver, wprost stwierdza, że "wspólne zamieszkanie po to, żeby 'się sprawdzić' wpływa negatywnie na jakość przyszłego związku. Pary takie między innymi gorzej radzą sobie z konfliktami, są mniej zadowolone z pożycia. Dotyczy to zwłaszcza tych par, które żyją ze sobą przed zaręczynami". Istnieje nawet coś takiego jak efekt kohabitacji czyli związek pomiędzy kohabitacją przedmałżeńską, a niską jakością małżeństwa.

Stanley zauważa też, że im dłużej para pozostaje w wolnym związku, tym łatwiej im odraczać decyzję o ślubie w nieskończoność. Formalizacja takiego związku odkładana jest na nieokreśloną przyszłość. Z kolei próby ustalenia jakiś konkretów co do daty ślubu mogą natrafić na opór ze strony partnera. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy powody, dla których ktoś wzbrania się przed małżeństwem są ukryte głęboko w podświadomości danej osoby. 

Mogą nimi być lęk przed wejściem w rolę żony/męża albo złe wspomnienia co do relacji między rodzicami. Niestety dla wielu osób związek ich rodziców jest antyreklamą małżeństwa.  

 
Siła spajająca 

Nierzadko główną siłą spajającą parę są dzieci, które wskutek niedoskonałości antykoncepcji niechcący pojawiły się na świecie jeszcze przed ślubem rodziców. Pociechy takie nie mają optymalnych warunków do rozwoju, bo ich rodzice jeszcze nie wiedzą czy chcą być ze sobą, bądź też już wiedzą, że nie chcieliby, ale poczucie odpowiedzialności za potomstwo zmusza ich do nałożenia sobie obrączek.

Związek taki nierzadko trwa dopóki na horyzoncie nie pokaże się ktoś atrakcyjniejszy. Im dłużej para ze sobą mieszka tym trudniej im zerwać. W końcu ślub biorą ludzie, którzy nigdy by się na ten krok nie zdobyli, gdyby wcześniej przez dłuższy czas ze sobą nie mieszkali.

W tym momencie warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Hasło: "Prawda was wyzwoli" potrafi być wyśmiewane, zwłaszcza przez osoby o liberalnej orientacji światopoglądowej. Wszak Kościół wciąż czegoś zakazuje. I gdzie tu wyzwolenie? - pytają retorycznie. Tymczasem istnieje spore ryzyko, że ludzie, którzy w imię wolności zamieszkali ze sobą przed ślubem, w przeciwieństwie do tych "nienowoczesnych" i "zacofanych", nie podejmą najważniejszej życiowej decyzji w atmosferze wolności. 

Czek bez pokrycia


Mowa oczywiście o wolności wewnętrznej, która w perspektywie małżeństwa jest niezwykle istotna. Jest to ten rodzaj wolności, który świadczy o posiadaniu cnoty wstrzemięźliwości, będącej jak wiadomo podstawą zaufania w małżeństwie. Ktoś kto uprawia seks zawsze wtedy, gdy ma na to ochotę prawdopodobnie nie zna siebie pod kątem swojej zdolność do samokontroli. Ktoś taki będzie później  domagał się, aby partner obdarzył go zaufaniem w kwestii wierności. Takie zaufanie  przypomina jednak czek bez pokrycia, nie ma ono żadnych podstaw i ów ktoś nie powinien się potem dziwić, że jego/jej zapewnienia o dochowaniu wierności traktowane są z przymrużeniem oka. Wyjazdy służbowe męża czy żony stają się wówczas źródłem silnego niepokoju.

Mamy tu zatem do czynienia z kolejnym paradoksem. Oto bowiem narzeczeni zamieszkują ze sobą, gdyż jak twierdzą chcą się poznać. Przeważnie kończy się to regularnym współżyciem seksualnym, a efekt jest taki, że w ważnej kwestii niewiele o sobie wiedzą, bo nie sprawdzili, czy są zdolni do kontrolowania swojego popędu seksualnego w obliczu silnej pokusy.

Prawdziwy skarb


Co za ironia, chciałoby się powiedzieć. Wspólne zamieszanie przed ślubem motywowane jest chęcią poznania się. Jednak seks, który temu przeważnie towarzyszy sprawia, że w sferze, która jest potem źródłem głębokich zranień do tego poznania się nie dochodzi.     

Ktoś, kto potrafi zapanować nad swoim ciałem w imię wyższych wartości i stara się unikać nie tylko grzechu ale też i okazji do grzechu jest prawdziwym skarbem w czasach wszechobecnego erotyzmu. Wyrażające się poprzez czyny szczere przywiązanie do pewnych zasad jest już ważną informacją o charakterze danej osoby i świetnym kapitałem na przyszłość. Mamy wówczas bowiem do czynienia z człowiekiem przewidywalnym i wewnątrzsterownym, a tylko taki człowiek może dać rodzinie poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.


Paweł Wieczorek 

Czy Jezus akceptował rozówd?

W obliczu coraz większej liczby rozpadających się małżeństw wiele osób, którym związek się nie udał, myśli o „rozwodzie kościelnym”. Rozwód taki miałby na celu spełnienie nadziei wyrażonej w słowach: „A może tym razem mi się powiedzie?”.

Dlaczego Kościół nie pozwala na rozwody?

Tymczasem Kościół Rzymskokatolicki uznaje związek mężczyzny i kobiety złączonych przysięgą małżeńską, proklamowaną uroczyście w kościele w obecności świadków, za nierozerwalny. Wywołuje to frustrację nawet u osób wierzących, którym „nie układa się” w życiu. Widząc totalny upadek świeckiej instytucji małżeństwa w Europie, nie mając w otaczającym społeczeństwie prawie żadnych przykładów trwałych i zdrowych więzi małżeńskich, wierni zadają pytanie: „Dlaczego Kościół nie pozwala na rozwody?”.

Problem polega na tym, że przyzwolenie na rozwód byłoby zdradą podstawowej nauki Jezusa o małżeństwie. Nie jest to jakiś wymysł księży, pragnących utrudnić życie małżonkom. Nie jest to jakaś filozofia polegająca na takiej lub innej interpretacji niejasnego tekstu. Nierozerwalność małżeństwa jest jednoznacznym wymaganiem postawionym przez Jezusa.

Dyskusje o rozwodzie w Piśmie Świętym

Warto sobie przypomnieć, że w żadnym momencie swojego życia Jezus nie złamał ani nie skrytykował żadnego przykazania zapisanego w Starym Testamencie. Jego spory z faryzeuszami dotyczyły wyłącznie tego, w jaki sposób stosowali oni nadane przez Mojżesza Prawo. W dyskusji o rozwodzie widać to wyraźnie, gdyż sami faryzeusze zaczepili Jezusa, pytając: „Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?” (Mt 19, 3). Dokładnie tak samo jak nasi współcześni byli przekonani, że rozwód jest dla nich przewidziany jako ucieczka od problemów małżeńskich! Chcieli tylko się upewnić, czy jakikolwiek powód może być impulsem do rozwodu: zbyt słona zupa, utrata piękna przez starzejącą się żonę albo zwykły kaprys męża…

Jest absolutnie oczywiste, że Pan Jezus nie mógł podzielać takiego poglądu – z prostego powodu: był on sprzeczny z zamiarem Stwórcy. Proszę zauważyć, że zamiar Stwórcy jest czymś innym niż nasze pomysły na życie. Stwórca jest nieskończenie mądrzejszy od stworzenia i w odróżnieniu od nas nie tylko pragnie naszego szczęścia, ale również dokładnie wie, jak można je osiągnąć. Z tego powodu Pan Jezus, choć zawsze litował się nad każdym problemem ludzkim i był wyrozumiały dla każdej ludzkiej słabości, stanowczo zaprzeczył, mówiąc: „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? »Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem«. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela” (Mt 19, 4-6).

Ale nie jest wcale łatwo przekonać człowieka, że Bóg dla niego zaplanował nie to, co on sam chce realizować! Faryzeusze, którzy jednoznacznie zrozumieli Jezusową interpretację Prawa Mojżeszowego, nie poddają się i próbują użyć innego argumentu, posługując się tym samym Prawem: „Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?” (Mt 19, 7). Okazuje się, że można nawet Biblię dopasować do własnych poglądów! Bo skoro sam Mojżesz kazał wypisać list rozwodowy, to co ma biedny Żyd robić? Musi ten list wypisać i odprawić żonę!...

Jednak co innego jest wymyślić sobie usprawiedliwienie, a co innego jest przekonać Jezusa, który nie tylko pozostał przy swoim zdaniu, ale sprecyzował Mojżeszowe „polecenie”: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było” (Mt 19, 8). Okazuje się, że Mojżesz nie „polecił”, lecz jedynie pozwolił – i nie dlatego, że tak było od początku, tylko ze względu na zatwardziałość ludzkiego serca.

Chciałbym tutaj odwołać się do nakazów Prawa Mojżeszowego, ponieważ polski czytelnik nie jest z nim tak dobrze obeznany, jak wspomniani w Ewangeliach faryzeusze i uczeni w Piśmie. Kto jak kto, ale oni doskonale wiedzieli, że Biblia przewiduje tylko jeden powód, który mógł doprowadzić do rozwodu: jeżeli znajdzie u żony coś odrażającego (hebr. erwat dawar) (Pwt 24, 1). Problem w tym, że oni chcieli, by „coś odrażającego” oznaczało „jakikolwiek powód”! Dla sprawiedliwości jednak dodać należy, iż oponenci Jezusa nie stanowili żadnego poważnego nurtu w judaizmie. Nauka faryzejska, która funkcjonuje do dziś jako ortodoksyjny judaizm, zwraca uwagę na to, że coś naprawdę odrażającego można łatwo odkryć przed ślubem. Dlatego też dzisiejsi Żydzi nie dopuszczają do ślubu bez możliwości spotkania się obojga młodych (jak to czyniono nieraz w starożytnych kulturach, zwłaszcza na Wschodzie) i jeżeli któreś z narzeczeństwa ma jakiekolwiek opory, do ślubu nie dochodzi. Dzięki temu kiedy któryś Żyd przychodzi do rabina i mówi, że znalazł w swojej żonie coś odrażającego, rabin może odpowiedzieć po prostu: „Widziały gały, co brały!”. Zatem problem rzeczy „odrażających” sprowadza się do zagadnień, które zostały ukryte w okresie narzeczeństwa i ujawniły się dopiero po ślubie.

Wyjaśnienia Pana Jezusa

I właśnie w tym kontekście powinniśmy odczytywać dalsze wyjaśnienia Pana Jezusa: „A powiadam wam: »Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«” (Mt 19, 9). Z tych słów jednoznacznie wynika, że każdy związek rozwiedzionego mężczyzny z jakąkolwiek kobietą i rozwiedzionej kobiety z jakimkolwiek mężczyzną w oczach Jezusa jest równoznaczny z cudzołóstwem.

Niestety, część dzisiejszych chrześcijan pragnęłaby odczytać te słowa inaczej. Niektórym chciałoby się wierzyć, że Jezus przyzwala na rozwód „w wypadku nierządu”, rozumianego dziś jako zdrada małżeńska. Wydaje się to logiczne, ale niestety stoi w sprzeczności z kontekstem kulturowo-religijnym, w jakim te słowa zostały wypowiedziane.

Mianowicie musimy pamiętać, że rozmówcami Jezusa nie byli Grecy, Rzymianie lub Polacy, których On pouczał, jak trzeba żyć. Byli to biegli w Pismach faryzeusze, którzy odwoływali się do Prawa Mojżeszowego, stosowali to Prawo we wszystkich dziedzinach życia i w świetle tego Prawa rozumieli oraz weryfikowali każdą wypowiedź Jezusa. A każdy wie, że Prawo Mojżeszowe nie przewidywało żadnego rozwodu w przypadku zdrady małżeńskiej. Zdrada małżeńska była karana śmiercią.

Zdrada karana śmiercią

Aby lepiej to sobie uzmysłowić, przypomnijmy dwie sytuacje opisane w Ewangeliach. Jedna z nich dotyczy kobiety przyłapanej na cudzołóstwie (J 8, 3-11), a druga problemu przedmałżeńskiej ciąży Maryi (Mt 1, 18-20). Łatwo zauważyć, że przyprowadzając do Chrystusa cudzołożnicę, faryzeusze nie pytają się o rozwód, tylko o ukamienowanie: „W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” (J 8, 5). Najwyraźniej chodzi o skonfrontowanie Jezusa z Mojżeszem, by wykorzystać ewentualną różnicę zdań pomiędzy nimi do oskarżenia Jezusa o herezję. Widzimy, że Jezus nie obala Mojżesza i nie porusza wątków rozwodowych. Daje jednak faryzeuszom do zrozumienia, że egzekucji może dokonać jedynie Ten, kto nie ma żadnej winy – i że właśnie On ma zamiar udzielić łaski przebaczenia. Ułaskawiona kobieta powraca do męża z poleceniem: „Idź, i nie grzesz więcej”, a nie z poleceniem „idź i rozwiedź się z mężem, bo go zdradziłaś”. Wydaje się naturalne, że Jezus, który przebaczył jej grzech cudzołóstwa, oczekuje, że również mąż jej przebaczy.

W drugiej sytuacji mamy do czynienia nie z cudzołóstwem, tylko z domniemaną rozpustą (bo właśnie jako „rozpusta” i „nierząd” określany jest w Biblii seks przedmałżeński, w odróżnieniu od cudzołóstwa, czyli zdrady małżeńskiej). Z punktu widzenia Józefa Maryja zdradziła go jeszcze przed ślubem, w okresie oficjalnego narzeczeństwa. Zgodnie z Prawem Mojżeszowym Józef mógł domagać się jej ukamienowania jako cudzołożnicy, ale mógł też odprawić ją jako kobietę, w której znalazł „coś odrażającego”. Bo przecież mógł udawać, że ona ukrywała przed nim ciążę, czyli swoją rozpustę w panieństwie. A jak wcześniej zostało wyjaśnione, taka sytuacja kwalifikowała się do rozwodu, ponieważ wymieniony w Księdze Powtórzonego Prawa (24, 1) erwat dawar oznacza między innymi „nagość” i „rozpustę” (zob. np. Iz 20, 4 lub Kpł, rozdz. 18).

Widzimy zatem, że wymieniony przez Jezusa „wyjątek” („chyba że w przypadku nierządu”) nie jest jakimś przyzwoleniem na rozwód w sytuacji cudzołóstwa, ale nawiązuje raczej do utajenia rozpusty przedmałżeńskiej, która wyszła na jaw dopiero po ślubie. Obowiązujący w Kościele Katolickim kodeks prawa kanonicznego uwzględnia wagę takiej sytuacji, kiedy jedno z małżonków zostało świadomie wprowadzone w błąd przed ślubem. Zgodnie z kanonem 1098 utajenie ważnych faktów, które mogłyby zniszczyć życie małżeńskie, stanowi przeszkodę uniemożliwiającą udzielenie sakramentu małżeństwa. Dla przykładu: gdyby dopiero po ślubie pan młody dowiedział się, że jego narzeczona była w ciąży z kimś innym, to w myśl wymienionego kanonu zawarte małżeństwo jest nieważne. Podkreślam jednak, że w takiej sytuacji Kościół nie udziela rozwodu, tylko stwierdza, że jedna ze stron została oszukana, więc nie został spełniony warunek świadomego i dobrowolnego wstąpienia w związek małżeński. Jeżeli natomiast przed ślubem wszystko było „cacy”, ale dopiero po jakimś czasie małżonkowie zaczynają psuć sobie nawzajem krew, to żadne unieważnienie lub rozwód nie może nastąpić, ponieważ jednym z podstawowych obowiązków małżonków jest wspólna droga do świętości.

Małżeństwo i jego... nierozerwalność

Na zakończenie pragnę uświadomić każdemu, kto ma odmienne zdanie na temat nierozerwalności małżeństwa: 

kanony 1099 – 1101 prawa kanonicznego głoszą, że nie może przyjąć sakramentu małżeństwa osoba, która neguje jakikolwiek z jego elementów – czy to nierozerwalność, czy to płodność, czy to monogamię. W szczególności nie może wziąć ślubu człowiek rezerwujący sobie prawo do zdrady małżeńskiej lub rozwodu, do stosowania antykoncepcji lub aborcji. Albo się przyjmuje sakrament tak, jak go ustanowił Pan Jezus, albo się go nie przyjmuje wcale. I nie oszukujmy samych siebie: nasza zatwardziałość nie zostanie przyjęta przez Boga jako argument przyzwalający na rozpustę czy cudzołóstwo, tak samo jak nie zostały przyjęte pseudobiblijne wywody faryzeuszów. 

Jeżeli jesteśmy słabi i grzeszni, to możemy zawsze liczyć na Miłosierdzie Boże – jednak pod warunkiem, że wykazujemy pragnienie poprawy. „Idź i nie grzesz więcej” – tak mówi Jezus każdemu z nas i nie łudźmy się – nikomu nie mówi: „Skoro twoja żona cudzołoży, to i ty idź i cudzołóż. Ja mam gdzieś cały Kościół, który sam ustanowiłem, wraz z naukami o nierozerwalności małżeństwa, które również sam ustanowiłem. Cudzołóżcie więc wszyscy, ile chcecie, a Ja wam wszystko przebaczę”.

Jestem przekonany, że lepiej dla nas jest walczyć z grzechem wdzierającym się do naszego życia i niszczącym nasze rodziny, niż walczyć z Kościołem i występować w obronie grzechu.

Mirosław Rucki

22 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Królowa

Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios) wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Kongres Krajowy Maryjny we Francji odbyty w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi - 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.

W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża {Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: "Błogosławiona jesteś między niewiastami" (Łk 1, 28. 43) - a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: "Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia" (Łk 1, 48). Maryja pochodziła z królewskiego rodu Dawida. Ewangelie bardzo często podkreślają to królewskie pochodzenie Pana Jezusa (Mt 22, 41-46; Mk 12, 35-37; Łk 20, 41-44; Rz 1, 3; 15, 12; 2 Tm 2, 8; Ap 22, 16 i inne). Apokalipsa zawiera taką relację: "Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu" (Ap 12, 1) - tą Niewiastą, według tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja.
Drugim źródłem naszej wiary jest także podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: "Dziewico czcigodna, Królowo i Pani". "Po Trójcy jest Panią wszystkich". "Jest Panią wszystkich śmiertelnych". Samego siebie nazywa "sługą Maryi". Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą "Panią" (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale "panującą nad wszystkimi ludźmi". Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: "Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela". Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732) nazywa Maryję "Królową wszystkich mieszkańców ziemi", św. Jan Damasceński (+ 749) "Królową rodzaju ludzkiego" i "Królową wszystkich ludzi", "Panią wszechstworzenia".

Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantropo, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. We wczesnośredniowiecznych obrazach aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panaghia angheloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącą po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena "koronacji" Maryi przez Pana Jezusa czy też Boga Ojca.

W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717.
Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą "Pod Twoją obronę" (Sub Tuum præsidium) i "Witaj, Królowo" (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową.

Tytuł ten podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium:


Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).


Tytuł "Królowa" podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowaMagnificat: "Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny". Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania - aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy.
Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich świętych, królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę "Regentki".

21 sierpnia - Święty Pius X, papież

Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament Bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął w 1847 r., kiedy miał 12 lat.
Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r.
Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżnił się jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszów do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).

W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui.
W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: "Głosicie wiele i dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy".

W 1903 r. pożegnał życie doczesne dla wiecznego wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu wybrało kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami (3 sierpnia). Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę, w której wyłożył program swojego pontyfikatu: Odnowić wszystko w Chrystusie. W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany do konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego(1918). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Motu proprio z 1903 r. wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą (8 VIII 1910).
Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm - prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania antymodernistycznej przysięgi. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909).
Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie pytając o to rząd.
Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.


25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to - 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później tenże papież dokonał jego uroczystej kanonizacji (29 maja 1954 r.). Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest patronem esperantystów.

W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.

20 sierpnia - Święty Bernard, opat i doktor Kościoła

Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do arystokracji miejscowej jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył o karierze dla syna na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki.
Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu. Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis - Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.

Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go "wyrocznią Europy". Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.

Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem.
Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach.
Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego.
Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł "doktora miodopłynnego".

Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.

W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m. in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.

Wspólne przesłanie do Narodów Polski i Rosji

WSPÓLNE PRZESŁANIE
DO NARODÓW POLSKI I ROSJI

Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski
Arcybiskupa Józefa Michalika, Metropolity Przemyskiego
i
Zwierzchnika Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego
Patriarchy Moskiewskiego i Całej Rusi Cyryla



W Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat,
nie poczytując ludziom ich grzechów,
nam zaś przekazując słowo jednania
(2 Kor 5,19)


W poczuciu odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość naszych Kościołów i narodów oraz kierując się pasterską troską, w imieniu Kościoła Katolickiego w Polsce i Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, zwracamy się ze słowem pojednania do wiernych naszych Kościołów, do naszych narodów i do wszystkich ludzi dobrej woli.
Wyznając prawdę, że Jezus Chrystus jest naszym pokojem i pojednaniem (por. Ef 2,14; Rz 5,11), i mając świadomość powołania powierzonego nam w duchu Chrystusowej Ewangelii, pragniemy wnieść swój wkład w dzieło zbliżenia naszych Kościołów i pojednania naszych narodów.

1. Dialog i pojednanie

Nasze bratnie narody łączy nie tylko wielowiekowe sąsiedztwo, ale także bogate chrześcijańskie dziedzictwo Wschodu i Zachodu. Świadomi tej długiej wspólnoty dziejów i tradycji wyrastającej z Ewangelii Chrystusa, która wywarła decydujący wpływ na tożsamość, duchowe oblicze i kulturę naszych narodów, a także całej Europy, wkraczamy na drogę szczerego dialogu w nadziei, że przyczyni się on do uleczenia ran przeszłości, pozwoli przezwyciężyć wzajemne uprzedzenia i nieporozumienia oraz umocni nas w dążeniu do pojednania.
Grzech, który jest głównym źródłem wszelkich podziałów, ludzka ułomność, indywidualny i zbiorowy egoizm, a także naciski polityczne, doprowadzały do wzajemnej obcości, jawnej wrogości, a nawet do walki między naszymi narodami. W następstwie podobnych okoliczności doszło wcześniej do rozpadu pierwotnej jedności chrześcijańskiej. Podziały i rozłam, sprzeczne z wolą Chrystusa, stały się wielkim zgorszeniem, dlatego też podejmujemy nowe wysiłki, które mają zbliżyć nasze Kościoły i narody oraz uczynić nas bardziej wiarygodnymi świadkami Ewangelii wobec współczesnego świata. 
Po II wojnie światowej i bolesnych doświadczeniach ateizmu, który narzucono naszym narodom, wchodzimy dzisiaj na drogę duchowej i materialnej odnowy. Jeśli ma być ona trwała musi przede wszystkim dokonać się odnowa człowieka, a przez człowieka odnowa relacji między Kościołami i narodami.
Drogą ku takiej odnowie jest braterski dialog. Ma on dopomóc w lepszym poznaniu się, odbudowaniu wzajemnego zaufania i w taki sposób doprowadzić do pojednania. Pojednanie zaś zakłada również gotowość do przebaczenia doznanych krzywd i niesprawiedliwości. Zobowiązuje nas do tego modlitwa: Ojcze nasz (...) odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. 
Apelujemy do naszych wiernych, aby prosili o wybaczenie krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem. Jesteśmy przekonani, że jest to pierwszy i najważniejszy krok do odbudowania wzajemnego zaufania, bez którego nie ma trwałej ludzkiej wspólnoty ani pełnego pojednania.
Przebaczenie nie oznacza oczywiście zapomnienia. Pamięć stanowi bowiem istotną część naszej tożsamości. Jesteśmy ją także winni ofiarom przeszłości, które zostały zamęczone i oddały swoje życie za wierność Bogu i ziemskiej ojczyźnie. Przebaczyć oznacza jednak wyrzec się zemsty i nienawiści, uczestniczyć w budowaniu zgody i braterstwa pomiędzy ludźmi, naszymi narodami i krajami, co stanowi podstawę pokojowej przyszłości.

2. Przeszłość w perspektywie przyszłości

Tragiczne doświadczenia XX wieku dotknęły w większym lub mniejszym stopniu wszystkie kraje i narody Europy. Zostały nimi boleśnie doświadczone nasze kraje, narody i Kościoły. Naród polski i rosyjski łączy doświadczenie II wojny światowej i okres represji wywołanych przez reżimy totalitarne. Reżimy te, kierując się ideologią ateistyczną, walczyły z wszelkimi formami religijności i prowadziły szczególnie okrutną wojnę z chrześcijaństwem i naszymi Kościołami. Ofiarę poniosły miliony niewinnych ludzi, o czym przypominają niezliczone miejsca kaźni i mogiły znajdujące się na polskiej i rosyjskiej ziemi.
Wydarzenia naszej wspólnej, często trudnej i tragicznej historii, rodzą niekiedy wzajemne pretensje i oskarżenia, które nie pozwalają zagoić się dawnym ranom. 
Obiektywne poznanie faktów oraz ukazanie rozmiarów tragedii i dramatów przeszłości staje się dzisiaj pilną sprawą historyków i specjalistów. Z uznaniem przyjmujemy działania kompetentnych komisji i zespołów w naszych krajach. Wyrażamy przekonanie, że ich wysiłki pozwolą poznać niezakłamaną prawdę historyczną, dopomogą w wyjaśnieniu wątpliwości i przyczynią się do przezwyciężenia negatywnych stereotypów. Wyrażamy przekonanie, że trwałe pojednanie jako fundament pokojowej przyszłości, może się dokonać jedynie w oparciu o pełną prawdę o naszej wspólnej przeszłości. 
Apelujemy do wszystkich, którzy pragną dobra, trwałego pokoju oraz szczęśliwej przyszłości: do polityków, działaczy społecznych, ludzi nauki, kultury i sztuki, wierzących i niewierzących, do przedstawicieli Kościołów – stale podejmujcie wysiłki na rzecz rozwijania dialogu, wspierajcie to, co umożliwia odbudowanie wzajemnego zaufania i zbliża ludzi do siebie oraz pozwala budować wolną od przemocy i wojen pokojową przyszłość naszych krajów i narodów.

3. Wspólnie wobec nowych wyzwań

W wyniku politycznych i społecznych przemian, pod koniec XX wieku nasze Kościoły uzyskały możliwość pełnienia swojej misji ewangelizacyjnej, a zatem także kształtowania naszych społeczeństw w oparciu o tradycyjne wartości chrześcijańskie. Chrześcijaństwo wniosło w minionych dziejach ogromny wkład w formowanie duchowego oblicza i kultury naszych narodów. Dążymy także dziś, w dobie indyferentyzmu religijnego oraz postępującej sekularyzacji, do podjęcia wszelkich starań, aby życie społeczne i kultura naszych narodów nie zostały pozbawione podstawowych wartości moralnych, bez których nie ma trwałej pokojowej przyszłości.
Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła po wszystkie czasy pozostaje nadal głoszenie Ewangelii Chrystusa. Wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni, ale i wierni świeccy są powołani, by głosić Ewangelię Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa oraz nieść Dobrą Nowinę słowem i świadectwem własnego życia, zarówno w wymiarze prywatnym, rodzinnym, jak i społecznym. 
Uznajemy autonomię władzy świeckiej i kościelnej, lecz opowiadamy się także za współpracą w dziedzinie troski o rodzinę, wychowania, ładu społecznego i innych kwestii ważnych dla dobra społeczeństwa. Chcemy umacniać tolerancję, a przede wszystkim bronić fundamentalnych swobód na czele z wolnością religijną oraz bronić prawa do obecności religii w życiu publicznym.
Dzisiaj nasze narody stanęły wobec nowych wyzwań. Pod pretekstem zachowania zasady świeckości lub obrony wolności kwestionuje się podstawowe zasady moralne oparte na Dekalogu. Promuje się aborcję, eutanazję, związki osób jednej płci, które usiłuje się przedstawić jako jedną z form małżeństwa, propaguje się konsumpcjonistyczny styl życia, odrzuca się tradycyjne wartości i usuwa z przestrzeni publicznej symbole religijne.
Nierzadko spotykamy się też z przejawami wrogości wobec Chrystusa, Jego Ewangelii i Krzyża, a także z próbami wykluczenia Kościoła z życia publicznego. Fałszywie rozumiana świeckość przybiera formę fundamentalizmu i w rzeczywistości jest jedną z odmian ateizmu.
Wzywamy wszystkich do poszanowania niezbywalnej godności każdego człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,27). W imię przyszłości naszych narodów opowiadamy się za poszanowaniem i obroną życia każdej istoty ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci. Uważamy, że ciężkim grzechem przeciw życiu i hańbą współczesnej cywilizacji jest nie tylko terroryzm i konflikty zbrojne, ale także aborcja i eutanazja. 
Trwałą podstawę każdego społeczeństwa stanowi rodzina jako stały związek mężczyzny i kobiety. Jako instytucja ustanowiona przez Boga (por. Rdz 1,28; 2,23-24), rodzina wymaga szacunku i obrony. Jest ona bowiem kolebką życia, zdrowym środowiskiem wychowawczym, gwarantem społecznej stabilności i znakiem nadziei dla społeczeństwa. To właśnie w rodzinie dojrzewa człowiek odpowiedzialny za siebie, za innych oraz za społeczeństwo, w którym żyje.
Ze szczerą troską, nadzieją i miłością patrzymy na młodzież, którą pragniemy uchronić przed demoralizacją oraz wychowywać w duchu Ewangelii. Chcemy uczyć młodych miłości do Boga, człowieka i ziemskiej ojczyzny oraz kształtować w nich ducha chrześcijańskiej kultury, której owocem będzie szacunek, tolerancja i sprawiedliwość.
Jesteśmy przekonani, że Zmartwychwstały Chrystus jest nadzieją nie tylko dla naszych Kościołów i narodów, ale także dla Europy i całego świata. Niech On sprawi swoją łaską, aby każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku widział przyjaciela i brata.
Zarówno Polacy, jak i Rosjanie żywią głęboką cześć do Najświętszej Maryi Panny. Ufając wstawiennictwu Matki Bożej, polecamy Jej opiece wielkie dzieło pojednania i zbliżenia naszych Kościołów i narodów. Przywołując słowa Pawła Apostoła: Sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy (Kol 3,15), błogosławimy wszystkim w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.




Warszawa, 17.08.2012

Byłem Apostatą

Pomysły na świecką Polskę typu przyklejanie jakichś kartek do drzwi bazylik albo krzyczenie pod kurią trzeba przejść jak świnkę, i mi się to udało – czytamy w liście do redakcji.

 

Do napisania tego świadectwa nakłonił mnie ten sam proboszcz, który mnie „wypisał z Kościoła” i nie przychodzi mi to łatwo. Tym niemniej widzę w tym głęboki sens, bo jest to symboliczne zamknięcie pewnego etapu mojego życia.

Apostazja

Trzy lata temu „dokonałem apostazji”. Byłem jeszcze na studiach i zrobiło to już trzech moich znajomych. Nie było jakiejś presji z ich strony, ale obracałem się w środowisku, gdzie słowa „czarni okradają Polskę” nie należały bynajmniej do najgorszych. Decyzja była więc w pewnym stopniu naturalna. Od bierzmowania nie chodziłem zresztą do kościoła, poza wyjątkowymi okazjami. Poszliśmy we trzech ze wzorem ściągniętym z apostazja.pl – ja i dwóch kolegów, jeden „po”, a drugi jeszcze „przed”. Siedzieliśmy na korytarzu kancelarii parafialnej, słysząc przez fragmenty rozmowy o przygotowaniach do ślubu. Wtedy naszła mnie pierwsza wątpliwość: „Co ja tutaj robię? Oni przyszli załatwić ślub, a ja co – apostazję?

Czy to naprawdę powinno tak wyglądać?”. Weszliśmy jednak i wszystko potoczyło się dość gładko. „Czarny będzie cię przekabacał i może ci grozić. Musisz być twardy i się nie dać, to wygrasz” – instruowali mnie zawczasu eksperci od apostazji. Zachowanie proboszcza odbiegało jednak od tego, czego się spodziewałem. Prawdopodobnie nie był nami zachwycony, ale nie był też napastliwy. Za to mój „świadek apostazji” wdał się w wymianę zdań o paleniu czarownic, co, biorąc pod uwagę cel naszej wizyty, było zupełnie bez sensu. Proboszcz podpisał akt apostazji, zapewniając, że wyśle go do kurii i na tym jego rola się kończy. Na odchodnym powiedział jeszcze, że Kościół mnie nie odrzuca, lecz sam się odrzucam i moja kara zależy tylko ode mnie. Byłem pozytywnie zaskoczony, gdy około miesiąc później do domu przyszedł list z nowym świadectwem chrztu, a w nim magiczne zdanie o „wystąpieniu formalnym aktem”. Po tym wszystkim, czego się naczytałem na forum apostatycznym, byłem wręcz zaskoczony, że to już wszystko.

Zwątpienie

Myślałem czasem nad słowami proboszcza: „Kościół cię nie odrzuca, sam się odrzucasz” i „twoja kara zależy tylko od ciebie”. Byłem jednak zajęty studiami i wszystko z moim życiem było w porządku. Rysy pojawiły się, kiedy zobaczyłem, że apostazja.pl staje się przybudówką Ruchu Palikota. W zamian za to jej właściciel Jarosław Milewczyk znalazł się na liście wyborczej w wyborach do Sejmu (zdobył 1533 głosy). Umowę przypieczętował uścisk dłoni z Januszem Palikotem, pokazany na stronie głównej witryny. Poczułem, że coś jest nie tak. Apostazja jest sprawą osobistą, a nie publiczną, tymczasem od posłów oczekujemy, by działali odwrotnie – zajmowani się sprawami publicznymi, a nie osobistymi. Robienie z apostazji sprawy publicznej ma dokładnie taki sam sens, jak czynienie tak ze spowiedzią. Co gorsza, zdałem sobie sprawę z braku przejrzystości tej grupy. Nie jest to stowarzyszenie, mimo szumnych zapowiedzi, że zostanie założone. Jest to nieformalna grupa kilku osób, która usiłuje wypowiadać się w imieniu kilkuset tysięcy Polaków – to prawdopodobnie ewenement w skali naszego kraju. Oficjalnie na podstawie „kilku przeprowadzonych do tej pory badań innych ludzi” w lutym 2010 roku podawano publicznie (m.in. dla portalu Onet.pl) dane o aż pół milionie apostatów (!), jednak szczegółów nie można było ujawnić, bo „mogłoby to zaszkodzić całemu projektowi” (!). Obecnie zarejestrowanych jest 4444 użytkowników, ale wszystkie ważne decyzje podejmuje zaledwie kilka osób, które mają dostęp do jądra forum – wewnętrznego działu zawierającego 75 wątków, a w nich ponad 1400 postów niedostępnych dla innych (liczby te można samemu obliczyć, porównując dostępne dane). To tam omawia się na przykład szczegóły współpracy z Ruchem Palikota. Kolejna sprawa to skrajny cynizm, który wyszedł na jaw, kiedy „w sobotę 12 marca 2011 roku, w wyniku błędu ludzkiego, dział moderatorski przez 3 godziny był dostępny dla wszystkich”, jak przyznał później jeden z moderatorów. Światło dzienne ujrzał wówczas wątek „Palikot” dotyczący organizacji „Tygodnia Apostazji”.

Wynika z niego, że w lutym 2011 roku „liderzy apostatów” ustalili, że będą polecać ochotnikom zastosowanie się do instrukcji Episkopatu Polski z 27 września 2008 roku tylko po to, by „cały czas narzekać na tę metodę”. Bije z tego pogarda nawet dla własnych sympatyków, którzy są sprowadzeni do roli narzędzi pozwalających na deklamowanie z góry ustalonych kwestii. Wreszcie zupełnie nie odpowiadał mi knajacki język dużej części użytkowników pod adresem duchownych. Chwilami wydawało się, że nie chodzi im o żadne „wystąpienie z Kościoła”, tylko o wyprowadzenie księży z równowagi. Krzyczenie w progu kancelarii parafialnej „dzień dobry”, żeby pokazać, że się jest „twardym zawodnikiem” jest po prostu dziecinne. To wszystko sprawiło, że nabrałem dużej rezerwy do tego, na jakich podstawach się to wszystko opiera i co jest rzeczywistym celem całego przedsięwzięcia, które trwa od 2005 roku i po siedmiu latach nadal nie widać ani efektów, ani końca.

Wstrząs

Wstrząs przyszedł, kiedy nagle umarł mój wujek. Byłem zdruzgotany, tym bardziej że był dla mnie bardzo bliską osobą. Pogrzeb odprawiał „mój” proboszcz. Poznał mnie i wymieniliśmy spojrzenia. Po oddaniu wujkowi ostatniej posługi odnalazł mnie w tłumie i zaczął rozmowę o śmierci i przemijaniu. Mówił głównie o tym, że nie wiemy, kiedy umrzemy, tak jak nie wiedział wujek. Doświadczenie śmierci jest zupełnie inne, kiedy widzi się trumnę, grób i całą rodzinę w żałobie. Wcześniej nie myślałem o niej w tak „namacalny” sposób. Proboszcz powiedział, że ma dla mnie książkę, która mi pomoże w żałobie i jeśli pójdę z nim na plebanię, to mi ją da za darmo. Trochę z ciekawości zgodziłem się. Dopiero na miejscu spytał mnie, czy pamiętam, jak poprzednim razem rozmawialiśmy w tym samym miejscu. Oczywiście, że pamiętałem – chyba każde słowo! Było w tym coś metafizycznego, że znaleźliśmy się w tym miejscu i siedzieliśmy chyba nawet na tych samych krzesłach. Proboszcz powiedział, że idzie po książkę i po chwili wrócił. Położył przede mną... kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu. W pierwszej chwili chciałem wstać i wyjść, ale pomyślałem, że sam tam przyszedłem, a on zrobił dokładnie to, co obiecał. „To najbardziej niezwykła książka na świecie. Jest tak potężna, że ludzie od wieków są zabijani tylko za to, że ją czytają. Ty dostajesz ją za darmo. I już tylko dlatego powinieneś ją przeczytać. Być może dopiero teraz się dowiesz, co odrzuciłeś. Jeśli chcesz, zawsze możesz przyjść o niej porozmawiać” – powiedział. Byłem pod wielkim wrażeniem. Nie wiedziałem, że księża potrafią w ten sposób rozmawiać. Zabrałem „prezent” i wróciłem do domu. „Książkę” wziąłem do ręki trochę z ciekawości. Powoli zagłębiłem się w jej świat opowiedziany językiem starożytnych Semitów, ale przez to bardzo piękny. Odkryłem wiele przesłań, które stanowią o jej ponadczasowości. Jest w nich jakiś niewytłumaczalny majestat. To przecież niemożliwe, by ludzie cierpieli i umierali za zbiór opowiadań sprzed dwóch tysięcy lat. Pozwoliło mi to spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. W tym na moją apostazję sprzed trzech lat, której nie mogę dzisiaj uzasadnić ani argumentem statystycznym (to raczej kontrargument przeciwko samym apostatom, bo co to jest 0,001% rocznie?!), ani zaoszczędzeniem na podatku kościelnym (bo go w Polsce nie ma). Mam za to przykre wrażenie, że o zostanie posłem będą walczyć osoby, które jej nawet nie dokonały, ale za to dużo o niej mówiły pod pomnikiem „patrona polskich apostatów”. I na tym polega prawdziwy dramat polskich apostatów. Wydaje mi się, że ich genialne pomysły na świecką Polskę typu przyklejanie jakichś kartek do drzwi bazylik albo pokrzyczenie przez megafon pod ogrodzeniem kurii trzeba przejść jak świnkę, i mi się to udało. Oficjalnie nie pojednałem się z Kościołem, choć w tej chwili nie wykluczam, że to zrobię. „Mój” proboszcz powiedział, że musiałbym się nauczyć katechizmu, zwłaszcza Credo, bo – jak powiedział dowcipnie – wierny ma być filarem Kościoła (czyli świętym), a nie filarem kościoła (czyli stać przy wejściu). Uważam, że to sprawiedliwe podejście, nawet jeśli wymagające. Nie chodzi o egzamin tylko do zdania, ale o wagę sprawy i odpowiedzialność.

„Wojna polsko – sowiecka na plakaty”


Wojna polsko – rosyjska, tocząca się w latach 1919 – 1920,to jedna z najbardziej dramatycznych, lecz także najpiękniejszych kart wdziejach oręża polskiego. Wojsko polskie nie tylko odniosło spektakularne zwycięstwo, które zapewniło ojczyźnie suwerenność i swobodny rozwój, ale także uchroniło Europę przed zalewem komunizmu. 

Atmosferę panująca w pamiętnym roku 1920 doskonale oddają plakaty powstałe w tamtym czasie. Zawierają one treści głównie patriotyczne ipropagandowe. Charakteryzują się sugestywnymi hasłami „Do broni”, „Wstąp dowojska – broń ojczyzny” oraz odpowiednimi, mocnymi obrazami z częstym wykorzystywaniem symboliki narodowej. Twórcami plakatów są znakomici artyści, a zwłaszcza: Edmund John, Stanisław Sawiczewski, Felicjan Szczęsny – Kowarski, Kamil Mackiewicz, F. Nieczuja – Urbański oraz Tadeusz Gronowski, pionier Polskiej Szkoły Plakatu. 

Plakaty wykonano w technice litograficznej lub offsetowej.Ich kopie można oglądać w Klubie 8.FOW do końca sierpnia w godzinach 10-15. 

Krucjata Wyzwolenia Człowieka

Ponieważ wyzwolenie jest możliwe tylko w Jezusie Chrystusie i dokonuje się mocą Jego Ewangelii, dlatego podstawową drogą Krucjaty jest: 

- ewangelizacja, czyli głoszenie z wiarą i mocą Jezusa Chrystusa, który wyzwala człowieka, 

- modlitwa indywidualna i wspólnotowa, 

- post, całkowita abstynencja od alkoholu. 

Drogę taką wskazał Chrystus apostołom, gdy doświadczyli niemocy w walce ze złem (Ten rodzaj duchów wypędza się postem i modlitwą – Mt17,21). Modlitwa często jest jedynym środkiem pomocy, kiedy po ludzku nic nie dasię zrobić. Ona również przemienia „działaczy” w pokornych świadków Bożego działania, a zniewolonych przyprowadza do źródła życia. Modlitwa i post stanowią serce programu działania Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. 


Więcej na temat tutaj

UWAGA - Joga

„Jeśli chcecie używać jogi jako gimnastyki, to proszę bardzo – ale to nie przeszkodzi jej, by dokonała swego”. Na jogę w czystej postaci natkniemy się podczas dalekich podróży – ale nie tylko. Często przychodzi do nas sama, w postaci ogłoszeń wieszanych na ulicach, obiecujących trening dla ciała i dla ducha. Co się za tym kryje?

Praktyka i duch

Joga jest techniką, należącą do kultury hinduizmu, praktykowaną również w buddyzmie. O. Joseph-Marie Verlinde mówił kiedyś: – Nie jestem przychylnie nastawiony do używania technik wschodnich w życiu chrześcijańskim. Weźmy przykład jogi, którą w Europie usiłuje się traktować jako gimnastykę. Kiedyś powtarzałem jednemu guru to stwierdzenie, a on mnie wyśmiał. Powiedział: „Wy na Zachodzie jesteście naprawdę dziwaczni, joga przecież nie jest żadną gimnastyką! Jeśli chcecie ją używać jako gimnastykę, to proszę bardzo, ale to nie przeszkodzi jej, by dokonała swego”. W jodze bowiem oddzielenie filozofii i praktyki jest niemożliwe – praktyka wprowadza w świat duchowy, w tym przypadku w świat bóstw.

Resztki ze Wschodu

Joga wywodzi się z czasów ok. tysiąca lat przed Chrystusem, a jej celem jest doprowadzenie człowieka do zbawienia, rozumianego jako wyzwolenie od świata materialnego pełnego cierpienia. Owo wyzwolenie zdobywa się przez przestrzeganie zasad moralnych, indywidualnej samodyscypliny oraz ćwiczenie ciała w określonych pozycjach. Ze względu na rodzaj tych ćwiczeń joga dzieli się na kilka rodzajów, wśród których są na przykład bhaktijoga (dziewięcioetapowy rozwój miłości), hathajoga (ćwiczenia fizyczne i oddechowe); krijajoga (oczyszczenie organizmu) czy mantrajoga (recytacja mantr). Bóg, do zjednoczenia z którym prowadzi joga, nie jest bogiem osobowym, ale duchową energią, naturą i kosmosem.

W Europie wschodnią praktykę jogi, obejmującą zarówno nakazy moralne (nie zabijaj, nie kłam, nie kradnij, zachowaj czystość, odrzuć chciwość), trening psychiczny i fizyczny, ćwiczenia ciała, trening oddechu oraz praktyki medytacyjne, ograniczono wyłącznie do ćwiczenia określonych pozycji ciała (asany) oraz treningu oddechu. Niezbędny nadal jest mistrz (guru), uczący nieruchomości ciała, wstrzymywania oddechu i zawieszania myśli, które prowadzić mają do doświadczenia śmierci.

Krok ku modlitwie?

Być może niektórzy praktykujący jogę ulegają złudzeniu, że ćwiczenia umysłu i ciała, nazywane przecież podobnie jak praktyki chrześcijańskie medytacją i kontemplacją, mogą być równorzędne, albo przynajmniej przygotowywać i wprowadzać w sztukę chrześcijańskiej, pobożnej modlitwy. Również takiemu podejściu o. Verlinde zadaje kłam, stwierdzając: – Nie można przygotowywać się do modlitwy, ćwicząc jogę czy zen. Modlitwa chrześcijańska jest historią miłości. W mistyce naturalistycznej miłość nie ma najmniejszego sensu. By kochać, trzeba być we dwoje. Natomiast w mistyce naturalnej wszystko ogranicza się do nieosobowego, boskiego „ja”. Jedyną definicję Boga w Biblii znajdujemy u św. Jana: Bóg jest miłością, a buddyzm mówi o miłości jako o niebezpiecznej iluzji. Trzeba więc dokonać radykalnego wyboru.
 
Uwaga na bałwochwalstwo

Co zatem w jodze jest tak niebezpiecznego dla chrześcijanina? Dlaczego powinien jej unikać, nawet jako zwykłego ćwiczenia fizycznego? Podczas uprawiania jogi o charakterze religijnym ma miejsce kult pogańskich bogów, a więc łamanie pierwszego przykazania. Nie można tu zresztą oddzielić techniki od idei, więc w zasadzie każda joga, nawet bez świadomej intencji jej uprawiającego, jest kultem hinduistycznych bóstw. Praktyki jogi mają na celu uwolnienie człowieka od świata, pojmowanego jako zło, co jest niezgodne z duchem chrześcijańskim. Niezgodne w tym duchem jest również przekonanie, że właśnie przez ćwiczenia można osiągnąć zbawienie – tak jakby człowiek mógł osiągnąć je sam z siebie, własną mocą i pracą, bez Boga. I pewnie najmocniejszym argumentem będą tu doświadczenia egzorcystów mówiące o tym, że uprawianie jogi ma swoje negatywne skutki w życiu chrześcijanina. K. Koch mówił: „Ten, kto zabiera się za ćwiczenie jogi, dostaje się w pole działania sił i staje się, sam nie wiedząc o tym, nadajnikiem tych sił”.
Apostazja

O. Joseph-Marie Verlinde pisał: „Moje osobiste doświadczenie nauczyło mnie, że przejście przez rytuał inicjacji buddyjskich czy hinduskich, to wydanie samego siebie w ręce nieprzyjaciela. Dla chrześcijanina jest to naprawdę zaparcie się Chrystusa. W rytuale inicjacji kandydat przynosi kilka symbolicznych przedmiotów. Ten zaś, kto dokonuje rytu inicjacji, ofiarowuje wszystkie te przedmioty któremuś z bóstw tradycji hinduskiej, które pochłaniają naszą uwagę i odwracają nas od Chrystusa. Są to uosobione siły natury, które ojcowie Kościoła nazywali wprost demonami, my zaś mówimy o duchach demonicznych. Kiedy więc uczestniczymy w rycie inicjacyjnym, zgadzamy się na – wynikające z niego – przymierze z tymi duchami. Dlatego wszystkim osobom, które przeszły tego typu inicjację, radzę wyspowiadać się z grzechu apostazji i – jeśli jakieś problemy będą się pojawiać dalej – poprosić o modlitwę o uwolnienie. Sprawa jest poważna. Doświadczenie egzorcystów dowodzi bowiem, iż inicjacje powodują bardzo silne związania. Ale Pan Jezus jest zwycięski we wszystkim i gdy prosimy, by uwolnił nas z więzów, którymi związaliśmy się przez swoją nieświadomość czy przez nieuwagę, także głosimy Jego zwycięstwo.
 
Niszczy to, co sprzyjało

Być może przekonujące będzie tu również świadectwo młodej dziewczyny, opublikowane w 2005 r. w dwumiesięczniku „Miłujcie się”. „Kiedy miałam dziewiętnaście lat, bardzo interesowałam się jogą. Ćwiczyłam intensywnie, dzień w dzień, przez wiele godzin. Nadszedł wieczór, kiedy byłam sama i nikt mi nie przeszkadzał. Moje ciało było strasznie ciężkie, bez czucia, jakby obce. Czułam, jak z niego wychodzę, jak jest mi lekko, dobrze... Moim celem było połączenie się z jakąś bliżej nieokreśloną energią, która miała dać mi obiecane szczęście. Naraz poczułam, że coś zaczyna mnie wchłaniać, coś strasznego, czarnego. Nie mogłam się uwolnić, a tak chciałam już wrócić z powrotem! Nie umiem opisać strachu, przerażenia, rozpaczy – chciałam wrócić do swojego ciała, a „to” mnie wciągało coraz mocniej i mocniej. Pomyślałam, że to chyba jest piekło i myśl moja powędrowała do dobrego Boga. W tym samym momencie wróciłam z powrotem. Kiedy ćwiczyłam jogę, moje życie układało się gładko. Miałam nawet pewne zdolności, np. wiedziałam, co się wydarzy, jak skończy się dana sytuacja życiowa znajomych, jak przebiegnie egzamin... Bawiło mnie to, ale i dawało jakieś poczucie wyższości nad innymi, bo ja potrafiłam wiele rzeczy przewidzieć, a oni nie. Wszystko się zmieniło po tej pamiętnej nocy. Postanowiłam zerwać definitywnie z jogą i nie mieć z tym już nic wspólnego. Nigdy już do tej praktyki nie wróciłam, ale w moim życiu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Czułam, jak gdyby coś, co mi do tej pory sprzyjało, zaczęło mnie niszczyć. Każde pójście do kościoła było dla mnie katuszą. Już w drodze na Mszę św. było mi słabo, miałam wrażenie, że coś zabiera mi siły. Zawroty głowy, słabość w nogach, mdłości pojawiały się nagle i nie chciały mnie opuścić, a przecież byłam zdrowa fizycznie. Stałam się nerwowa, noce stały się dla mnie koszmarem, miałam wrażenie, że coś zabiera mi siły i życie. To trwało ponad trzy lata; byłam u kresu sił i podupadałam już na zdrowiu. Aż wreszcie przyszedł koniec, moje własne siły się wyczerpały i wszystko zaczęło się walić: sam widok kościoła budził dreszcze i strach, a myśl o Matce Bożej sprowadzała od razu do mojej głowy bluźnierstwa, co było dziwne, bo przecież na swój sposób Ją czciłam”.

Ta historia skończyła się dobrze – dzięki modlitwie i ciężkiej pracy dającej świadectwo kobiety. Ale nie w każdym przypadku powrót musi się udać. A jeśli nie wiadomo, czy powrót jest możliwy, lepiej nie wyruszać w drogę...

Monika Białkowska

Grzech i cierpienie

Każda droga jest święta, bo na niej szatany ludzi napadali, 
bo na niej ludzie z grzechów powstawali. 


Grzech i rana po grzechu

Nie ma człowieka, któryby nie zgrzeszył i nie ma człowieka, któryby nie cierpiał z powodu grzechu. Nie ma ciosu, który nie zostawia rany. Nie ma grzechu, który nie powoduje zranienia. Symptomy bólu z powodu grzechu są w pewnym stopniu podobne u wszystkich: smutek, dławiące uczucie przygnębienia, moralna, psychiczna i duchowa pustka. W doświadczeniu grzechu jesteśmy sobie bardzo bliscy - jesteśmy "bliźniakami". Nikt z nas nie obronił się przed bolesnym wejściem w ten stan. Każdy z nas nosi w sobie dotkliwe przeżycie grzechu ...i rany, które pozostawia po sobie. 

Naszym grzechem ranimy nie tylko siebie ale także innych, najbardziej tych, którzy żyją najbliżej nas. I odwrotnie: ranią nas i zadają nam cierpienie grzechy drugich osób. W dramacie pierwszych rodziców Adama i Ewy zawiera się dramat każdego z nas: najbardziej ranią się grzechem osoby ze sobą związane. Najbardziej boli rana zadana najpiękniejszym i zażyłym więzom. Najmocniej krwawi rana zadana naszej relacji z Bogiem.

Św. Jan, w swoim pierwszym liście odwołuje się do tego trudnego doświadczenia i pokazuje, że dotyczy ono każdego z nas. Przestrzega przed "pułapką zaprzeczania" tej prawdzie.  Mówi prosto i dosadnie: "Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy" (1J 1,8). Jan przestrzega, że zaprzeczanie prawdzie o grzechu jest postawą bardzo niebezpieczną. Okłamywanie samego siebie, nie dopuszczanie do siebie prawdy, że "zgrzeszyłem" prowadzi do zakłamania. Rany, do których nie potrafimy się przyznać będą pogłębiały nasze cierpienie. Więcej. Rany nie odkryte i nie leczone  potrafią śmiertelnie zakażać życie. Z odkrywaniem prawdy o grzechu i o ranach po grzechu, związany jest nieraz silny ból. Nie jest łatwo zgodzić się na ten ból i świadomie się z nim spotkać. Rodzi się pokusa, aby nie przyznać się do bólu, który przypomina o ranie...

Nie sam fakt popełnionego grzechu i rany, które po sobie pozostawia są źródłem największego bólu. Powodem największego cierpienia, które może się pogłębiać, jest tłumienie bólu, który wywołuje rana grzechu. Człowiek wchodzi wtedy w stan powiększonego cierpienia - w stan trwania w grzechu. Trwanie w stanie grzechu męczy i rani najdotkliwiej. Chodzi o postawę, przez którą człowiek zwodzi i oszukuje samego siebie; nie chce przyznać się w swoim sumieniu do zła którego się dopuścił. Najbardziej obolałym staje się człowiek wtedy, gdy pozwala siebie długi czas maltretować przez poczucie grzechu, przez zranienia i krzywdy, które wyrządził grzech. 

Nie wolno nam zapominać, że na przedłużaniu tego stanu bardzo zależy Złemu. Zły czyni wszystko,  aby człowiek zamknął się w stanie grzechu i w cierpieniu, który wywołuje. Chce utrzymać człowieka w tym stanie, aby się wewnętrznie dręczył, smucił, rozczarował aż do zniechęcenia sobą, aż odrzucenia siebie. Zły stara się o to, aby człowiek nie wykrzyczał własnego grzechu i pozostał w matni grzesznego cierpienia.

W naszym rozważaniu będziemy przyglądali się człowiekowi w stanie grzechu. W świetle słowa Bożego, będziemy chcieli zobaczyć absurdalność tego stanu i jego bolesne skutki. Chciejmy spotkać się z człowiekiem, który cierpi z powodu grzechu i trwania w grzechu.
 
Pierwsze cierpienie po grzechu

Słowo Boże z dużą wnikliwością przedstawia nam pierwsze przeżycie człowieka zaraz po tym, jak dopuścił się grzechu. Jest to przeżycie, które przewraca "do góry nogami" i zniekształca ludzkie spojrzenie na siebie, na drugiego człowieka i na Boga. Do tej pory przeżywał te relacje w pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Pojawienie się grzechu w sercu człowieka sprawia, że zaczyna postrzegać relacje jako źródło niepokoju, wstydu i lęku. Grzech dramatyzuje spojrzenie na ludzkie życie i wprowadza w nie uczucie zawodu, samo-oszukania a nawet przerażenia.

Krzysztof Wons SDS

Potraktujmy zło poważnie

Z ks. prof. Aleksandrem Posackim SJ, demonologiem, rozmawia Monika Walczak 

Zło ma pewną atrakcyjność, dynamikę związaną z cielesnością, seksualnością, z ambicją. Dlatego bardzo często dochodzi do fascynacji złem, natomiast ludzie nie widzą tego, co tracą. Poza tym, szatan bardzo często natychmiast odpowiada, jeśli jest przyzywany, ale niczego nie daje za darmo, a cena, którą każe płacić jest wysoka.

Jakie zagrożenia duchowe związane z fascynacją złem dostrzega Ojciec w dzisiejszej kulturze i popkulturze?

Najważniejszym zagrożeniem duchowym jest otwarcie się na grzechy ciężkie poprzez łamanie trzech pierwszych przykazań Dekalogu. Należy do nich idolatria, która dotyczy pierwszego przykazania, grzechy bluźnierstwa związane z drugim przykazaniem oraz grzechy świętokradztwa, które dotyczą wspomnianych trzech przykazań.

Są to podstawowe grzechy ducha, które blokują człowieka na łaskę i otwierają na działanie demonów w podwójnym znaczeniu, ponieważ blokowanie łaski prowadzi do tego, że człowiek jest w rozpaczy, że nie ma sił do życia i podołania swoim obowiązkom. Często łączy się to z chorobami psychicznymi czy depresjami. Jest to wynik wspomnianych duchowych błędów, decyzji i następnie także otwarcia na działanie demonów, ponieważ właśnie te grzechy w pierwszym rzędzie otwierają na świat demoniczny, co potwierdzają świadectwa księży egzorcystów.

W tym właśnie widziałbym największe zagrożenie - zło jest traktowane niepoważnie, a istotą zła, w sensie teologicznym jest grzech i zły duch, które ze sobą współdziałają. Natomiast to, że jest ono traktowane niepoważnie nie zmniejsza zagrożenia z jego strony.

Jak odróżnić prawdziwe dobro od pozornego dobra, czyli zła?

To sztuka rozeznawania duchowego. Prawdziwe dobro przede wszystkim nie jest subiektywne, tylko odniesione do przykazań, do tradycji i nauki Kościoła, Ewangelii i przede wszystkim do Dekalogu. Jak mówiłem wcześniej, ten, kto łamie podstawowe przykazania, popełnia zło, przy czym to zło ma podwójny charakter.

Łamanie trzech pierwszych przykazań Dekalogu dotyczy bezpośrednio Boga, ponieważ jest równoznaczne z niewiernością Bogu – zdradą Boga, ale zło dotyczy też człowieka, którego Bóg kocha. Przykazania dotyczą tych dwóch wymiarów, dlatego punktem odniesienia w odróżnianiu dobra od zła są przykazania i nauka Kościoła.

Dlaczego człowiek, według księdza, łatwiej wybiera zło niż dobro w różnych ważnych lub dramatycznych okolicznościach?

Można powiedzieć, że to zależy od tego, jaki jest człowiek, ale też zło ma często atrakcyjną naturę. Poza tym koresponduje z ludzkim egoizmem. Tak naprawdę to źródłem zła jest egoizm człowieka, jak również wcześniej egoizm szatana. W związku z tym można powiedzieć, że wybór zła, to taka droga na skróty, to pójście po najmniejszej linii oporu. Człowiek chcąc zaspokoić swoje pożądania, ambicje cielesne i duchowe łatwiej będzie wybierał zło.

Natomiast dobro wymaga pewnego trudu, zaprzeczenia tej swojej gorszej naturze, ascezy, wyrzeczenia, ale też za to otrzymuje się więcej darów duchowych, które przynoszą więcej szczęścia człowiekowi. Warto o tym pamiętać, że więcej szczęścia jest w czynieniu dobra niż zła.

Czy człowiek dokonuje wyboru zła pod namową złego ducha?

Bardzo często, ponieważ pokusy, chociaż mogą mieć podłoże naturalne właśnie w ludzkiej, naturalnej słabości i grzeszności, są jednak gruntem, na którym działa szatan. Człowiek jest kuszony do zła. Nawet w modlitwie Ojcze nasz… jedna z próśb, której uczył nas Jezus, dotyczy uchronienia nas od pokus szatańskich.

Jakie są więc według ojca przyczyny i konsekwencje fascynacji złem?

Tak jak powiedziałem, zło ma pewną atrakcyjność, dynamikę związaną z cielesnością, seksualnością, z ambicją. Dlatego bardzo często dochodzi do fascynacji złem, natomiast ludzie nie widzą tego, co tracą. Poza tym, szatan bardzo często natychmiast odpowiada, jeśli jest przyzywany, ale niczego nie daje za darmo, a cena, którą każe płacić jest wysoka. Dlatego trzeba uświadamiać ludzi, że fascynacja złem jest niebezpieczna.

Konsekwencją jest grzech i zniewolenia demoniczne; także choroby psychiczne, które są skutkiem konkretnych duchowych decyzji i duchowych sytuacji.

W jaki sposób się temu przeciwstawiać? Czy ma to w ogóle sens?

Sens każdego sprzeciwu jest ważny. Również sprzeciwu jednostki, ponieważ jednostki tworzą grupy i większe społeczności. Natomiast sprzeciw wobec zła powinien mieć dwa aspekty: rzeczywiste wyrzeczenie się zła, ostrzeganie przed złem, ale też pozytywny aspekt, jakim jest miłość Boga, fascynacja dobrem, pięknem, prawdą, fascynacja Chrystusem. Pierwsi Apostołowie zaczynali właśnie od fascynacji Chrystusem.

Szczególnie ważna jest właśnie ta fascynacja pięknem, także duchowym, za mało jest tego piękna w świecie, ponieważ zło bardzo często koresponduje z brzydotą. Obserwujemy kult brzydoty, szpetoty, potworności, różnych monstrów, potworów, bestii.

Wydaje mi się, że właściwą drogą jest również droga pozytywna  – droga odzyskania miłości do Boga, do Chrystusa, do świata i szukanie radości i pokoju, którą daje nam wierność Bogu.

Dokument w imię Jezusa

Wspólne orędzie Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego i Kościoła katolickiego w Polsce z wielu względów zasługuje na szczególną uwagę.

Już to, że zwierzchnik rosyjskiego prawosławia Cyryl pierwszy raz w historii odwiedzi Polskę, ma wielkie znaczenie. Wcześniej taka sytuacja nigdy się nie zdarzyła, w co aż trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę, jak mocno te dwa kraje i narody były i są powiązane.

Co prawda w przeszłości Cyryl bywał w naszym kraju, ale nie jako Patriarcha Moskwy i Wszechrusi. Drugim istotnym kontekstem wspólnego orędzia jest oczywiście dramatyczna historia Polski i Rosji, z niekończącą się litanią bolesnych wydarzeń, by przypomnieć tylko katastrofę smoleńską. Wielkość dokumentu leży jednak gdzie indziej. W jego religijnym charakterze. Przedstawiciele obu Kościołów zdecydowali się na wspólny krok nie w imię demokracji, postępu, tolerancji czy jeszcze innych często nadużywanych słów, ale w imię… Jezusa Chrystusa. Dzisiaj nikt takich dokumentów nie pisze.

Jakiekolwiek akty prawne, orędzia czy manifesty nie zawierają nawet najmniejszej wzmianki o Bogu. Proszę sobie przypomnieć, że walka o odwołanie do Boga w preambule konstytucji europejskiej została przegrana. Tymczasem orędzie do narodów Rosji i Polski całą inspirację czerpie z Boga. Odwołuje się na przykład do pojęcia grzechu, który jest głównym źródłem podziałów między ludźmi. Widział to świat, by w XXI wieku mówić o grzechu! Oczywiście, ktoś powie, że trudno oczekiwać, by w dokumencie podpisanym przez dwóch biskupów zapomniano o Bogu.

To prawda, ale wspólne orędzie nie ma charakteru tylko kościelnego. Nie jest adresowane tylko do członków Kościoła prawosławnego w Rosji i katolickiego w Polsce, ale do całych narodów Rosji i Polski. O ponadkościelnym charakterze orędzia świadczy też miejsce jego podpisania, Zamek Królewski, jeden z ważniejszych symboli państwa. Nie ukrywam, że to spektakularne wołanie o pierwszeństwo Ewangelii we wszystkich dziedzinach życia, również w stosunkach międzynarodowych, niezwykle mnie cieszy. Nie boję się też, że autonomia Kościoła i państwa zostaną w ten sposób naruszone. Czekam jedynie na moment, kiedy do krytyki orędzia przystąpią prorocy postępu, a więc zwolennicy społeczeństwa w pełni laickiego.


ks. Marek Gancarczyk

Pojednanie bez polityki

"Jeśli do naszej wspólnej z Kościołem katolickim inicjatywy przywiążemy kontekst polityczny początków XXI wieku, popełnimy wielki błąd. Bardzo ważne jest spojrzenie na to zagadnienie z innego punktu wiedzenia. Pojednanie to wewnętrzny proces człowieka, nie wolno podporządkować go tylko pragmatycznym celom" - powiedział patriarcha Cyryl w rozmowie wyemitowanej w czwartek rano w radiowej Jedynce. Jego wizyta w Polsce rozpocznie się dziś o godz. 13.

 
Cyryl przypomniał, że jego wizyta będzie pierwszą wizytą patriarchy Moskwy i całej Rusi w Polsce. „Oczywiście składali wizyty w Polsce przyszli patriarchowie i ja zaliczam się do tego grona, ale sprawujący urząd patriarchy nigdy nie odwiedzał Polski. Już tylko ten fakt nadaje tej wizycie wielkiego znaczenia i pogrąża mnie jako człowieka, który będzie ją realizował, w absolutnie wyjątkowej atmosferze” - podkreślił.Intronizacja patriarchy Cyryla

Podjęcie tematu pojednania Polaków z Rosjanami przez Cerkiew jest pozbawione wszelkiej polityki – podkreślił patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl, który w czwartek o godz. 13 rozpocznie wizytę w Polsce.

Dodał, że historycznym krokiem ku pojednaniu jest wspólny dokument Kościołów: prawosławnego w Rosji i katolickiego w Polsce z apelem o wzajemne przebaczenie, który w piątek ma zostać podpisany w Warszawie.

Jak podkreślił patriarcha, we wspólnym dokumencie dwa Kościoły zapowiadają, że "są gotowe wybaczyć grzechy przeszłości, są gotowe wezwać swoje narody do pisania nowej karty historii". "Czy to się uda, zależeć będzie od tego, jak ludzie przyjmą tę inicjatywę" - ocenił Cyryl w rozmowie wyemitowanej w czwartek rano w radiowej Jedynce.

Patriarcha ocenił, że w wielowiekowej historii kontaktów Rosji i Polski „było wiele bólu, ale i wiele radości”. „Nierzadko każdy z nas w swoim sąsiedzie widział przyczynę wszystkich nieszczęść. Sądzę, że przyszedł czas, abyśmy wszyscy pomyśleli o tym, że należy zmienić ton stosunków między naszymi państwami, między naszymi narodami” - powiedział Cyryl.

Dodał, że pomiędzy Rosją a Polską poprawiają się stosunki gospodarcze, pojawiają się projekty energetyczne. „Coś jeszcze nas interesuje, zacznijmy więc jakoś lepiej odnosić się do siebie. (…) Jednak, aby zamknąć trudną kartę dwustronnych stosunków, potrzebna są inne wysiłki. Nie wystarczą ludzkie wysiłki, jako ludzie wierzący starajmy się wykorzystać siłę Bożą, powinniśmy modlić się o pojednanie między naszymi narodami" - mówił patriarcha.

Cyryl przypomniał, że jeszcze jako metropolita smoleński wiele razy bywał w Polsce i dobrze zna duchowe życie polskiego narodu. Dodał, że Kościół katolicki i Cerkiew powinny razem walczyć o obronę wartości chrześcijańskich, które są atakowane.

W tym samym duchu  o dokumencie wypowiada się abp Józef Michalik, przewodniczący KEP: "Ten dokument może nie zmieni wszystkiego, ale musi zaistnieć, może spełnić rolę nacięcia wrzodu. To akt duszpasterski, a nie polityczny".

Święto Wojska Polskiego w 8. Flotylli Obrony Wybrzeża

15 sierpnia to Święto upamiętniające jedno z największych zwycięstw oręża polskiego odniesione w Bitwie Warszawskiej nad Rosją Sowiecką. W okresie II Rzeczypospolitej obchodzone było bardzo uroczyście dla upamiętnienia walk w obronie Ojczyzny. Obchodzono je podczas II wojny światowej w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i do 1947 r. w Wojsku Polskim. W następnych latach zaniechano jego obchodów, pomimo iż nigdy nie zostało anulowane żadnym aktem prawnym i ustanowiono Dzień Wojska Polskiego (12 października) – upamiętniając w ten sposób chrzest bojowy 1DP im. Tadeusza Kościuszki pod Lenino. Trzykrotnie, w latach 1990-1992 Święto obchodzono wrocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Dopiero ustawa sejmowa z dnia 30 lipca 1992 r. przywróciła w dniu 15 sierpnia obchody Święta Wojska Polskiego. Wtedy też po raz pierwszy odbyły się centralne obchody tej uroczystości. 

Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy z ludzi. Wskrzesił do życia wiecznego swoją Matkę, a nam wszystkim w Niej pozostawił nadzieję na szczęśliwy koniec ziemskiej pielgrzymki.

Witaj, Matko, panieńską czystością wsławiona,
Królowo miłosierdzia w gwiazdy ozdobiona,
Czystsza niż aniołowie, przybrana bogatą
Na prawicy królewskiej złotą stoisz szatą...

Dogmat o wniebowzięciu

Aż trudno uwierzyć, że powszechna intuicja wiernych o wzięciu do nieba Maryi - wypowiedziana choćby w strofach przytoczonych wyżej Godzinek - doczekała się potwierdzenia ze strony Kościoła dopiero w 1950 roku. To właśnie wtedy papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus oficjalnie potwierdził słuszność przekonania, które w pobożności wiernych żywe było już od pierwszych wieków chrześcijaństwa, choć kształt tej wiary rozmywa się nieco w mroku dziejów. Wiadomo, że już w V wieku na Wschodzie obchodzono święto "zaśnięcia Maryi", zaś dwa wieki później upowszechniło się ono także w Kościele zachodnim. To świadczy, że niemal od zarania dziejów chrześcijaństwa wierni otaczali Maryję szczególną czcią i wierzyli, że Bóg, który powierzył Jej tak wielkie i trudne zadania, nie będzie zwlekał z nagrodą za wierne i bezwarunkowe współuczestniczenie w dziele zbawienia świata.

Skoro jednak tak łatwo było ludziom uwierzyć w wywyższenie Maryi w niebie - w to, że Ona doświadczyła już czegoś, na co wszyscy dopiero czekamy, mając nadzieję na zmartwychwstanie ciał - dlaczego Kościół tak długo zwlekał z uznaniem faktu wzięcia Maryi do nieba z duszą i ciałem? Otóż trudność polega na tym, że prawda ta należy do tzw. prawd pozabiblijnych, czyli na próżno by szukać w Piśmie Świętym jakiejkolwiek wzmianki o tym wywyższeniu. Mamy wprawdzie w Apokalipsie św. Jana wizję Kobiety obleczonej w słońce, z księżycem pod jej stopami i wieńcem na głowie z dwunastu gwiazd (por. 12, 1), ale proroctwo to jest nie tylko symbolicznym odwołaniem się do Maryi, ale przede wszystkim do Kościoła-Oblubienicy, którą Boża Rodzicielka symbolizuje. Ustanowienie dogmatu o wniebowzięciu Maryi nie tyle więc pobudziło powszechną pobożność wiernych, co odwrotnie - pobożność była tym, na czym oparł się Kościół, ostatecznie formułując ten artykuł wiary. Uczynił to jednak dopiero wówczas, gdy przeszedł on pomyślnie próbę czasu.

Fakt nie tylko historyczny

W jakiej formie dotarł do naszych czasów przekaz wiary we wniebowzięcie Maryi? Jak to często bywa w takich sytuacjach, przekazów mamy wiele, a wszystkie, choć zmierzają do ukazania tej samej prawdy, opierają się często na pobożnej fantazji. W rzeczywistości bowiem badacze nie są nawet zgodni co do faktu, gdzie Maryja spędziła ostatnie lata swego życia: w Jerozolimie czy w Efezie. Istnieje wiele tekstów apokryficznych, "opowiadających" o tym niezwykłym wydarzeniu. Niektóre przedstawiają cudowną procesję świętych i aniołów, niosących do nieba mary z ciałem Maryi, inne sam moment przejścia do niebieskiej chwały otaczają głęboką tajemnicą. Niezależnie od formy wszystkie pełnią tę samą funkcję: umacniają wiarę w nadzwyczajną moc Boga, który nie odstępuje swoich wybranych nawet po śmierci.

Spośród wielu opisów odnoszących się do kresu ziemskiego życia Maryi i Jej wywyższenia, na szczególną uwagę zasługuje wyczerpujące opowiadanie spisane na podstawie objawień siostry Anny Katarzyny Emmerich (1774-1824), niemieckiej zakonnicy i mistyczki, wyniesionej do chwały ołtarzy w 2004 roku.

Oto według jej wizji, po śmierci Maryi, kiedy Jej ciało złożono już w grobowej grocie, miało mieć miejsce następujące zjawisko: Z góry na grotę padła szeroka smuga światła, a w niej dały się zauważyć chóry aniołów, w pośrodku zaś nich znajdowała się dusza Najświętszej Panny. Przed Nią szedł Jej Syn ze znakami ran na rękach i nogach. Cudowne zjawisko zniżało się nad grotę. Dusza Maryi przeniknęła przez skałę do grobu i wzniosła się zaraz na powrót wraz z Jej świętym ciałem: przemienionym już i jaśniejącym, a następnie cały ten niebiański orszak uniósł się w górę w przybytki wiecznej szczęśliwości. Ostateczne potwierdzenie cudu - jak czytamy dalej w zapiskach niemieckiej wizjonerki - nastąpiło nazajutrz. Na drugi dzień odmawiali właśnie apostołowie modlitwy, gdy przybył Tomasz z dwoma innymi ludźmi. Jednym z nich był uczeń Jonatan Eleazar, drugi był sługą Tomasza, a pochodził z dalekiego kraju świętych Trzech Mędrców, którzy przybyli pokłonić się małemu Jezusowi. Tomasz zasmucił się ogromnie, dowiedziawszy się, że już złożono Najświętszą Pannę do grobu. Nie mógł się uspokoić z żalu, że przyszedł za późno. Płacząc, uklęknął najpierw na tym miejscu, gdzie najświętsza dusza Maryi rozstała się z ciałem; długo klęczał także przed ołtarzem. Tomasz pragnął ujrzeć jeszcze raz zwłoki Najświętszej Panny, więc wzięto kaganki i wszyscy razem poszli do grobu. Dwaj uczniowie odchylili zarośla, jakie zasadzono u wejścia do groty, a Tomasz, Eleazar i Jan weszli do środka i pomodlili się chwilę przed trumną. Jan zdjął taśmy przytrzymujące wieko, zdjął wieko na bok, i oto, ku wielkiemu zdumieniu, ujrzeli puste całuny, ułożone starannie, dokładnie tak, jak okrywały przedtem zwłoki. Tylko na miejscu, gdzie była twarz, usunięte było przykrycie i na piersiach nieco otworzone. Opaski z rąk leżały w porządku, lekko rozsunięte. Apostołowie wznieśli ręce w osłupieniu, a Jan zawołał: "Nie ma Jej już tu!" Wbiegli inni do groty, zaczęli płakać i modlić się, to znów rzucali się na ziemię, powoli jednak zaczynali pojmować, co się stało, przypominając sobie widzenie, jakie mieli zeszłej nocy.

Piękne to opowiadanie. Wiele podobnych można by jeszcze przytoczyć. Wydaje się jednak, że mimo wszystko najtrafniejsze wypowiedzi na temat wniebowzięcia nie koncentrują się na szczegółach, ale na tajemnicy, stwierdzając jedynie, jak św. Modest, biskup Jerozolimy († 634), że jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, Bóg wskrzesił z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy. Cóż, rozsądek wiary tak właśnie nakazuje: wierzyć w dogmat, ale szczegóły pozostawić Bogu, który dokonuje cudów, ale czyni to w sposób sobie tylko wiadomy.

Wniebowzięcie Maryi nie jest wyłącznie faktem historycznym, w istocie jest zapowiedzią końca ludzkich losów. W Niej wierni czczą moc Boga, a jednocześnie wyrażają głęboką wiarę, że stała się Ona pierwowzorem i obietnicą złożoną każdemu człowiekowi – obietnicą wiecznego szczęścia. Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy z ludzi. Wskrzesił do życia wiecznego swoją Matkę, a nam wszystkim w Niej pozostawił nadzieję na szczęśliwy koniec ziemskiej pielgrzymki. A może tak naprawdę jest to obietnica nie końca, ale prawdziwego początku życia, nad którym nie zajdzie już słońce? Ta nadzieja jest źródłem siły na dalszą drogę...

Jakub Kołacz SJ

Pierścień atlantów

Handlarze pierścieniami atlantów zapewniają, że talizman ten stwarza niezwykle skuteczną ochronę przed wszelkiego rodzaju złem: agresją, wypadkami, kradzieżą, a także przed klątwami i urokami. Ponadto - według nich - przedmiot ten zapobiega wielu (jeśli nie wszystkim) chorobom czy wręcz z nich uwalnia.

     Jednym słowem, pierścień ten przynosić ma szczęście. Wielu ludzi w to wierzy, skoro go kupuje i zakłada na palec. Spontanicznie nasuwa się pytanie: co lub kto, albo jakaż to siła miałaby tu tak cudownie działać? W przypadku poświęconego krzyżyka lub medalika z wizerunkiem Pana Jezusa, Matki Bożej czy świętych nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie: dlaczego nosimy te dewocjonalia? Noszę medalik na znak mojego zawierzenia się Matce Bożej. Jej wizerunek pomaga mi ufać w Jej nieustanną obecność przy mnie, szczególnie w chwilach pokus, zwątpień, przeciwności itd. Nie wierzę, aby medalik ten "magicznie" chronił mnie przed napadem, kradzieżą, chorobą, itd., lecz z całego serca ufam, że w tych czy innych nieszczęściach - jeśli Opatrzność je dopuści - nie spotka mnie prawdziwe i najgorsze nieszczęście: odrzucenie Pana Boga i utrata życia wiecznego.

     Nosząc medalik nie proszę o szczęście, lecz abym wytrwał przy Panu Bogu w każdej, nawet najgorszej sytuacji, a to będzie mym największym szczęściem. Zastanawiam się, w kim pokładają swoją ufność ludzie ochrzczeni, którzy na swój palec zakładają pierścień atlantów? Pewnie sami dokładnie nie wiedzą. W każdym razie, amulet ten wydaje się być znakiem nieufności wobec Pana Boga, jako mego Ojca, w którego rękach spoczywa całe moje życie. Jeśli oczekuję, że noszenie tego czy innego amuletu przyniesie mi szczęście, to znaczy, iż wiarę moją można wyrazić w słowach: Ufam nie Tobie, Boże, lecz komuś lub czemuś innemu; oczekują pomyślności w życiu nie od Ciebie, lecz od czegoś lub kogoś innego. Być może, nie od razu tego rodzaju postawa duchowa owocuje porzuceniem praktyk religijnych, lecz żywa wiara nieuchronnie przemienia się w "praktykowanie" chrześcijaństwa z sercem odwróconym od Boga. Tymczasem religijność pozbawiona ufności wobec Pana Boga staje się pusta. Jaką wartość miałaby modlitwa Ojcze nasz, gdyby w żaden sposób nie ożywiał jej duch dziecięctwa Bożego?

     Nadzieja, iż magiczny pierścień uchroni mnie od przeciwności i zagwarantuje pomyślność, jest oszustwem, które żeruje na naszej ludzkiej skłonności do wierzenia czasami w byle co. Czy jednak w życiu można się uchronić od jakichkolwiek przeciwności, trudności i cierpień? Codzienne doświadczenie przekonuje, iż nie, i żaden amulet faktu tego nie zmieni. Lecz przywiązanie do niego, naiwna wiara w jego skuteczność, niszczy zdolność stawiania czoła przeciwnościom w sposób chrześcijański, czyli z ufnością, że każdy krzyż codzienności ma w sobie głęboki, zbawczy sens. Wielokrotnie owego sensu nie widzimy, lecz właśnie wtedy ufność w Bożą miłość - niejako wbrew poczuciu opuszczenia i samotności - okazuje się środkiem ratującym życie. Właśnie tę najważniejszą i najdelikatniejszą tkankę naszej religijności, czyli zdolność do ufnego zawierzenia Bogu, chrześcijanin niszczy poprzez noszenie amuletów. Spustoszenie w dziedzinie duchowej i cielesnej nie od razu, być może, daje się zauważyć. Jednakże dokonuje się ono nieuchronnie, czego pierwszym świadectwem jest nieprzezwyciężona niechęć do modlitwy. Stopniowo także pojawiają się dziwne i nieuzasadnione lęki, tajemnicze dolegliwości fizyczne i psychiczne. Ponadto, kto nosi pierścień atlantów, bardzo łatwo zwraca swe zainteresowania ku horoskopom, tarotowi, magii czy innym podobnym praktykom, które otwarcie sprzeciwiają się pierwszemu przykazaniu.

     Dla księży egzorcystów (przynajmniej w Polsce) pierścień atlantów jest rekwizytem bardzo dobrze znanym. Na ogół był on gdzieś na początku uwikłania się ludzi w rozmaite formy okultyzmu, który z kolei doprowadził ich do stanu zniewolenia przez złe duchy. W przypadku pewnej dziewiętnastoletniej dziewczyny wyjątkowo jasno można było się przekonać, do jakiego stopnia zły duch wywierał panowanie nad osobą, która od kilku lat nie rozstawała się z pierścieniem atlantów. Dla swego uwolnienia duchowego uczyniła bardzo wiele: wyspowiadała się, pomimo walki duchowej wyrzekła się praktyk okultystyczny, nawet przyjęła Komunię św. Gdy jednak proszono ją o zdjęcie z palca pierścienia, chowała dłonie za siebie i gorączkowo protestowała, krzycząc i nienaturalnie wykrzywiając buzię. Znowu okropnie dręczona jest przez diabła i obecnie przebywa w zakładzie psychiatrycznym.

     Amulety, wbrew swej pozornej niewinności, poprzez swoją symbolikę są zielonym światłem danym przecież nie Panu Bogu, lecz duchowemu złu. W ostateczności, także i pierścień atlantów jest niczym innym, jak znakiem otwarcia się i przynależności do tego wrogiego nam świata. Jako istoty odkupione, nie warto, abyśmy, nawet w najbardziej niewinny sposób, ze światem tym się zadawali. 


ks. Andrzej Trojanowski TChr 

Antykościelne centrale

Z o. dr. Tadeuszem Rydzykiem CSsR, dyrektorem Radia Maryja, rozmawia Małgorzata Goss



W ostatniej rozmowie z "Naszym Dziennikiem", mówiąc o ewangelizowaniu poprzez media, ostrzegł Ojciec, że nie może ona wypływać z zatrutych źródeł czy niejawnych układów biznesowych.
- To, że ewangelizacja musi być bardzo jasna, jest oczywiste. Pan Jezus powiedział: "Będziecie mi świadkami aż po krańce świata" i "Niech mowa wasza będzie tak - tak, nie - nie, a co nadto jest - od złego pochodzi". Powiedział też, że kto chce iść za Nim i naśladować Go, musi wiedzieć, że On jest "drogą, prawdą i życiem". My nie możemy tu kręcić, nie możemy iść na układy, na paktowanie z diabłem. Paktowanie z diabłem jest wtedy, gdy coś czynione jest nie w prawdzie. Słyszałem, jak ktoś powiedział, że gdy chodzi o pieniądze na ewangelizację, to brałby je od samego diabła. Zaszokowało mnie to. Popatrzmy, jak przyjmują Chrystusa prawdziwi święci. Ojciec Maksymilian Kolbe, największy w historii dziennikarz katolicki, człowiek, który posługiwał się w ewangelizacji mediami, czy on szedł na układy? Niestety, dziś takie paktowanie ze złem widzimy na każdym kroku. Nastąpiło jakieś zagubienie zmysłu moralnego. Nie można służyć jednocześnie Panu Bogu i szatanowi, palić diabłu świeczkę, a Panu Bogu ogarek. Musimy być świadkami. My nie możemy zła uwiarygodniać. Zło chce być uwiarygodnione. We współczesnym świecie trwa atakowanie, niszczenie Kościoła. Chciałbym jednak przypomnieć, że prześladowanie zawsze było. Pan Jezus powiedział: "Mnie prześladowali i was prześladować będą", bo "nie jest uczeń nad mistrza". Powiedział też: "Posyłam was jak owce między wilki". Prześladowanie było, jest i będzie, bo Chrystus, Jego nauka jest cały czas znakiem sprzeciwu! Zły nie może jej znieść. On także pracuje we współczesnym świecie. Im większe dobro, tym bardziej atakuje. Prześladowanie Kościoła dokonuje się na różne sposoby. Pierwszym jest przemilczanie tego, co Kościół robi, tej niesamowitej roli Kościoła w przemienianiu świata na bardziej ludzki, sprawiedliwy, radosny, w budowaniu królestwa prawdy, sprawiedliwości, pokoju i radości w Duchu Świętym. Takie są konsekwencje przyjmowania Ewangelii już na tym świecie! Dlatego trwa przemilczanie tego całego dobra. A jeśli nie uda się przemilczeć, następuje wyśmiewanie Kościoła. Popatrzmy, ilu jest zaangażowanych w to pseudosatyryków, aktorów, ile kabaretów. Chodzi o to, aby pomniejszyć rolę Kościoła, wykpić. Kolejna metoda to atakowanie ludzi Kościoła przez odbieranie mu dobrego imienia. Używane są do tego potworne kłamstwa. Kiedyś zarzucano księżom alkohol, materializm i nadużycia seksualne. Dziś także, a dodatkowo ubarwia się to i powiększa. Stosują takie "maczugi". Na polskich katolików: maczuga antysemityzmu. A przecież to jest nieprawda, że Polacy są antysemitami. Druga maczuga na ludzi Kościoła to homoseksualizm, pedofilia, słowem - sprawy szóstego przykazania. To przecież obrzydliwe kłamstwo. To, że gdzieś coś się zdarzy, nie znaczy, że tak jest wszędzie. To, że jeden lekarz źle zoperował, nie znaczy, że wszyscy lekarze są "mordercami". Te maczugi idą w ruch stopniowo, najpierw odbiera się dobre imię, później dochodzi nawet do zabójstw. Ilu księży zamordowano w Polsce w czasach komunizmu? Ile tysięcy na świecie, chociażby w Meksyku, Hiszpanii. Ilu zginęło w łagrach przez sowiecki komunizm? Ilu zgładził system hitlerowski? A i obecnie 170 tys. chrześcijan rocznie jest zabijanych za to, że wyznają Chrystusa. I o tym się milczy! To jest zaplanowane przemilczenie. Jeśli się zła nie piętnuje, to znaczy, że się je popiera.


Piętnowanie zła wymaga odwagi, zwłaszcza gdy jest się na tzw. świeczniku.
- Naturalnie, zawsze łatwiej było współpracować ze złem. Można nawet iść tak daleko, jak pewien ksiądz, który zrzucił sutannę i pisze w pewnym tygodniku razem z mordercą ks. Popiełuszki, odbierając dobre imię duchowieństwu i Kościołowi. Chciałbym w tym kontekście zwrócić uwagę na jeszcze jedno poważne niebezpieczeństwo. To, o czym powiem, jest robione w aksamitnych rękawiczkach, niedostrzegalne. Otóż centrale antyewangelizacyjne sterują niszczeniem Kościoła nie tylko przez przemilczanie dobra, jakie czyni, wyśmiewanie go, atakowanie w mediach, aż po zabójstwa, ale także przez coś, co nazwałbym rozwadnianiem nauki Chrystusa. Z ich strony idzie następujący przekaz: "Bądźcie sobie katolikami, ale nie pokazujcie tego w swojej pracy, życiu, zwłaszcza w życiu publicznym. Nie pokazujcie, że zachowujecie przykazania. To jest sprawa prywatna. Trzeba być humanistą, wszystkich szanować i dobro, i zło, "Róbta, co chceta", "Hulaj dusza, piekła nie ma!". A zatem zrelatywizowanie wszystkiego, nie ma białego, czarnego, czerwonego, tylko wszystko jest rozmazane, także w nauczaniu Kościoła. To rozwadnianie dokonuje się także przez ubieranie się osób niebędących świadkami wiary w szaty katolików. Przypomnę, że "być świadkiem" to znaczy zachowywać się jasno: "Tak - tak, nie - nie, a co nadto jest, od złego pochodzi". Przykładem takiego rozwadniania jest nie tylko kanał religia.tv, ale także zachowanie prezydenta i rządzących. Przychodzą do kościoła, siedzą na uroczystych Mszach św., są witani przez celebransów, a co robią? Nie będę wymieniał nazwisk, ale jestem zszokowany. Obchodzimy właśnie drugą rocznicę wydarzeń w nocy z 9 na 10 sierpnia, tego szatańskiego bluźnierstwa, poniewierania krzyża pod Pałacem Namiestnikowskim. To odbywało się za zgodą katolików!


Których katolików?
- Prezydent Warszawy, która obnosi się z udziałem w ruchu Odnowy w Duchu Świętym. I prezydenta RP, który mówi, że jest katolikiem, ale opowiada się za aborcją, za in vitro, za zabijaniem najbardziej bezbronnych. A jakie są jego poglądy w sprawie tzw. związków partnerskich? A równocześnie nie tylko idzie do Komunii Świętej, ale jeszcze czyni to publicznie, na oczach katolików. To jest zgorszenie. To jest rozwadnianie nauki Kościoła. Ludzie patrzą i myślą: "Wolno prezydentowi, to dlaczego nie mnie? Widocznie Kościół to popiera". Ja nie wiem, może prezydent był u spowiedzi, przyrzekł poprawę, ale dopóki jej owoców nie widać, powstaje zgorszenie. Ten sam prezydent pisze listy na ingresy biskupów. Ludzie to słyszą, to ich wprowadza w błąd. Jednocześnie ludzie prezydenta blokują miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam. To jest laicyzacja, niszczenie Kościoła, rozmazywanie, rozwadnianie nauki Kościoła, w istocie sprytna antyewangelizacja. Nauką Kościoła trzeba żyć! To jest nauka Chrystusa! Trzeba być świadkiem! Świadek nie może być chorągiewką na dachu, która odwraca się tak, jak wiatr zawieje. Świadek jest jak latarnia morska, która pomaga płynącym dojść do bezpiecznego celu, jaśnieje w ciemnościach.


To także zadanie dla katolików w mediach?
- Naturalnie. Ale jest problem z tymi, którzy idą na układy, tworząc media pseudokatolickie. Kanał religia.tv nie ma w nazwie, że jest katolicki. Religia może być różna, więc rodzi się pytanie, jaka religia? Nie tylko nie wolno rozwadniać nauki Kościoła, ale także same media katolickie nie mogą być mediami mętnymi. Muszą być jak światło w ciemności. Koncern ITI, właściciel kanału religia.tv, nie jest centralą ewangelizacyjną. Prowadzi raczej antyewangelizację.


Takich problemów nie mają widzowie Telewizji Trwam.
- Telewizję Trwam prowadzi Fundacja Lux Veritatis. Jej celem statutowym jest ewangelizacja poprzez media, dlatego założyła tę telewizję. Jest taka zasada w Kościele, że zakonnik cokolwiek nabywa, dla zakonu nabywa. Nie może mieć nic prywatnego. Cokolwiek zrobię, to jest dla zakonu i z zakonem. Są różne formy i narzędzia pomagające nam w realizacji celów naszego zgromadzenia. Zgromadzenie Ojców Redemptorystów ma za cel misję, ewangelizację. To jest zgromadzenie misyjne. Redemptoryści są w 77 krajach świata, mają tam stacje radiowe i telewizyjne, Radio Maryja nie jest jedynym. Mówienie "Radio Ojca Rydzyka" jest zwykłą manipulacją. To jest Radio Zakonu Redemptorystów. Tak samo kwestia własności Telewizji Trwam jest bardzo jasna. Co zaś do finansów, jesteśmy kontrolowani przez państwowe organy, składamy sprawozdania i zapewniam, że kontrolują nas nadzwyczaj dokładnie. Te media utrzymują ludzie, katolicy, tak jak utrzymują swoje parafie. Dzięki ludziom te katolickie media istnieją.


Niektórych wzburzyło porównanie duchownych, którzy okazują całkowitą spolegliwość wobec władzy świeckiej, do księży "patriotów" z czasów komunistycznych.
- To jest nawet gorsze od księży "patriotów", to współczesne chodzenie na układy z antyewangelizatorami! Bo w tamtych komunistycznych czasach owi księża niejednokrotnie szli na współpracę pod wpływem pistoletu przy głowie, szantażu, prób odebrania życia. Pewien ksiądz powiedział do misjonarzy: "Ojcowie, nie mówcie nic, co by mogło być źle widziane przez władze, bo ja muszę im ze wszystkiego zdać sprawozdanie". A na to jeden z księży: "To proszę im nie mówić!". Wtedy on odpowiedział: "Jeśli nie ja, to inni powiedzą. Żebyście wiedzieli, jak oni strasznie biją". To był biedny człowiek. Był sam i musiał przejść przez to piekło. Podpisał, ale uczciwie ostrzegł: "Uważajcie!". To była wielka odwaga z jego strony. A teraz?  
Teraz zdarzają się wśród duchownych takie "maskotki mediów liberalnych". Co prawda nieliczne, ale widoczne w mediach. Występują tam przeciwko biskupom, nawet przeciwko nauczaniu Ojca Świętego.I oni nie mają pistoletu przy głowie. Dlaczego to robią? Może osiągają jakieś korzyści? Może chcą błyszczeć, imponuje im przynależność do tego towarzystwa? To są fakty. Dlatego mówię, że to nie jest w porządku, to nie jest zgodne z nauczaniem Kościoła, aby iść do antyewangelizatorów, ludzi, którzy niszczą Polskę, polskiego ducha, i korzystać z ich pieniędzy, wpływów. Ludzie myślą, że religia.tv to kanał katolicki, a właścicielem tej stacji jest ITI, potęga medialna. Popatrzmy, co tam mówią o Kościele, jak szkodzą, jak drwią, jak podstępnie interpretują fakty, w sposób nieobiektywny, nieszczery, jak się ubierają w szaty spowiedników ludzi Kościoła, jak chcą być tymi, którzy prowadzą Kościół. Jak krytykują Ojca Świętego Benedykta XVI i podważają nauczanie Kościoła.


Jeden ze znanych księży stwierdził ostatnio, że królestwa Bożego nie zbuduje się na nakazach i zakazach. "Jeśli prawda nie pociągnie siłą samej prawdy, nic z tego nie będzie". Czy można nakazy i zakazy przeciwstawiać prawdzie?
- Dostrzegam w tym niezrozumienie Kościoła. Kościół głosi Ewangelię z wielką miłością. Tu nikt nikogo nie zmusza, nie ma w Kościele takich metod. Są prawda i miłość. Nie ma miłości bez prawdy ani prawdy bez miłości. Tego nie należy przeciwstawiać. Przykazań nie należy przeciwstawiać miłości. Co to jest przykazanie Boże, owe nakazy i zakazy? One są jak znaki drogowe, które mówią: "Uważaj! W tę stronę idź, nie inaczej, bo źle skończysz! Nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił". To jest ukazywanie prawa naturalnego, normalności. Jeżeli nie ma normalności, to jest nienormalność. W nienormalności nie można żyć. Jest taka zasada: zło, jeśli człowiek żałuje, Pan Bóg przebaczy, ludzie o nim zapomną, ale natura się zemści, jeśli podważymy jej prawa. Prawdy nie wolno chować pod korcem, spychać z przestrzeni publicznej. I nie wolno nią manipulować. Trzeba mówić całą prawdę, ale z szacunkiem do człowieka, z całym poszanowaniem jego godności i wolności.


Dziękuję za rozmowę.

17 sierpnia - Święty Jacek, prezbiter

Święty Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki Jacek pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim - został mianowany nim przez stryja Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą.
W 1215 r. biskup Iwo poznał się ze św. Dominikiem Guzmanem, przy okazji Soboru Laterańskiego. Iwo był tam wysłany jako kanclerz księcia Leszka Białego. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik przysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Zmarł wtedy arcybiskup gnieźnieński Henryk Kietlicz (+ 22 marca 1219) i papież mianował Iwona na jego miejsce. Iwo udał się do Rzymu, by prosić papieża Honoriusza III, by go zostawił na stolicy, w której rządził dopiero od roku. Po pomyślnym załatwieniu sprawy Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.

Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Obowiązuje on w zakonie św. Dominika dopiero od 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w centralnym klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów Jacka i bł. Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej w ekstazie uniesionego w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Chociaż nowicjat wówczas nie obowiązywał jako konieczny, zapewne po obłóczynach, których dokonał sam św. Dominik, Jacek i Czesław odbyli półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika.
Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią, św. Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji.
W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, bł. Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier.
Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u Kanoników Regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa.
Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać pod drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.

Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan Saski) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Jacek z towarzyszami zamieszkali początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Już w zimie 1222 r. odbyła się konsekracja nowego kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument aktu fundacji zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż po wydaniu dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet już o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa.
w roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Jeśli kapituła prowincji uchwaliła w 1226 r. założyć klasztory dominikańskie w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło to być zasługą Jacka. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłać dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku roku założył tam klasztor, a w roku 1230 - drugi w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu.
W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się w dalszą podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Wtedy to wydzielono 6 klasztorów jako prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba wszystkich dominikanów wynosiła ok. 50.

W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu przyjął dominikanów życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu.
Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi - Wita. Obaj do dekretu Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny jednak swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w samym Kijowie (po roku 1228). Musiała ta misja rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski podburzony przez prawosławnych kniaziów zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235).
Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Krzyżacy zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała dominikanie chętnie pospieszyli Krzyżakom z pomocą z klasztorów w Gdańsku, z Chełmna i z Płocka. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław, jako ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.

Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jadźwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jadźwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa.
Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka - lektor dominikański, o. Stanisław - wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z roku 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.

Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może, forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach - 8, a 10 klasztorów - na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.

Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: "W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych". Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem wojny o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Ich skutkiem było, że papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji.
Jak głosi tradycja (źródła historyczne niewiele mówią o Jacku), Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: "Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?" "Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?" Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą "Matki Bożej Jackowej".

W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.

Ks. Marek Poryzała - gościem w naszej parafii

W swoim czerwonym citroenie ma wszystko – wino, olej dla chorych, wodę do obmywania, pismo święte, książki i święte obrazki. W drodze słucha muzyki hip-hopowej. Ks. Marek w swojej duszpasterskiej pracy postawił na resocjalizację nie tylko tirówek, ale i ćpunów,gejów, alkoholików. 
– Nie jadę po loda, nie polecam nikomu takich usług. Jestem jedynie duchowym alfonsem prostytutek – mówi 48-letni ksiądz. – Tych prawdziwych alfonsów się nie boję, bo w tej pracy Jezus mnie nie opuszcza. A pod swoją opieką mam 12 bułgarskich „apostołek” Przygotowuję je do tego, by po powrocie do swoich domów były gotowe do pójścia do popa czy seksuologa. 

Sylwia wyspowiadała się po roku. Wytrzymała przez jakiś czas w czystości, potem znów nagrzeszyła. – Była w depresji, chciała wrócić do dzieci, Boga, do samej siebie, jak każda z nich – zdradza ksiądz. Rok temu duchowny postanowił napisać kolejną książkę o zagubieniu w życiu. Postanowił zaciągnąć informacji u źródeł, czyli na trasie DK1. 
– Jak jadę do dziewczyn, to wcześniej uczestniczę w eucharystii, odmawiam cztery różańce i poszczę. Jem tylko jeden owoc dziennie, jedną kromkę chleba i piję szklankę rozcieńczonego wina – zdradza ksiądz. – Dlatego poszczę, żeby nie było żadnych pokus i jakiejś wyobraźni. Zazwyczaj przemierzam 80 kilometrów. 
Duchowny przywozi kobietom lekkich obyczajów cukierki, jabłka, zawozi je do baru na herbatę. Jednej załatwił nawet mp3. Ale i rozdaje święte obrazki – z Jezusem Miłosiernym i św. Faustyną. Dwie z nich zadeklarowały już poprawę. Wyspowiadały się. Chcą wrócić do swoich domów. – Mam w Bułgarii dwoje dzieci, ale tam pracy nie ma. Podobnie jak i w Polsce, zostaje więc trasa – zdradza jedna z prostytutek. – Ksiądz ze mną rozmawia i modli się. Ale na nawrócenie nie jestem jeszcze gotowa. 
Ksiądz zajmuje się także modlitwami o uwolnienie. Czatuje po seksualnych, gejowskich czatach. Ma swoją stronę internetową www.grzechy.com „Twój techniczny przegląd duszy”. – Przestrzegam te osoby przed złem, a złe duchy wychodzą z człowieka po moich modlitwach – dodaje. Jego marzeniem jest uruchomienie Pustelni Jana Pawła II w Brennej. 

– Chcę kupić gospodarstwo i przerobić je na taki ośrodek, w którym przez trzy miesiące mogłyby się resocjalizować pod moim okiem prostytutki, alkoholicy, ćpuni. Na razie zarabiam na to książkami – dodaje. Pomysł na księdza zrodził się w podstawówce. Wtedy już poszukiwał drogi, która dałaby mu start do lepszego życia. Ma siódemkę rodzeństwa. – W wieku 14 lat poszedłem do zakonu, bo tam czesnego nie trzeba było płacić – wspomina. – Przez dwa lata byłem bratem szkolnym, potem poszedłem do studium katechetycznego i wyjechałem z woj. łódzkiego do pomorskiego. Nie miałem święceń, przez cały czas mówiłem Panu Jezusowi „odczep się ode mnie”, ale Jezus był wytrwały i czekał na mnie. 

Kiedy został świeckim katechetą, przez trzy lata pracował z trudnymi dziećmi w Świeciu nad Wisłą. Miał pod opieką 50 urwisów. Dość często odwiedzał ich zdemoralizowane rodziny, pracował nad ich duchowym uzdrowieniem. Potem zainspirował go Jan Paweł II i zmienił zdanie o swoim powołaniu. Po śmierci papieża zaczął przygotowywać katechezy na temat Ojca Świętego i jego nauki. Do dziś słowaJana PawłaII towarzyszą mu w codziennym życiu. – Święty nie byłem. Miałem dziewczynę Anię, ale skończyła ze mną, gdy dowiedziała się, że nie będę zakonnikiem prawosławnym, bo i takie miałem plany – zdradza. Pod koniec lat 90. trafił na parafię w Częstochowie. Został księdzem-praktykantem. W 2001 roku ks.Marek przyjął święcenia kapłańskie. – Częstochowscy księża przyjęli mnie z otwartymi rękami, chcę im za to podziękować, bo podejrzewano mnie wcześniej o ćpuństwo – dodaje. 

"Cywilizacja guzika"

Masz ci los! Nie tak dawno Mika Brzezinski, prezenterka jednego z dzienników ważnej stacji amerykańskiej telewizji odmówiła podania jako informacji dnia, że Paris Hilton wychodzi z więzienia. Zrobił się z tego prawdziwy news i szereg ważnych dzienników podało go w serwisie dnia. Rozumiem prezenterkę, dla której kolejny etap przygód łóżkowo-rozrywkowo-jakichśtam jeszcze nie jest faktem do odtrąbienia po całej kuli ziemskiej. Z drugiej jednak strony wspomniana aktorka oraz inne piosenkarki czy sportowcy tworzą współczesny olimp. Gwiazdy, gwiazdeczki, kometki i meteoryty show-biznesowe kreują dzięki massmediom mitologię współczesnego świata, stają się wzorami do nieraz zupełnie bezkrytycznego naśladowania, miarą szczęścia i sukcesu życiowego.

Bardzo często wobec zalewu tego typu zainteresowań i informacji chrześcijanin czuje dziś bezradność. Jak ma się przebić z prawdą Ewangelii? Może jest ona niemedialna? I często taka konfrontacja powoduje albo całkowitą bierność połączoną z ukrywaniem swych religijnych poglądów, albo prowadzi do mentalności gettowej – obwarowania w tym, co wydaje się jedynie chrześcijańskie, katolickie, kościelne. Często ta druga postawa łączy się z szukaniem wrogów ukrytych we własnych szeregach. Chrześcijanin staje się zmęczonym rycerzem, a przecież nie tylko miecz i tarczę ma dzierżyć. Pilota od różnych urządzeń też.

Guzik i jego królestwo

Dzisiejsza pop-kultura rozwija się w cywilizacji nazywanej przez niektórych filozofów „cywilizacją guzika”. Wszystko jest poddane naszej woli, każda maszyna ma ten jeden ważny wyłącznik albo sterowana jest za pomocą pilota, który obsługujemy, który stanowi o naszej władzy. Guziko-władcy! Naciskamy guzik i maszyny od razu realizują naszą wolę. I tak do czasu od naciśnięcia przycisku do realizacji zamówienia ogranicza się nasza cierpliwość. Powoduje to, że wszystko, co spotyka człowieka w życiu, musi być po pierwsze użyteczne, a po drugie skuteczne. To oczekiwanie chętnie przerzucamy na kontakty z innymi ludźmi.

Zapewne niejednokrotnie zauważyliśmy, że podczas rozmowy z przypadkowo spotkanym znajomym zaczynamy się denerwować, pozostając zbyt długo w roli słuchacza. Rozmowa ma być skuteczna – informacje, parę pozdrowień, miłych słówek i dalej. Guziko-władca jest nastawiony na możliwość wyłączenia urządzenia, które nie jest potrzebne w danym momencie. A człowieka się nie da, ot tak, wyłączyć. Dobrze, gdy pokornie słucha on komunikatu guziko-władcy, gorzej, jeśli sam ośmiela się mówić i oczekuje wysłuchania.

Nieumiejętność słuchania guziko-władcy to jego znaczące kalectwo. Prowadzi ono do utraty zdolności porozumiewania się z innymi ludźmi oraz – nierzadko – trudności także w życiu religijnym, np. na modlitwie czy podczas spowiedzi. Boga także nie można dowolnie włączyć i wyłączyć. On, mówiąc poprzez sumienie i słowo, choćby to głoszone w trakcie niedzielnych liturgii, nie tylko nakazuje właściwe postępowanie, ale jeszcze domaga się, aby słuchać rzeczy niemiłych. A my, guziko-władcy, nawet jeślibyśmy chcieli Go posłuchać, często nie wiemy, jak to zrobić.
Coraz częściej nasza podstawowa codzienna komunikacja sprowadza się do SMS-ów i rozmów przez komórkę. Dają one pozór bliskości (bo mogę, przebywając w domu, rozmawiać z osobami, które znajdują się w każdym niemal miejscu kuli ziemskiej), ale takie porozumiewanie się z reguły jest powierzchowne, bo przecież też guziko-władne. W konsekwencji człowiek napotyka coraz większe trudności w mówieniu o problemach ważnych i w rzeczywiście głębokim kontakcie z rozmówcą.

Szybkość i powierzchowność komunikacji oraz porównywanie spotykanych ludzi do reprezentantów show-biznesowego olimpu sprawia, że zaczynamy „ślizgać się” po rozmowach, a ostatecznie i po ludziach. Zauważamy, jak nasz rozmówca jest ubrany, jakich używa perfum, ale często nie potrafimy powiedzieć, co właśnie przeżywa i z jakimi zmaga się problemami, ani też jak możemy się z nim spotkać. Nie wiemy o nim nic. Człowiek bywa wtedy traktowany jak telewizor albo komputer: pozostajemy przy nim, jeśli proponuje ciekawe komunikaty, ale gdy tylko przestają być one interesujące, korzystamy z guzika, zmieniamy program albo kanał, przechodzimy na kolejną stronę www czy też najzwyczajniej przestajemy korzystać z komunikatora. Przykro – jeśli dotyczy to znajomego spotykanego podczas spacerów z psem, dramatycznie – jeśli zawieszamy dialog z najbliższymi osobami, przeraźliwie – gdy traktujemy Boga jako nudziarza.

W poszukiwaniu bliskości

Guzikowa władza nie eliminuje wszakże tęsknoty za bliskością drugiego człowieka. Pojęcie o niej kształtują wszakże życio-mity gwiazdek show-biznesu. Jest odlotowo, fajnie, jest chemia, magia, klimat, czyli jest miła chwila, bliskość ciał i psychiczne odprężenie, mierzone stwierdzeniem: „Z nim/nią to się dobrze czuję”. A potem wielka rozpacz, bo chwila minęła i przypłynęła rzeka codziennych trudnych spraw. I nie ma klimatu ani odlotu.

Jednak to nie tylko inni mają być „odlotowi” dla mnie, również oni stawiają mi podobne wymagania. Konieczność bycia stale atrakcyjnym w kontaktach z innymi zmusza do nieustannego sprawdzania się, ciągłego porównywania się z nimi. Muszę się rozwijać jak inni, ba, nawet bardziej i intensywniej. W ten sposób zaczyna dominować model „człowieka kuli”, który winien się rozwijać we wszystkich kierunkach. Uwidacznia się to już w kształceniu dzieci: mają one biegle mówić po angielsku i francusku, jeździć konno, pojąć sztukę fechtunku, tańczyć, znać biologię i świat teatru... Kultura bardzo często stawia dzisiaj człowieka w centrum. To on ma być tym, który o wszystkim decyduje. I bardzo często w takiej pozycji ustawia się też wobec Pana Boga, który ma tylko pomóc w odniesieniu sukcesu. Relacja z Nim ma stanowić zaledwie jedną z osi rozwoju, i to tylko wspomagającą.
Rozwijający się człowiek, prawdziwy guziko-władca, choć wyposażony w różne instrumenty elektronicznego kontaktu, w znajomość języków obcych, możliwość przemieszczania się po całym świecie, przymioty niezbędne do bycia królem towarzystwa, bardzo często czuje się samotny i wyobcowany. Coraz częściej słyszymy o tragicznych wypadkach w gimnazjach, gdzie obok sprawców dojmującego zła byli także niemi świadkowie, całkowicie bierni, jakby osoba cierpiąca była dla nich zupełnie obojętna. A zatem mamy samotność ofiary i obcość ludzi, którzy są świadkami wydarzającego się zła. Tu nie wystarczy przyciśnięcie guzika odpowiedniej maszyny, urządzenia. Odpowiedni przycisk trzeba znaleźć we własnym wnętrzu. Sytuacje takie wskazują na pogłębiające się doświadczenie osamotnienia człowieka wobec zła, które czyha w różnych przestrzeniach życia społecznego i osobistego.

Idące w parze poczucie osamotnienia i wyobcowania często prowadzą do zamknięcia się człowieka w sobie, ale mogą być również powodem do poszukiwania drogi ku światłu i odkrywania prawdy, że człowiek nie jest sam. Samotność staje się wówczas wyzwaniem do odkrywania wyzwalającej religijnej relacji do Boga.

Wysiłek wiary

Chrześcijaństwo także chce, aby człowiek odniósł sukces, jednak proponowana przezeń miara sukcesu jest zupełnie inna, zakłada ono bowiem model stożka: owszem, rozwijaj się, ale w taki sposób, abyś coraz bardziej zbliżał się do centralnej osi, którą jest relacja z Chrystusem, a nie od niej uciekał w pragnienie samospełnienia. Bywa jednak tak, że od Chrystusa oczekuje się jedynie komfortu psycho-duchowego: Ewangelia ma potwierdzać wartość człowieka, jego znaczenie w oczach Bożych. Przy tym nie chce on słyszeć o wymaganiach, nie potrzebuje pouczeń, a jedynie żąda pomocy w rozwiązywaniu swoich problemów. Bóg kocha człowieka, ale także pokazuje prawdę o życiu. Wskazuje drogę do przełamania obcości i samotności, ale ma to być wysiłek dążenia po szlaku przez Niego wskazanym, a nie naciśnięcie jednego z dostępnych guzików.

Niektórzy ludzie chcą bowiem przyjmować wymagania chrześcijaństwa, tak jak się bierze samochodów w leasing: „Dobrze, proszę ojca, spróbuję, może będzie mi to odpowiadać”. Ja mówię na to: Powoli! Ewangelia to nie samochód. Nie można wziąć jej w leasing i za pół roku czy dwa lata odstawić, bo nie pasuje, i rozpatrzyć inną możliwość. Trzeba wybrać i zdecydować się na bycie z Chrystusem!

Bywa też tak, że od religii oczekuje się efektu terapeutycznego: „Ale świetna spowiedź, czuję się o wiele lepiej”. Nie można jednak doświadczenia religijnego mierzyć jedynie skalą własnych uczuć, bo dobre samopoczucie może być uwarunkowane przez wiele różnorodnych czynników – wypicie wspaniałej kawy albo wysokie ciśnienie baryczne – i niekoniecznie mieć jakikolwiek związek z rzeczywistym doświadczeniem bliskości Boga.

W doświadczeniu religijnym potrzeba wiary, potrzeba prośby o przymnożenie wiary, aby nie pozostać wyłącznie na poziomie sentymentalizmu, co niestety bardzo często się zdarza: „Proszę ojca, nie czuję, że Bóg tu jest, więc pójdę poza kościół, na górkę, tam czuję Boga”. A jeśli będzie padać i tam też nie poczuje się Jego obecności, to gdzie należy pójść? Tu pojawia się kolejny wymiar dzisiejszej kultury – wszechdominacja subiektywnego poczucia.

A przecież Chrystus, kiedy wisiał na krzyżu, nie miał dobrych uczuć, a właśnie wtedy był najściślej zjednoczony z Ojcem. Również Ojciec Pio, który przeżywał tyle cierpień, nie był bez przerwy radosny i pełen sympatycznych uczuć, ale codziennie podejmował wysiłek wiary. Nie można bowiem wiary utożsamiać jedynie z uczuciem ani z wrażeniem danym właśnie w tej chwili.

Samarytański model bliskości

W życiu duchowym bardzo rzadko się zdarza, że w jednym momencie, w jednej sekundzie można rozwiązać jakiś problem. Życie duchowe to pewne itinerarium, droga – pełna wysiłku i trudu. Ojciec Pio mówił, że ludzie w różnym tempie zbliżają się do Boga: jedni idą pieszo, inni jadą pociągiem. Ważne jest jednak, żeby wszyscy utrzymali właściwy kierunek. Owszem, w życiu duchowym istnieją również błyskawiczne, znaczące nawrócenia, ale później za tym doświadczeniem idzie zwyczajny, codzienny wysiłek, prosty jak różaniec odmawiany po długiej pracy, jak gest cierpliwości uczyniony wobec męża, żony czy dziecka.

W drodze przez codzienność, w pielgrzymce ku Bogu chrześcijanin nie jest i nie może być odizolowany od współczesnej kultury. Ma jednak dobrze rozpoznać w niej ślady Bożej obecności, a więc powinien być uważny i odważny. Nade wszystko jednak winien pielęgnować przyjaźnie i tworzyć wspólnoty. Potrzebny jest ten charyzmat spotkania, by móc się spotykać w grupie przyjaciół Boga, którzy w różnych zawirowaniach wypływających z naszej kultury wzajemnie się wspierają: modlitwą, obecnością, towarzyszeniem, dobrym słowem. Dobrze, jeśli uczą się wzajemnie odkrywać to, co wartościowe we współczesnej pop-kulturze.

Myślę, że ta atmosfera bliskości opierającej się na przyjaźni wzajemnej i przyjaźni z Bogiem przeżywanej na modlitwie, na słuchaniu słowa Bożego, na wspólnej celebracji sakramentów będzie przyciągać innych. Bo potrzeba dzisiaj, aby chrześcijanie przełamywali obcość i samotność, która wielu z nich dotyka.

Chrześcijaństwo bowiem pokazuje bliskość inaczej rozumianą. Ukazuje ją Chrystus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: pobity przez zbójców, leżący przy drodze człowiek nie był ani fajny, ani miły, ani kontakt z nim nie budził wspaniałych uczuć, dlatego zarówno kapłan, jak i lewita go minęli. Jedynie Samarytanin dostrzegł w nim człowieka, dostrzegł w nim kogoś, kto potrzebuje pomocy. Na tym właśnie polega prawdziwe przeżywanie bliskości: odkrycie godności człowieczeństwa, odkrycie potrzeby relacji z kimś, kogo muszę spotkać, komu mam coś do ofiarowania.

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap

Grzech...

Grzech w XXI wieku?

Kiedy mówi się dzisiaj słowo "grzech", u bardzo wielu ludzi budzi to uśmiech politowania. Grzech? W XXI wieku? Już nawet w poprzednim stuleciu śmiano się z tego pojęcia. 

To jest prosta konsekwencja tego, że nie uznaje się prawdy przypomnianej przez bł. Jana Pawła II - prawdy, która jest czymś oczywistym, przynajmniej dla nas, wierzących. Bóg stworzył świat i swemu rozumnemu stworzeniu nadał pewne prawa, których człowiek miał przestrzegać, aby dobrze wypełnił swoje zadania. Poprzez przezwyciężenie problemów i kłopotów, które istnieją na tym świecie i są skutkiem grzechu pierworodnego człowiek ma dojść do wiecznej szczęśliwości w niebie. To może wygląda trochę stereotypowo, ale naprawdę o to chodzi. My dążymy do szczęścia i chcemy go, a wszystkie nasze poszukiwania na ziemi (nawet czasem nieetyczne) nie mają na celu niczego innego, jak tylko tego, że człowiek – dłużej czy krócej – chce być szczęśliwy. 

Czasem człowiek myśli bardzo długofalowo, i postępuje tak, żeby zapewnić sobie szczęście teraz i w przyszłości. A czasem nie myśli o tym, co będzie dalej, a jedynie skupia się na tym, żeby było mu dobrze w danej chwili, czasami za wszelką cenę.

Napis "nie dotykać"

Czym właściwie jest grzech? Jak mówi katechizmowa definicja, jest to przekroczenie prawa Bożego i kościelnego, a grzech śmiertelny w rzeczy ważnej – to znaczy takiej, która powoduje wielki nieład wewnętrzny i nieład w otoczeniu. Jeżeli uznaję, że Bóg jest i ma prawo żądać i wymagać, to jasne jest, że jeśli przekroczyłem zalecenia Boga, sprzeciwiłem się Jego woli, to muszę być gotów ponieść konsekwencje swoich czynów.

Jeżeli na słupie elektrycznym widzimy napis "nie dotykać", a mimo wszystko sprawdzamy, czy to faktycznie niebezpieczne to ponosimy ryzyko zamienienia się w węgielek. Człowiek, który popełni grzech ciążki staje się trochę takim węgielkiem. To znaczy, że przekraczając przykazania Boże, człowiek stawia się w ten sposób ponad Boga. Trzeba jednak wiedzieć, że jedynie dobrowolne i świadome przekroczenie przykazania w rzeczy ważnej oddziela człowieka od Pana Boga. Jeżeli niedobrowolnie, ale w sposób przymuszony przez kogoś, albo nieświadomie - to jest wówczas inna sytuacja. Mówi się, że gdyby ludzie wiedzieli naprawdę, czym jest kara wiecznego odrzucenia, zapewne wiele razy zastanowiliby się zanim złamaliby jakiekolwiek przykazanie, zanim opuściliby Mszę Świętą w niedzielę, ukradli czy popełnili inny grzech.

Tak naprawdę ludzie są jak małe dzieciaki, które nie do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów, nie mają pojęcia, co to jest prawdziwa miłość Boga do człowieka wyrażona przez krzyż.

Z ufnością wracać na drogę wskazaną przez Boga

Konkludując, nie zwalamy winy na Pana Boga ani na Kościół. Jeśli żyjemy w świadomości, że Bóg jest, że wyznaczył pewną drogę postępowania, a człowiek świadomie i dobrowolnie od tej drogi odchodzi, to popełnia grzech śmiertelny albo ciężki. To jest równoznaczne z tym, jakby zadał śmierć duszy. 

Na szczęście jesteśmy poddani miłosierdziu Bożemu, mamy możliwość podniesienia się po każdym takim ciężkim grzechu. Nie życzę ani sobie ani nikomu innemu, popełniania grzechów ciężkich, a z całego serca życzę, że jeśli coś takiego się przytrafi, żebyśmy z ufnością wrócili na drogę wskazaną przez Boga. Dopóki ruszamy rękami, nogami, rozumem i sercem, zawsze możemy liczyć na miłosierdzie Boże.

o. Leon Knabit OSB

Żona nieślubna

Kto miłością nazywa grzech, ten grzechem nazywa Boga.

 

Jarosław Wałęsa żył „w związku”. Taki status deklarował na swoim Facebooku. Czyli że w konkubinacie. Aż tu nagle pod koniec lipca wpis się zmienił i europoseł zadeklarował, że jest „w związku małżeńskim”. Znajomi pośpieszyli z gratulacjami. A tu figa! Pan europoseł ich nabrał. Zrobił to wiedziony szlachetnymi pobudkami. Wraz ze swą „ukochaną Eweliną” doszedł bowiem do takiego oto wniosku: „nie podoba nam się obecny stan prawny w Polsce, który nie dopuszcza związków partnerskich”. Dalej leciało, że oboje solidaryzują się z „dyskryminowanymi”, i oczekują, że posłowie szybko zalegalizują związki partnerskie. Jarosław Wałęsa dodał: „Ja sam, z moją Żoną, ale mam nadzieję również przy Waszym wsparciu, będę Ich do tego namawiał”.

Rzecz jasna, takiej gratki nie przepuściła „Wyborcza”, która zrobiła z młodym Wałęsą wywiad. A w wywiadzie jeszcze lepsze kawałki. – Nad tematem związków partnerskich rozmyślałem już od dawna. I doszedłem do przekonania, że bycie katolikiem nie stoi w sprzeczności z chęcią unormowania w prawie związków partnerskich. Chrześcijaństwo to przecież religia miłości. A więc jeśli wierzymy w miłość, to dlaczego mamy kochającym się ludziom utrudniać spełnienie ich marzeń? – zwierza się ludzkości Jarosław Wałęsa.

Wałęsa „rozmyślał”. No cóż, katolik przecież. Duchowni zazwyczaj praktykują rozmyślanie przy porannym brewiarzu, a on… Hmm, no właśnie. Przy porannej kawie w łóżku z kobietą, która nie jest jego żoną?

Nie, no, ja naprawdę wierzę, że Wałęsa dużo rozmyślał. Zanim katolik wyprze się Chrystusa, świadomie wybierając życie w grzechu, to jednak najpierw musi sobie to jakoś uzasadnić i usprawiedliwić. Nie da się tak po prostu w jednej chwili odrzucić tego, w co się od zawsze wierzyło i gdy się ma za rodziców – jak to określił pan poseł – „konserwatywnych ultrakatolików”.

Do swojej zdrady trzeba sobie najpierw dorobić teologię. Jakąkolwiek, choćby tak prostacką i wyświechtaną jak ta, której użył europoseł, usprawiedliwiając dążenie do zguby miłością chrześcijańską.

W takim razie, panie pośle, Jezus Chrystus sprzeciwiał się tej miłości, gdy ostrzegł, że „każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5,28). Sprzeciwiał się miłości, gdy mówił skruszonym „nie grzesz więcej”.

Szkoda, panie pośle, że – skoro już pan zdecydował się żyć trwale bez łaski uświęcającej – nie wykazał przynajmniej pan tyle uczciwości, żeby milczeć. Jeśli nie stać pana, żeby się zachować po męsku i żyć w czystości, to przynajmniej niech pan nie opowiada farmazonów o miłości – i to miłości chrześcijańskiej.

Prawdziwa miłość to chcieć dobra drugiej osoby. Jakie dobro oferuje pan osobie ponoć kochanej, skoro oddala ją pan od Boga? Jakie dobro znajduje pan w ułatwianiu grzechu tym, których zepsuł pan bezwstydnymi deklaracjami?

Oj, zbierze pan teraz dużo pochwał od ludzi. Teraz to już na pewno nikt pana nie nazwie fanatykiem. Drzwi salonów otworzą się dla pana jeszcze szerzej niż dotąd.

Tylko co to panu pomoże?


FRANCISZEK KUCHARCZAK

15 sierpnia - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

Prawdę o Wniebowzięciu NMP ogłosił jako dogmat wiary papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w Konstytucji apostolskiej "Munificentissimus Deus":

"...powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej" (Breviarium fidei VI, 105)
Orzeczenie to Ojciec święty wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Orzeczenie to oparł nie tylko na dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny, ale także dlatego, że ta prawda była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.

Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. To oznacza, że święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę. Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to "jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny". W prefacji zaś są słowa:

Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa.
U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.:

Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (...) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna.

W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa:

W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani.

15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i Maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.

Bywają różne nazwy dzisiejszej uroczystości: Wzięcie, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi itp. Nie wszyscy Ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej Konstytucji Apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz "zasypiając", jak głosi wschodnia tradycja.

Niemniej jasne i stanowcze są wypowiedzi Ojców Kościoła. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):

I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.

Św. Ildefons (+ 667):

Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (...) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.

Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:

Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.

Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:

Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (...) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.
Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).

Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało jej zostało wzięte do nieba "jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania". Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów:

Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli.

Kazanie swoje kończy refleksją:

To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (...) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.

Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi:

Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.

Św. Andrzej z Krety (+ 740):

Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.

Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732) w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po jej wzięciu do nieba:

Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (...) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (...) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (...) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (...) nie może ulec śmierci.

Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi:

Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (...) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy. 
Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że "nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą", gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą.
Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, dwóm naturom, dwóm wolom (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o Wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.

Według przekazów Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa.
Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W tym apokryfie jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.
Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Początki święta sięgają już wieku V. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem M.B. Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści - Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico - w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję - król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).

W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.

14 sierpnia - Święty Maksymilian Maria Kolbe,
prezbiter i męczennik (poświęcenie obrazu dla naszej parafii o godz. 19.00, ufundowanego przez Pana Tadeusza SOBOLEWICZA z Krakowa, więźnia obozu Auschwitz)

Rajmund urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Jego rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę, gdzie w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień. Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do III zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Dzieci wychowywali karnie i pobożnie. Ojciec nawet należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był on jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: "Mundziu, co z ciebie będzie?" Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby mu Ona sama odpowiedziała, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy je chce. "Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boska mile na mnie spojrzała i zniknęła". Było to w kościele parafialnym w Pabianicach.
W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców udali się obaj do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady brat najmłodszy, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.
Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był on jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: "Mundziu, co z ciebie będzie?" Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby mu Ona sama odpowiedziała, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy je chce. "Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boska mile na mnie spojrzała i zniknęła". Było to w kościele parafialnym w Pabianicach.
W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców udali się obaj do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady brat najmłodszy, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.

Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec - do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał imię zakonne Maksymilian.
W tym okresie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki jednak roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni jednak, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Uniwersytecie Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji.
1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje Duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z dziełkiem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję.
Kiedy wybuchła I wojna światowa, Klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu i na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkróce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Potem założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914). W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jdnak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).

Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla jego realizacji jego członkowie mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian odtąd oddał się z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo. 8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny również ze stopniem naukowym doktora.
W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam osiem miesięcy, po czym przełożeni za poradą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 rr. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.
Przełożeni zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanejfranciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą drukarkę i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temuRycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5000 wzrósł do 70000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił.
Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. - w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20000, a grudniowy - 25000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono - Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół.
W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanejosiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik - nakład codzienny 137 tys., a niedzielny - 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowanoInformator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa.Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.

1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu. O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3000 miejsc dla wysiedlonych Polaków z poznańskiego, wśród których było ok. 2000 Żydów. Znowu zdołał o. Kolbe skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp.
17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź "wierzę", wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono o. Kolbego do oddziału "Krwawego Krotta", znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie. Ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportfuhrer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciała św. Maksymiliana nie ma. Zostało ono spalone w krematorium.
Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.
Jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz - jak powiedział Jan Paweł II - "naszych trudnych czasów".

W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony - czerwona i biała.

Krucjaty - zaczerniony wizerunek

W powszechnym obiegu słowo krucjata nie kojarzy się zbyt dobrze. Czy sprawiedliwie?

 

Według prof. Thomasa Maddena historycy, pisząc o krucjatach, często przyjmowali założenie, że były one „dzieckiem skąpstwa i chciwości”. Czy tak było naprawdę? Czy pobudki krzyżowców były rzeczywiście przyziemne?

Nowe ujęcie Thomasa Maddena

Faktografia wydarzeń związanych z przebiegiem wypraw krzyżowych, dzięki pracom wielu historyków, jest stosunkowa dobrze znana. Natomiast oceny pobudek krzyżowców budzą spory. Te kładące nacisk na sprawy materialne powstały przede wszystkim pod wpływem Stevena Runcimana i jego fundamentalnej pracy „Dzieje wypraw krzyżowych”, opublikowanej w pierwszej połowie lat 50. XX wieku. To właśnie Runciman ukształtował obraz krucjat funkcjonujący do dzisiaj w powszechnym odbiorze, przedstawiający krzyżowców jako ignorantów i barbarzyńców, którzy chcą zniszczyć „wyrafinowaną kulturę Wschodu”. Runciman doszedł nawet do wniosku, że wyprawy były „długim pasmem nietolerancji w imię Boga, co jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Taki czarny wizerunek przenosili na karty swoich dzieł autorzy powieści i filmów. Jednak od czasu pierwszego wydania „Dziejów wypraw krzyżowych” minęło sporo czasu i wizerunek ten w wielu aspektach został podważony przez innych historyków zajmujących się historią krucjat. Tyle że to nowe spojrzenie jakoś nie może się przebić do powszechnej świadomości. Dlaczego?

W 2005 roku prof. Thomas Madden, amerykański autor wielu książek i publikacji poświęconych czasom krucjat, opublikował wydaną również w Polsce „Historię wypraw krzyżowych. Nowe ujęcie”. Wyjaśnia w niej, skąd bierze się niegasnący wpływ dzieła Runcimana na społeczną świadomość. To, że Runciman jednoosobowo ukształtował popularny dziś wizerunek krucjat, wynika z faktu doskonałej znajomości źródeł kronikarskich, ale jeszcze większe znaczenie miał niesłychany talent narracyjny tego historyka. Madden nie waha się postawić tezy, że obraz wypraw krzyżowych Runcimana zawdzięczał wiele sławnemu pisarzowi sir Walterowi Scottowi.

Chodzi o niezwykle popularną w swoim czasie powieść Scotta „Talizman” z 1825 roku, w której sułtan Saladyn, pogromca krzyżowców pod Hattin, został wykreowany na wojownika bez skazy, mądrego i tolerancyjnego. Jego przeciwnika, Ryszarda Lwie Serce, Scott przedstawił jako brutalnego, ulegającego namiętnościom zbira. Muzułmanie w powieści to ludzie oświeceni i miłujący. To obraz nieodległy od tego, jaki mogliśmy oglądać niedawno w głośnych filmach „Królestwo niebieskie” Ridleya Scotta czy szwedzkich „Templariuszach” Petera Flinta.

Niedorzeczna wojna?

Swój udział w tym wizerunku miał też wpływ marksizmu. Wielu historyków, nawet niemarksistowskich, przyjęło założenie, że krucjaty były motywowane przed wszystkim czynnikami ekonomicznymi, przeludnieniem Europy i niedoborem dostępnych zasobów, przedsięwzięciem nastawionym na zysk, owym „dzieckiem chciwości”. Jednak badacze od dawna wskazywali, że wyprawy krzyżowe nie tylko nie wywarły korzystnego wpływu na europejską gospodarkę, ale ją uszczupliły. Po ostatecznej likwidacji państw krzyżowców w 1291 roku świat muzułmański był coraz potężniejszy i za panowania sułtanów osmańskich najeżdżał zachodnią Europę. Madden dowodzi, że wyprawy krzyżowe stanowią symptom upadku chrześcijańskiego Zachodu, zmuszonego organizować desperackie wyprawy, aby bronić się przed ciągłą ekspansją imperiów muzułmańskich. Idea wypraw krzyżowych, podobnie jak rekonkwista, narodziła się wskutek muzułmańskich podbojów ziem chrześcijańskich.

Jonathan Rile-Smith w swojej „Historii krucjat” podkreśla, że w dzisiejszych czasach w popularnym odbiorze istnieje skłonność do rozważania krucjat w kategoriach wielkiego sporu między wyznaniami, napędzanego fanatyzmem religijnym. Jednak w przypadku pierwszych krucjat taki sposób myślenia nie znajduje uzasadnienia. Madden słusznie zauważa, że w świecie pooświeceniowym idea wojny religijnej zdaje się niedorzeczna, głównie dlatego, że większość ludzi nie wierzy już w to, iż poglądy religijne mają wpływ na nasze postrzeganie świata czy nasze miejsce w nim. Zamiast walczyć za patriotyczną wizję państwa narodowego, średniowieczni Europejczycy maszerowali, aby walczyć za Chrystusa i byli gotowi poświęcić życie w obronie tego, co uważali za największą świętość.

Krucjaty zsekularyzowane

Odrębne miejsce w ruchu krucjatowym zajmuje katastrofalna w skutkach IV wyprawa krzyżowa z 1204 roku. Zamiast do Ziemi Świętej krzyżowcy skierowali się do Konstantynopola, zdobywając i łupiąc stolicę cesarstwa. Jak pisze bp dr hab. Grzegorz Ryś w swoim „Roku 1204”, papież Innocenty III, jeden z największych papieży polityków w dziejach Kościoła, ani przez moment nie wierzył w „religijne” motywy Wenecjan, ani w obietnice pretendenta do cesarskiego tronu Aleksego Angelosa, syna zdetronizowanego i oślepionego przez własnego brata w roku 1195 cesarza Izaaka II. Młody Angelos prócz olbrzymiej sumy za odzyskanie tronu obiecał też zakończenie schizmy rozdzierającej chrześcijaństwo. Innocenty III inspiratorów akcji widział w Wenecjanach. Na ich życzenie krzyżowcy zdobyli najpierw należący do króla Węgier port Zara, za co papież ich ekskomunikował. „I nikt z was niech się lekkomyślnie nie zaślepia, że może godziwie zajmować i grabić ziemię Greków, ponieważ ci odmawiają należnego posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej, a ich cesarz, odsunąwszy, a nawet oślepiwszy swego brata, uzurpuje sobie władzę nad Konstantynopolem. Prawdą jest, że tak w tej, jak i w wielu innych jeszcze sprawach ów cesarz i powierzeni jego władzy ludzie błądzą, nie waszą jest jednak rzeczą wydawać sąd o ich wykroczeniach…” – pisał papież w liście do przywódców IV krucjaty, przestrzegając ich przed marszem pod Konstantynopol. „Pozorem pobożności” nazwał tłumaczenia uczestników krucjaty, którzy ryzykują wieczne potępienie.

Tylko część uczestników przejęła się listami papieża i zawróciła. Papież potępił dokonane w zdobytej stolicy cesarstwa zbrodnie, jednak ostatecznie zaakceptował fakty, mając nadzieję, że stworzone przez krzyżowców Cesarstwo Łacińskie pomoże w odzyskaniu Jerozolimy. Nadzieje te nie sprawdziły się, a Madden uważa, że stało się wprost przeciwnie. Nowo powstałe państwo osłabiło jedynie Królestwo Jerozolimskie, wessało bowiem do Grecji część energii Europy.

IV wyprawa kierowała się przede wszystkim motywami polityczno-ekonomicznymi i była zaprzeczeniem ideologii krucjat. Biskup Ryś zgadza się z tezą Ostrogskiego, że była wręcz efektem sekularyzacji tego ducha. Pozostawiła, jak mówił w 2001 roku Jan Paweł II w Atenach „głębokie rany w ludzkich umysłach i sercach po dziś dzień… Jest prawdziwą tragedią, że zdobywcy, których pierwotnym celem było zapewnienie chrześcijanom swobodnego dostępu do Ziemi Świętej, zwrócili się przeciw swoim braciom w wierze”.

Z czasem słowo krucjata straciło swoje właściwe znaczenie, swój religijny kontekst. Kampanię, w której Francuzi zajęli w 1830 roku Algierię, a także późniejsze bliskowschodnie wyprawy Napoleona III propagowano jako kontynuację krucjaty św. Ludwika z 1270 roku. Krucjat nie przedstawiano już jako usiłowania odzyskania ziem zajętych siłą przez muzułmanów, ale jako próbę wniesienia zdobyczy cywilizacji Zachodu do ich świata. Zresztą inne kolonialne państwa nie pozostawały w tyle, a w połowie XIX w., jak pisze Madden, „wyprawy krzyżowe stały się nie tylko punktem zbornym dla nacjonalizmu, ale i symbolem europejskiego kolonializmu… Słowem krucjatą coraz częściej określano wielkie kampanie na rzecz celów (…) raczej świeckich niż religijnych”.

Halik proponuje „odrodzenie spowiedzi”

ks. Tomas Halik

Znany czeski teolog i psycholog ks. Tomas Halik skrytykował, że w języku publicznym brakuje pojęcia “grzechu”, choćby w traktowaniu skandali korupcji.

 

- Grzech stał się czymś śmiesznym - powiedział ks. Halik w rozmowie opublikowanej w dodatku "Christ&Welt” (Chrześcijanin i świat) do niemieckiego tygodnika „Die Zeit”. „Wielu mówi: popełniłem błąd, ale on nie jest karalny. Ludzie nie mają już świadomości, że nie wszystko, co nie jest karalne, jest dobre moralnie” - ubolewa ks. Halik.

W oparciu o te doświadczenia ks. Halik proponuje "odrodzenie spowiedzi". "Sakrament pokuty jest dobrą drogą do konfrontacji z grzechem i winą. W spowiedzi chodzi bowiem nie tylko o samą rozmowę, ale także o związany z nią proces refleksji" - podkreśla kapłan i wykładowca socjologii na Uniwersytecie Karola w Pradze. Jego zdaniem „trzeba nazwać sprawy po imieniu”.

Ks. Halik jest jednym z najbardziej znanych intelektualistów katolickich w Europie Środkowej i Wschodniej. Był bliskim zaufanym byłego prezydenta Czech Vaclava Havla oraz arcybiskupa Pragi kard. Frantiska Tomaska. Ostatnio w niemieckim wydawnictwie Herdera ukazała się jego najnowsza książka pt. „Nocne rozważania spowiednika. Wiara w czasach niepewności”.

Ślub raz na całe życie

Zdecydowana większość młodych Amerykanów (86 proc.) oczekuje, że ich związki małżeńskie przetrwają całe życie - wynika z sondażu uniwersytetu Clarka w Worcester. Młodzi składają takie deklaracje, mimo że w rzeczywistości rozpada się połowa małżeństw.

 
Młodzi Amerykanie chcą trwałych małżeństw. Badanie opublikowane przez uczelnię w stanie Massachusetts wskazuje też, że 57 proc. Amerykanów w wieku 18-29 lat uważa, że relacje seksualne, "którym nie towarzyszy zaangażowanie emocjonalne", są czymś niewłaściwym.

73 proc. z 1029 ankietowanych sądzi, iż przed decyzją o dzieciach pary powinny się pobrać.

Poza tym 61 proc. badanych twierdzi, że jest gotowych zrezygnować z pewnych aspiracji zawodowych w zamian za udane życie rodzinne; deklarują tak zarówno młode kobiety, jak i mężczyźni.

Takie wyniki pokazują, że choć tradycyjnie to kobiety są bardziej skłonne do poświęceń na rzecz rodziny, to sytuacja najwyraźniej zmienia się w młodym pokoleniu wraz z równiejszym podziałem obowiązków w rodzinie - komentuje profesor psychologii uniwersytetu Clarka Jeffrey Jensen Arnett, który kierował badaniem.

Jak tłumaczy, młodzi dorastają ze świadomością, że połowa małżeństw kończy się rozwodem. "Prawie wszyscy mają jednak nadzieję, że znajdą się w tej drugiej, lepszej połowie" - dodaje.

Biada mi, gdybym nie głosił...

Myśl ta gryzła mnie przez lata: Ludzie, którym chcę głosić Chrystusa, nie chcą Go ani znać, ani być przez Niego zbawieni. Dlaczego więc Bóg posyła mnie na misje?

Dlaczego pragnę jechać na misje? Po co pchać się tam, gdzie mnie nie chcą? Te dwa pytania zrodziły się we mnie jakieś dwanaście lat temu, kiedy zakochałam się w Bliskim Wschodzie.

Nowina – Dobra czy własna?

Trudno jest Kościołowi wytłumaczyć się z misji głoszenia Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. Współczesny człowiek wolałby raczej umieścić Kościół obok innych religii na półeczce w wielkim supermarkecie świata. Co więcej, najlepiej, żeby chrześcijaństwo było – jak to się w języku informatycznym mówi – kompatybilne z innymi religiami i filozofiami. No i ważny jest sukces. Jeśli już koniecznie Kościół musi głosić Dobrą Nowinę, to powinna być ona atrakcyjna i skuteczna; powinna być receptą na sukces. Tymczasem misja Kościoła zupełnie nie spełnia tych oczekiwań. Można powiedzieć, że zawsze była niepopularna: „Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą” (1 Kor 1, 21-24).

Niektórzy próbują coś majstrować przy Ewangelii tak, żeby bardziej pasowała do wielkiego supermarketu religii, ale ich nauka przestaje być wypełnianiem misji Kościoła. Mówią tylko we własnym imieniu, głoszą własną „nowinę”. Są i tacy, którzy dają się przekonać, że dzisiaj nie wypada „narzucać” innym religii przez misje. Jednak prędzej czy później mają poważne problemy ze swoją własną wiarą: albo ją tracą, albo wykoślawiają. Prawda jest taka, że jeśli Kościół, chrześcijanie, przestaliby głosić Jezusa Chrystusa takim, jaki jest, przestaliby być sobą, a po pewnym czasie zniknęliby z powierzchni ziemi.

Być znakiem... zapytania

Kiedy próbujemy wytłumaczyć, dlaczego głosimy Jezusa Chrystusa całemu światu, zwykle przychodzą nam na myśl słowa Jezusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19). To prawda, mamy obowiązek czynić to, co nakazał Jezus, do końca świata. Św. Paweł mówi nawet: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9, 16). Misjonarze zauważają, że Pan Bóg błogosławi za hojność i ten Kościół, który wysyła wielu misjonarzy, najczęściej ma wiele nowych powołań, a ten, który myśli tylko o sobie, szybko odczuwa ich brak.

Ale misyjność to nie tylko suchy obowiązek. To coś znacznie bardziej tajemniczego i w pewnym sensie nieokiełznanego. Wystarczy wspomnieć reakcje osób, z którymi stykałam się w czasie nauki w londyńskim college'u: Hassan z Tunezji miał dużo pytań odnośnie do Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich, Miriam z Bangladeszu intrygował mój zawsze jednakowy strój, Jana z Czech drążyła temat Pisma Świętego i możliwość poznania Boga, Koreańczyk Kim, mimo iż jest buddystą, był zainteresowany możliwością odpuszczenia grzechów. Nie starając się nawet o to, sama w sobie jestem znakiem zapytania dla innych, bo okazuje się, że nie można wobec Chrystusa pozostać obojętnym, kiedy znamy się już wystarczająco długo. Chrystus jest rzeczywiście najgłębszą odpowiedzią na pytania i niepokoje moich kolegów i koleżanek.

Miłość, która przynagla

Istnieje też druga strona misji, a właściwie samo źródło. Żeby je zobaczyć, trzeba zejść do serca Kościoła: do miłości Trójcy Świętej, a konkretnie do Jej pragnienia, aby każdy człowiek został włączony w Jej miłość. Trzeba byłoby mistyka, żeby opisać żar tego pragnienia. Doświadczenie nawet jego odrobiny sprawia, że chrześcijanin – misjonarz będzie zdolny do największych poświęceń, żeby tylko zdobyć jakąś duszę dla Jezusa. Nigdy nie zgodzi się na położenie największego szczęścia tutaj na ziemi, a nieogarnionego w niebie, jakim jest życie życiem Jezusa Chrystusa, na półce wraz z innymi „produktami religijnymi”. Nie pozwoli mu na to jego miłość do Jezusa Chrystusa, który pragnie – poprzez misjonarzy – przyciągnąć do siebie każdego człowieka.

Trzeba na koniec dodać, że działania, głoszenie, rozmowy i spotkania to zaledwie początek. Nie byłyby one tak skuteczne, gdyby nie czerpały ze skarbca Kościoła, jakim są modlitwy i cierpienia znanych i nieznanych świętych ofiarowane w intencji misji. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zrozumiała to doskonale, odkrywając swoje miejsce w sercu Kościoła. Ja, znając opowieści wielu misjonarzy, a sama stawiając pierwsze kroki na węgierskiej ziemi, mogę powiedzieć, że jeżeli jesteśmy zdolni nieść imię Jezusa Chrystusa na krańce ziemi, to tylko dzięki miłości Trójcy Świętej i mocy modlitwy tych, którzy o nas pamiętają. Bo misja Kościoła jest także tajemnicą wymiany duchowych darów, którą – mam nadzieję – w całej okazałości poznamy w niebie.

s. Małgorzata Korniluk FMM

9 sierpnia - Święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), dziewica i męczennica, patronka Europy

Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta popadła dość wcześnie w zobojętnienie religijne. Mając 20 lat uważała się za ateistkę. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.
W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Po powrocie wróciła do domu. Po śmierci bratanka wróciła z nowym zapałem do gimnazjum. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. "Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą" - pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała tytuł doktorski u prof. Husserla. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki poznaniu w Getyndze Maxa Schelera - po raz pierwszy poznała idee katolickie.
W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie - szukając prawdy - znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę - Różę. Chrzest i I Komunię św. przyjęła 1 stycznia 1922 r. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.
Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów przy różnych okazjach i na konferencjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące - gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: "żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża". Po nowicjacie przyjęła śluby zakonne i imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza Krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.
W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam zostały obie zagazowane i spalone 9 sierpnia 1942 roku.
Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją - wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny - patronką Europy. Od tej pory obchód ku jej czci obchodzi się w randze święta.

8 sierpnia - Święty Dominik, prezbiter

Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Ojcem jego był Feliks Guzman, matką - bł. Joanna. Miał dwóch braci - bł. Manesa i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Walencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po skończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Dominik gorliwie pracował nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże. Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił.
W drodze powrotnej do Hiszpanii w południowej Francji Dydak i Dominik zetknęli się z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże. W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę, a wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie.
Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie powstał zalążek nowej rodziny zakonnej w 1207 r. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody.
Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski - dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną.
Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1217). Bóg pokrzepił go jednak tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 swoich pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W 1218 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by nowej rodzinie zakonnej udzielili jak najpełniejszej pomocy.
Św. Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później. Na kapitule generalnej, odbytej w Bolonii w 1220 r., uchwalono na podstawie nabytego doświadczenia odrzucić z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów żebrzących, jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.
W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.
Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu. Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa". Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r.
Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.

Imię Dominik pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie.
Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy. W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia - czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: "Domini canes" - "Pańskie psy"), różaniec.

Święto Przemienienia Pańskiego

Święto Przemienienia Pańskiego zwane także epifanią lub teofanią obchodzi Kościół katolicki 6 sierpnia.

 

Liturgia tego dnia wspomina opisane w ewangeliach wydarzenie, przez które Chrystus objawił swoje bóstwo.

Czytany w liturgii ewangeliczny opis Przemienienia Pańskiego pełen jest znaczeń symbolicznych: góra, światło i obłok są w Biblii charakterystyczne dla objawień Boga. "Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich" (Mt 17,1). Twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, szata była biała jak światło, ukazali się też Mojżesz i Eliasz a z obłoku dobiegł głos Boga.

Są oni świadkami, którzy potwierdzają widzenie Apostołów i wskazują, że całe objawienie prowadzi do Jezusa. Dodatkowym i niepodważalnym uwierzytelnieniem jest głos Ojca, który mówi: "To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!" (Mt 17,5).

Przemienienie Jezusa miało umocnić wiarę Apostołów oraz przygotować ich na przeżycie męki i śmierci Jezusa. Przemienienie ukazuje też, że do chwały objawionej przez Jezusa dochodzi się przez cierpienie i śmierć. Tak jak każda teofania (czyli objawienie bóstwa) Przemienienie Pańskie budzi fascynację i zachwyt ale zarazem lęk, dlatego św. Piotr powiedział najpierw: "dobrze, że tu jesteśmy" a w chwilę później uczniowie "upadli na twarz i bardzo się zlękli". W religioznawstwie mówi się, że Bóg jest "mysterium fascinosum et tremendum", czyli tajemnicą fascynującą i przerażającą.

W chrześcijaństwie wschodnim święto Przemienienia obchodzone było już w V wieku. Do dziś zajmuje ono w liturgicznym kalendarzu chrześcijańskiego Wschodu jedno z najważniejszych miejsc. Przemienienie jest też bardzo częstym motywem ikonografii wschodniej.

Na Zachodzie pierwsze wzmianki o tym święcie pochodzą z VII i VIII wieku. Bardziej upowszechniło się ono w okresie wypraw krzyżowych, kiedy bardzo popularne były pielgrzymki do Ziemi Świętej, w tym także na Górę Tabor, uznawaną za górę przemienienia.

W 1457 r. papież Kalikst III, jako wyraz wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami odniesione 6 sierpnia 1456 r. pod Belgradem, wprowadził je do liturgii całego Kościoła katolickiego. W 1964 r. Górę Tabor odwiedził papież Paweł VI, który jako pielgrzym przemierzał Ziemię Świętą.

XXI pielgrzymka wojskowa wyruszyła na Jasną Górę

Ponad 700 żołnierzy, pracowników wojska, funkcjonariuszy straży granicznej i służb celnych wyruszyło wraz z jubileuszową, XXI Pieszą Pielgrzymkę Wojskową na Jasną Górę. Pątnicy w mundurach rozpoczęli pierwszy dzień pielgrzymki od Eucharystii celebrowanej o godz. 5.30 w Katedrze Polowej przez bp Józefa Guzdka, biskupa polowego Wojska Polskiego. Biskup Guzdek życzył żołnierzom, aby czas spędzony na pielgrzymce był dla nich okazją do odkrycia nowego wymiaru swego życia. Trasę pielgrzymki, reportaże i videoblog dostępne będą na stronie ordynariatu polowego oraz na profilu facebook’owym: facebook/pielgrzymka.wojskowa.

Wraz z mundurowymi pielgrzymami z Polski (około 700 osób) na Jasną Górę idą także żołnierze z Niemiec (50 osób), Ukrainy (30), Litwy (24), Stanów Zjednoczonych (7) i po raz pierwszy z Łotwy (6). Na trasie do pątników dołączy biskup pomocniczy armii amerykańskiej Richard Spencer. 14 sierpnia, na Przeprośnej Górce spotkają się też funkcjonariusze i pracownicy straży granicznej oraz służby celnej.

Wraz z biskupem Guzdkiem Mszę św. koncelebrowali kapelani, którzy wraz z żołnierzami udają się na Jasną Górę. 

Z uwagi na obecność pielgrzymów kilku języków Ewangelia i wezwania modlitwy powszechnej odczytane były po polsku, niemiecku, angielsku, ukraińsku i łotewsku.

W homilii bp Józef Guzdek podkreślił wspólnotowy charakter pielgrzymki. Przekonywał, że braterstwo, wzajemna więź chrześcijan i Kościół to „najlepsze lekarstwo na jedną z największych bolączek współczesnego człowieka, jaką jest samotność i podział”. – Jakże budujące jest to, że na pielgrzymim szlaku możemy odkryć, że Jezus może być spoiwem, które łączy ludzi i narody Europy. Jakże ważne jest byśmy odkryli, że choć mówimy różnymi językami należymy do tej samej rodziny, jaką jest Chrystusowy Kościół – powiedział. 

Ordynariusz wojskowy zapewnił żołnierzy o swojej modlitwie w ich intencji. - Za dziewięć dni spotkamy się razem na Przeprośnej Górce, przy sanktuarium św. ojca Pio. Oby wtedy każdy z was mógł powiedzieć. Ten czas spędzony na pielgrzymim szlaku był ważny. Może jestem zmęczony, może nogi obtarte, ale jestem szczęśliwy, bo odkryłem nowy wymiar życia. Bo nie zamknę się, tak jak to może było dotychczas, w czterech ścianach mojego domu, ale będę otwarty na wspólnotę i na Kościół - powiedział. 

Życzył, aby każdy z pielgrzymów nie „żałował czasu i wysiłku na myślenie i modlitwę”. - Bo jest to czas , który może zadecydować o waszym dalszym, życiu. To jest czas przemiany, to jest czas, który rzeczywiście przyniesie owoce - zakończył.

Na Mszy św. obecni byli dowódcy jednostek biorących udział w pielgrzymce, m. in. gen. bryg. Wiesław Grudziński, dowódca Garnizonu Warszawa oraz płk Andrzej Śmietana. Obecny był także płk Klaus-Peter Kiser, Attache Obrony przy Ambasadzie RFN w Warszawie.

- Hasłem tegorocznej pielgrzymki są słowa „Daj świadków”, chcemy aby poprzez udział w pielgrzymce, zachęcać i dać siłę jej uczestnikom do głoszenia prawdy o Chrystusie w środowiskach mundurowych. O tę odwagę i mądrość zwracamy się do Maryi – podkreśla ks. płk Zenon Surma CMF, przewodnik pielgrzymki. - To również zachęta dla większego aktywizowania świeckich w życiu Kościoła. Pielgrzymki dają ogromną szansę może nie tyle ewangelizacyjną, co raczej ugruntowującą więź wiernych z Kościołem. 
Kapelan dodaje, że pielgrzymi w mundurach niosą w sercach swoje osobiste intencje. – To często trudne, życiowe problemy, które wymagają modlitwy i skupienia, a czasem wotum wdzięczności za otrzymane dobro. Część z naszych pielgrzymów traktuje wymarsz jako najlepszy sposób na „ładowanie baterii życiowych”. I to też jest wartość! – powiedział. 

Podczas pielgrzymki żołnierze otrzymają znaczki pielgrzymkowe oraz Vademecum Żołnierza Pielgrzyma z modlitwami i pieśniami religijnymi, które przydadzą się podczas drogi.

Wymarsz wojska spod katedry rozpoczął się o godzinie 6:50. Przy wtórze Orkiestry Wojskowej z Siedlec żołnierze udali się na Plac Zamkowy, gdzie spotkali się z pątnikami pielgrzymki akademickiej. Do pielgrzymów w mundurach dołączył metropolita warszawski, Kardynał Kazimierz Nycz, który pobłogosławił zgromadzonych na Placu Zamkowym pątników i oficjalnie dał znak do wymarszu grup pielgrzymkowych.

Pierwszy etap kardynał Nycz i bp Guzdek przebyli prowadząc pątników do Placu Bankowego, gdzie nastąpiło ostateczne pożegnanie wyruszających w trasę pielgrzymów.
W tym roku ordynariat polowy uruchomił profil pielgrzymka.wojskowa na portalu społecznościowym Facebook, gdzie będą zamieszczane relacje, filmiki i zdjęcia z trasy. Materiały na temat pielgrzymki będą także udostępnione na oficjalnej stronie ordynariatu polowego. (www.ordynariat.pl).

Pątnikom w mundurach towarzyszy 14 kapelanów ordynariatu polowego WP. 14 sierpnia pielgrzymi w mundurach spotkają się na Przeprośnej Górce w sanktuarium Ojca Pio, gdzie odprawiona zostanie uroczysta Eucharystia, a następnie żołnierze ruszą w stronę ostatniego etapu pielgrzymki, Aleją NMP przed obraz Matki Bożej, gdzie nastąpi akt zawierzenia wojska Maryi, Hetmance Żołnierza Polskiego i zakończenie pielgrzymki.

Pierwsza pielgrzymka wojskowa na Jasną Górę ruszyła w 1991 roku wraz z Warszawską Pielgrzymką Pieszą, tzw. paulińską. Od tamtego czasu co roku pątnicy w mundurach pielgrzymują przed ikonę Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko raz pielgrzymka z powodu tragicznej powodzi w 1997 roku została odwołana.

Od 1996 r. z Polakami pielgrzymują żołnierze innych państw. Jako pierwsi dołączyli się Amerykanie (w pierwszym roku w sile 16 osób) i Słowacy (30 żołnierzy). Następnie także żołnierze Bundeswehry a od 2006 także Litwini i Ukraińcy. Od tego roku obecni są także Łotysze.

Proste i prawdziwe słowo dla każdej szczerze wierzącej w Pana Jezusa Chrystusa osoby w Polsce.

2 sierpnia - Odpust Porcjunkuli

U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwanyPorcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał - Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał jej sam św. Franciszek. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek w z Asyżu w zimie 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:

"Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (...) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski" (Mt 10, 6-10).

Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.
W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą "Ubogich Pań". Niebawem w ślad za św. Klarą wstąpiła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.
11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.

Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów, a więc istot najwyższych wśród stworzeń. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie "Królowo Aniołów, módl się za nami" zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.

W 1216 roku Franciszkowi objawił się Jezus, który obiecał zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto - oprócz kościołów franciszkańskich - Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.
Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i Wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża - nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.

Nowy bat na celibat

Jeśli sumienie wyrzuca ci zdradę żony, ulżyj sobie: powalcz o zniesienie celibatu.

Młody ksiądz z Poznania miał kochankę. Jak donoszą media, słuchał muzyki, gdy ona za ścianą rodziła. Gdy dziecko zmarło, dopiero wtedy wezwał pogotowie. Okropna sprawa. A kto jest temu winien? – Jak to kto? Ten ksiądz! – odpowie człowiek prosty. Oj naiwny, naiwny. Dziś, gdy człowiek robi coś paskudnego, to nie on jest winien, tylko system, układy, rodzice, szef. Takie rzeczy.

Nigdy on. A jeśli coś złego zrobi ksiądz, o, no to wówczas – prócz Kościoła oczywiście – winien jest celibat. Tak więc „Polska The Times”, omawiając sprawę z Poznania, pisze o księżach: „Żyją z kobietami, uprawiają seks i mają dzieci. Jak zwyczajni faceci. Z jednym tylko wyjątkiem – nie mogą założyć rodziny. Obowiązuje ich celibat. Ale czy to nie jest dziś przypadkiem martwe”. Gazeta przytoczyła badania prof. Baniaka, któremu wyszło kiedyś, że 47 proc. księży chciałoby żyć w małżeństwie i mieć dzieci, zaś ponad 10 proc. przyznało się do związków z kobietami.

Najsłynniejszy były ksiądz Tadeusz Bartoś był hojniejszy i powiedział gazecie, że „kilkadziesiąt procent księży” żyje w takich związkach. Tak sobie wymyślił, bo to zawsze miło pomyśleć, że się ma tylu współbraci w zdradzie. Zostańmy jednak przy prof. Baniaku. Jeśli przyjąć, że 10 proc. księży zdradza Chrystusa z kobietami – no dobra, zróbmy przyjemność Bartosiowi: niechby i 20 proc. – to znaczy, że ogromna większość księży jest wierna swojemu zobowiązaniu.

Gdyby ci niewierni księża mieli być powodem zniesienia celibatu, to z powodu niewiernych małżonków należałoby znieść małżeństwo. I to jeszcze prędzej, bo zdrad wśród tych ostatnich jest statystycznie znacznie więcej niż wśród duchownych. A że prawie połowa księży „chciałaby żyć w małżeństwie i mieć dzieci”? To przecież normalne. Tak jesteśmy skonstruowani i brak takich pragnień powinien być niepokojący. Odpowiedzialny człowiek nie kieruje się jednak wszystkimi pragnieniami, lecz tymi, które wybrał, bo tak to już na tym świecie jest, że nie można mieć wszystkiego. Jeśli ktoś został księdzem, to dlatego, że – za łaską Boga – pragnienie kapłaństwa było u niego większe niż pragnienie posiadania rodziny.

A jeśli mu się potem odwidziało, to nie z powodu celibatu, lecz z powodu grzechu. Owszem, celibat jest sprzeczny z ludzką naturą, jeśli uznać, że Boga nie ma, a przynajmniej że do niczego człowieka nie wzywa i do niczego go nie uzdalnia. Wówczas jednak ludzką naturą okaże się natura po prostu zwierzęca. I sprzeczne z nią okaże się wszystko, co wymagające. Zwłaszcza małżeństwo. Bo przecież normalny chłop ma pragnienie posiadania każdej kobiety, która mu się spodoba.

To sprzeczne z naturą, żeby się wstrzymywał, bo mu plemniki do głowy uderzą. Sprzeczne z naturą jest, żeby facet siedział przy dzieciach i je z żoną wychowywał, bo z natury jest wolnym człowiekiem i najlepiej się czuje na drzewie z puszką piwa. Albo w łóżku z pięcioma babami naraz. I widzisz, wszystko byś to człowieku miał, gdyby nie celibat.


Franciszek Kucharczak

Obcy nadchodzą

Jeśli prawa człowieka przysługują tylko urodzonym, to jakim prawem się urodzili?

W ramach przygotowania społeczeństwa do przepchnięcia ustawy zezwalającej na in vitro trwa kampania ideologicznego pozbawiania ludzi praw ludzkich. Tym razem nie chodzi o Żydów, lecz o wszystkich ludzi na wczesnym etapie rozwoju – żeby pod pretekstem „leczenia niepłodności” można było robić z nimi, co się chce: na przykład trzymać w lodówce albo wylewać do ścieków. Przy tej okazji można ciekawe rzeczy poczytać.

Dr Tomasz Żuradzki, filozof, oznajmił na łamach „Wyborczej”: „Nikt z nas nie był embrionem”. Wychodzi na to, że pan Żuradzki jest jakąś nieznaną nam formą życia. Skoro tak, przyjmuję to z szacunkiem. Ktoś taki nie powinien jednak wypowiadać się w imieniu ludzi, i to wszystkich. No chyba że mówi nie o ludziach, tylko o swoich pobratymcach z kosmosu. Ale wówczas powinien napisać coś w rodzaju: „nikt z nas, ufoludków, nie był embrionem”. Gdyby bowiem faktycznie ludzie nie byli embrionami, musielibyśmy konsekwentnie uznać, że nikt z nas nie był płodem, noworodkiem, niemowlęciem i tak dalej. Wówczas rodzi się jednak pytanie, jakim sposobem w ogóle&nb